2016.09.09-17

W krainie „Winnetou i Old Shatterhand’a”. 09.09.2016 tuż po godzinie 20ej wyjeżdżamy z parkingu obok marketu Kaufland w Tarnowie. Na krótko zatrzymujemy się na stacji benzynowej w mjsc. Gorlice gdzie dosiada się nasz przewodnik Alek. Do odprawy granicznej między Węgrami a Chorwacją przystępujemy ok. godziny 7ej. Niedługo potem - po przejechaniu mostu na granicznej rzecze Mura - zatrzymujemy się na pierwszym możliwym chorwackim MOP-ie. Te sprawy i kawusia z ekspresu. Jest dobrze. Około godziny 9:30 wjeżdżamy na parking niedaleko wejścia Nr 1 do Parku Narodowego Jezior Plitwickich. Same jeziora usytuowane są pomiędzy pasmami górskimi Mała Kapela i Lićka Pljesevica, u źródeł krasowej rzeki Korany na wysokości między 480 a 636 m npm. Po parku można się poruszać w różnych konfiguracjach. My wybraliśmy drogę od jezior dolnych do najwyżej położonych części parku. Początkowo zeszliśmy do poziomu Jeziora Kaluderovac (którego nazwa pochodzi mnicha pustelnika – po chorwacku „Kaluder” – który miał dawno temu żyć w grocie nad wodą lub w jaskini na krawędzi kanionu). Kładką oddzielającą Jezioro Kaluderovac od Jeziora Novakovica Brod przeszliśmy na przeciwległy brzeg i dalej wzdłuż Jeziora Novakovica Brod dotarliśmy pod największy z wodospadów, gdzie wody potoku Plitvica spadają z 76 metrowej wapiennej skały gdzie po ok. 90 metrach łącząc się z kaskadami i wodospadami Jeziora Novakovica Brod dają początek rzece Korana. Od „Wielkiego wodospadu” wracamy do Jeziora Kaluderovac i wzdłuż jego brzegów, brzegów dwóch pozostałych jezior dolnych: Gavanovac i Milanovac oraz progów i kaskad je oddzielających dochodzimy do miejsca w którym wody największego z plitwickich jezior Jeziora Kozjak „przebijają się” do Jeziora Milanovac (tzw. bariera Kozjaćka). Na chwilę oddalamy się od brzegów Jeziora Kozjak by z powrotem przy brzegu pojawić się na początku polany Kozjaćka draga. Stamtąd mamy kurs statkiem ale kolejka do przystani zaczyna się już na początku wejścia na polanę. Na szczęście na polanie jest gastronomia. Część koleżeństwa posłusznie stoi w kolejce do statku, inni postanawiają przeciwdziałać odwodnieniu i przekąsić małe co nieco. Nie było to bynajmniej spotkanie z kuchnią chorwacką - bo trudno za takową uznać kurczaka z rożna z frytkami – i nawet dodany Ajvar tego nie zmieni. O polewanym tam piwie Karlovacko mogę powiedzieć tylko tyle, że było zimne. Kolejka jednak dość szybko się zmniejsza. Okazuje się że między przeciwległymi brzegami jeziora kursują równolegle dwa statki elektryczne. „Łapiemy” się na trzeci bodajże kurs i po kilkunastu minutach jesteśmy u wrót górnych jezior. Zaczynamy od płytkich, niewielkich jeziorek zwanych Burgeti lub Bukowi (nazwa pochodzi od wzburzonego – po chorwacku „uzburkani” – krętego biegu wody w niewielkich zagłębieniach, która głośno szumi i pieni się). Tam właśnie na jednej z kładek „Mecenasowi” wypadł służbowy smarftfon i kiedy wszyscy już oczyma wyobraźni widzieliśmy kolegę w ratującego powierzone mu mienie w wodnych odstępach rzeczony sprzęt zatrzymał się na krawędzi kładki. Cóż, może następnym razem – jeszcze jakieś „bajora” zostały. Póki co Alek jak to Alek jest gdzieś z przodu i po wyjściu poza jeziorka zamiast skręcić w lewo i kierować się na Jezioro Gradinsko poszliśmy kilkanaście metrów w prawo. Szybko poprawiamy i Jezioro Gradinsko obchodzimy po jego prawej stronie (patrząc od strony naszego marszu – zwyczajowo zgodnie z biegiem byłby to brzeg lewy). Dochodzimy do tzw. bariery Galovackiej oddzielającej wody jeziora Galovac (którego nazwa pochodzi od nazwiska kapitana Gala który w XVII wieku wygrał bitwę z Turkami lub harambaszy tj. dowódcy serbskich hajduków Galovića) od Jeziora Gradinsko. Ta bariera Galovacka to tak naprawdę ciąg/rząd wielu mniejszych lub większych wodospadów, z których największym jest Wodospad Prstavci. Całość stanowi ciekawy amfiteatr spływających cieków wodnych. Jezioro Galovac obchodzimy z prawej strony trawersując przylegające zbocze. Na oznaczonej „krzyżówce” szlaku – przy mostku pod którym kaskadami przelewają się wody Jeziora Veliko Okrugljak – skręcamy w kierunku mniejszych jezior: Malo, Vir i Batinovac. Dzięki tej operacji dochodzimy do trzeciego przystanku Panoramicznego Pociągu, którym w dwóch „turach” zjeżdżamy do punktu Nr 1 i stamtąd dochodzimy do wejścia którym trochę ponad 5 godzin wcześniej weszliśmy na teren Parku Narodowego. Jeszcze tylko „Mecenas’ dokonał zakupu zgrzewki „żuberka” u kierowców polskiej wycieczki z Leżajska (nasi nie zdążyli jeszcze własnego zapasu schłodzić) i już pomknęliśmy na nocleg do mjsc. Knin opuszczając piękne tereny rejonu Lika. Po drodze dokonujemy niezbędnych zakupów w knińskim Lidlu i po kilku minutach lądujemy w Hotelu Mihovil. Jesteśmy w Dalmacji. Podczas kolacji miłe zaskoczenie. Obsługa informuje, że nie będzie deseru i w ramach tegoż możemy wybrać piwo lub wino. Ponieważ właśnie konsumowaliśmy zakupione w cenie 15kun tamtejsze „Ożujsko” (znakomite piwo przy którym pozostaliśmy – poza jedną próbą zmiany dwa dni później – do końca wyprawy) postanowiliśmy nie mieszać. Rano śniadanie w formie bufetu szwedzkiego. Po do autobusu i w drogę. Cel na dzisiaj to najwyższy szczyt Chorwacji. Dinara (1831m npm) leżący w Górach Dynarskich w Paśmie Dinara niemalże przy granicy z Bośnią i Hercegowiną (choć sam szczyt całkowicie leży po stronie chorwackiej). Dojazd do mjsc. Glavas leżącej ok. 3km od granicy z Bośnią i Hercegowiną zajmuje nam ok. 30minut. Jak to na Bałkanach bywa na szczyt wyznaczony jest szlak „koloru czerwonego”. Zaczynamy z poziomu ok. 550m mnp. Kilkadziesiąt metrów od miejsca w którym zatrzymał się autobus znajduje się „Planinarska Kuca Glavas” (jest to taki rodzaj schronu otwieranego po umówieniu się z opiekunem miejsca; posiada wg danych ujętych w przewodniku „Planinarski vodić po Hrvatskoj” Alana Ćaplara 8 miejsc noclegowych). Mijamy „domek noclegowy” i powoli pniemy się do góry odkrytym terenem. Z lewej strony mijamy ruiny średniowiecznej twierdzy Glavas zbudowanej na przełomie XIV i XV wieku (pierwszy projekt twierdzy w Kijowie został znaleziony na mapie słynnego weneckiego kartografa Mateo Pagana z roku 1525, gdzie twierdza jest nazwana Dynarskie). Wchodzimy w „las”. Taki specyficzny bo składający się ze skarłowaciałych głównie dębów, czasami sosen. Dróżka pnie się lekko do góry między zarośniętymi już, usypanymi z kamieni ogrodzeniami pól pasterskich. Z tych krzaków wychodzimy na wypłaszczenie z którego w oddali widać kolejne przełamanie grzbietu. Przed podejściem oznaczone źródło (na wysokości ok. 1000m npm). Robimy popas chowając się pod dwoma czy trzema drzewkami. Uzupełniamy zapasy wody i rozpoczynamy podchodzenie. Zaraz na początku podejścia Agnieszce odkleja się podeszwa. Część osób sugeruje jej powrót do autobusu, ale „uparta” koleżanka nie po to atakuje najwyższy szczyt Chorwacji by teraz na początku rezygnować. Podeszwa została sklejona jakimiś taśmami, przewiązana sznurkiem i czym tam jeszcze. Kolejne wypłaszczenie terenu. Jesteśmy ok. 1200m npm. I qrna to słońce. Jest upalnie. Drugiego „brejka” robimy w miejscu gdzie nasz „czerwony” skręca w lewo na Dinarę i inny prowadzi dalej prosto do całorocznego przerobionego ze starego szałasu pasterskiego schronu (Planinarsko Skloniśte Martinova Kośara posiadające 14 miejsc noclegowych – usytuowane na wys.: 1287 m npm.). Teraz w górę poruszamy się cały czas w terenie, w którym dominuje obszar trawiasty. Podłoże jest skaliste i z każdym „krokiem” traw jest coraz mniej a coraz więcej kamieni. Na wysokości ok. 1620m npm. Znowu wchodzimy na krótko w las karłowatych drzewek. Drzewka kończą się na wysokości ok. 1700m npm. Z prawej strony widoki na „dynarskie” w Bośni i Hercegowinie. Pojawia się wyschnięta kosówka, która na wysokości ok. 1780m npm. kiedy trawersujemy już „grzbiet szczytowy” przekształca się w zdrowe drzewka. Sam szczyt Dinary jest odkryty. Są dwa wierzchołki: na jednym znajduje się krzyż, na drugim (a dla nas pierwszym bo od tej strony weszliśmy) słupek – a pod nim skrzynka z pieczątką i książeczką w której zdobywcy jak chcą mogą się wpisać. Mnie i Mecenasowi wejście na szczyt zajęło jakieś 3h15min. Na szczycie zostaliśmy posilając się („Mecenas Agnieszka” częstowała między innymi wiejską kiełbasą z masarni w Górze Ropczyckiej), uzupełniając płyny i „focząc” okolicę ok. 40minut. „Grupa rekonstrukcyjna” poprawiła mocowanie podeszwy taśmą którą dysponował człowiek z Bytomia, kolega Sławek. Ok. 13:25 rozpoczynamy zejście. Pogoda – zresztą zgodnie z prognozą zaczyna się łamać. Będzie burza. Schodzimy tą samą drogą. Kiedy jesteśmy gdzieś na wysokości 1600m npm. z tyłu, z lewej strony widać nadciągające chmury i słychać odgłosy wyładowań atmosferycznych. Warunki wpływają na tempo marszu. Można by rzecz, że obowiązuje zasada „ratuj się kto może”. Na zejściu do „źródełka” trochę mniej przejmujemy się tym co za nami. Przed nami bowiem chodzi kolejna burza i wydaje się, że jest zdecydowanie bliżej. Wychodząc na odkryty teren koło ruin zamku na przeciwległych wzniesieniach nad mjsc. Cetina raz po raz powietrze przecinają błyskawice. Deszcz łapie mnie 20-30m od autobusu. Zamawiam zimnego browara i czekam aż dotrą jeszcze ci co za nami. Towarzystwo, mniej lub bardziej przemoczone, spokojnie nadciąga. Mały problem jest jednak z tymi co przed nami. Brakuje żony kolegi i pewnego młodego przyjaciela. Janek zapewniany jest, że Basia podobnie jak „weksel” zawsze wraca. Ale co z młodym? „Prezes klubu” pytany o to czy posiada jakiś kontakt do „młodego” odpowiada, że ma numer do matki… ale przecież nie będzie do niej dzwonił i zaczynał rozmowy od informacji że syn się pogubił. Na szczęście zguby dochodzą. Okazuje się, że tylko z im znanego powodu poszli z drugiej strony zamku i wyszli we wsi trochę niżej. Wracamy. Cały czas leje. Okazuje się, że jak się szybko ogarniemy i skonsumujemy obiad to zdążymy jeszcze w Kninie na Mszę Świętą. I tak też robimy. O godz. 19:00 uczestniczymy w nabożeństwie w klasztorze ojców franciszkanów. To musiała być jakaś msza dla młodzieży. Oprawa była bowiem gitarowa. Rano po śniadaniu wyjeżdżamy do naszego miejsca docelowego tj. mjsc. Starigrad-Paklenica. Po drodze jednak w planach jest pobyt na wodospadach rzeki Krka. W niecałą godzinę jesteśmy przy wejściu do Parku Narodowego Krka od strony mjsc. Lozovac. Załatwiamy formalności wejściowe i autobus zwozi nas na dolny parking. Kierowcy muszą jednak wracać na górę i przyjadą po nas za ok.4-4,5h. Zwiedzamy indywidualnie w małych grupkach. Poruszamy się trasą edukacyjną wiodącą wokół wodospadu Stradinski Buk. Jest to dobry do zobaczenia całego wodospadu, jego kaskad i dopływów a także zapoznania się z tamtejszą florą i fauną. Trasa jest dobrze oznakowana, w większości wykonana z ciągu kładek, podestów i wyznaczonych miejsc/tarasów widokowych. Przejście całej trasy zajmuje nam ok. 1h. Kończy się u podstawy wodospadu. Ci co wzięli kąpielówki – 2, 3 osoby które uwierzyły „Prezesowi” dzień wcześniej wieczorem, że możliwa będzie nie ujęta w programie kąpiel przy wodospadzie „Skradiński Buk” - korzystają z okazji. Większość wycieczki po zrobieniu trasy wzdłuż kaskad, wodospadów i bystrzyn przysiadła przy „Ożujsku” w knajpce nieopodal wodospadu. Straszne zdzierstwo, 25kun za 0,5l. No, ale są wakacje… Tylko ileż można siedzieć, więc plątamy się od sklepiku do sklepiku, podchodzimy do przystani statków dowożących turystów od wejścia w mjsc. Skradin. Potem w tłumie przechodzimy przez most na rzece Krka i pniemy się „do góry” w kierunku pozostałości po elektrowni wodnej (uruchomionej w 1895r – dwa dni po rozpoczęciu działalności na wodospadach Niagary). Cały czas, gdzie tylko możemy focimy wodospad Stradinski Buk, na który składa się ciąg 17 mniejszych wodospadów na długości ok. 800 metrów i spadzie blisko 50 metrów. Tak łażąc spotykamy Alka i razem z nim przysiadamy na kolejnym „Ożujsku” w knajpce obok pozostałości starego młyna. I tak nam przy słowotoku czas upływa. Czas się zbierać. Po drodze zwiedzamy stary młyn i ok. godz. 14ej wyjeżdżamy. Godzinę później już w miejscowości docelowej dokonujemy pierwszych zakupów w sklepie samoobsługowym. Repertuar wiadomy. Meldujemy się na Campingu Hotelu „Bluesun Alan” w Starigradzie-Paklenicy. Jesteśmy w górach Velebit, w Parku Narodowym Paklenica. Po rozpakowaniu się w naszym bungalowie udajemy się coś przekąsić na miejscu i generalnie spenetrować okolicę. Lądujemy w „Bistro Antonio”. Polewają „Karlovacko”. I to było właśnie to drugie i ostatnie podejście. Żarcie o 17:30 w bistrze i potem ok. 20ej w Restauracji Hotelu „Bluesun Alan” (gdzie mieliśmy zapewnione wyżywienie podczas pobytu) to chyba nie było najlepsze rozwiązanie. No ale my już tak mamy, że lubimy z wypraw przywieźć trochę więcej siebie. 13.09.2016r. na śniadanie przychodzimy jeszcze zanim obsługa otworzyła drzwi. I dobrze, bo 2-3 minuty po 7ej ruszyły tłumy. O ósmej spotykamy się koło autobusu i wyjeżdżamy z ośrodka. Autobus podwozi nas do Marasovici i dalej po zakupie biletów na dolny parking przy wejściu do „kanionu” Wielkiej Paklenicy. Bez ociągania się ruszamy. Na razie jest szeroko i „po płaskim”. Tak mniej więcej do wejścia do bunkra przeciwatomowego zbudowanego dla Josipa Broz ksywka „Tito”. Potem stopniowo nabieramy wysokości. Dochodzimy do skrętu szlaku na Anika Kuk – pierwszy cel naszej wycieczki. Jesteśmy gdzieś na wysokości ok. 250m npm. Wchodzimy między wapienne skałki pomiędzy którymi rosną drzewa. Początkowo kilkanaście metrów po większych głazach a potem tak na wprost robimy jakieś 100 metrów przewyższenia na długości 50 metrów. Skręcamy w lewo i trawersujemy pod ścianą Aniki Kuk. Na tym odcisku jest spokojniej. Wprawdzie robimy kolejne sto-parę metrów przewyższenia ale na długości ok. 450m co jest wyraźnie odczuwalne. Brejka robimy kiedy szlak wyraźnie odchodzi w prawo. Znowu krótkie szarpnięcie wysokości (kolejne sto-parę metrów w górę). Po około 300 metrach się lekko wypłaszcza a my dochodzimy do miejsca w którym w prawo biegnie szlak na Anika Kuk, w lewo natomiast na Jurline. Idziemy w prawo. Wokół nas typowa dla tamtejszego obszaru formacja roślinna tzw. garig. Są to wiecznie zielone, twardolistne zarośla składające się ze skarłowaciałych dębów (ciernistych i ostrolistnych) czy drobnolistnych często kolczastych krzewów. Przez ok. 300m ani się nie wznosimy ani podchodzimy. Potem rozpoczyna się już sam „atak szczytowy”. Zostawiamy w krzakach niepotrzebne na tym odcinku kijki trekkingowe. Miał Alek rację w niektórych miejscach trzeba użyć czterech kończyn. W jednym miejscu gubimy na jakieś 4-5 metrów szlak, który jakoś poszedł na z lewej strony. Skała jest szorstka. Dobrze trzyma buta. Na szczycie jestem o godz. 10:50. Taaa… widoczki są, chociaż nagrzane powietrze sprawia, że widoczność jest taka sobie. Brejk. Dyskusje o tym co dalej, bo upał daje się we znaki. W końcu ustalamy, że modyfikujemy trasę tak żeby czasowo wyszło na tyle samo a trasa była mniej „upierdliwa” w zakresie pokonywania przewyższeń. Nie będzie zatem jaskini Manita Pec i Zoljin Kuka… ale co tam… w końcu urlopik. Ze szczytu schodzimy tą samą drogą. Cofamy się do miejsca gdzie jest krzyżówka szlaku do kanionu Velika Paklenica (którym wchodziliśmy) i Jurline. Na tym etapie trzy osoby dochodzą do wniosku, że punkt dnia został osiągnięty więc trzeba teraz oddać cesarzowi to co jemu przynależne. Jest wśród nich Mecenas któremu dość mocno zaczęła dokuczać stopa. My idziemy dalej. Lekko pod górę. Przełamujemy grzbiet i dochodzimy do krzyżówki na końcu małej polany z oznaczeniem: w lewo – Jurline 30min, w prawo – Seline 2h. Gdzieś blisko Jurline z naprzeciwka nadciąga Boguś. Zorientował się kolega, że brakuje mu trzech muszkieterów, więc ich ściga. Jest Jurline. To taka opuszczona osada, domy w większości zniszczone ale taki jeden wygląda jeszcze całkiem całkiem. Stąd kolejne osoby schodzą do Wąwozu Wielkiej Paklenicy. Reszta podąża dalej. Trawersujemy po wapiennych skałkach z prawej strony szczyt Komic i zaczynamy podchodzić do krzyżówki Mala Mocila. Przyroda się zmieniła. Jesteśmy w lesie. Z krzyżówki schodzimy w dół. Początkowo lasem, a potem znowu drzewa karłowacieją. Jedne i drugie dają cień ale nie chłód. W 45 minut dochodzimy do pierwszego i jak się później okaże ostatniego podczas naszych wędrówek po Parku Narodowym Paklenica chorwackiego schroniska. To Planinarski Dom Paklenica (czynny codziennie w okresie od 15 czerwca do 15 września – schronisko zapewnia napoje, posiada 35 miejsc noclegowych). Mają chłodne Ożujsko. Łyk po łyku. Jest zajebiście. Wychodzimy o 15ej zaopatrzeni w wodę ze żródła. Cały czas poruszamy się w dół Kanionu Wielkiej Paklenicy. Po drodze mijamy bez zatrzymywania Chatę Lugarnica (można coś drobnego przekąsić) a nas w drugą stronę mija miejscowa ekipa cateringowa (dwa obładowane koniki i ich opiekun). Około 16:30 jesteśmy na parkingu. Podjeżdża nasz autobus. Kierowcy mają schłodzone piwo. Nabywamy i w kilkanaście minut jesteśmy w Bluesun Hotel Alan. Kolacja ok. 20ej. 14.09.2016r. Czas na Małą Paklenicę. Trasę zaczynamy z parkingu przy wejściu do PN Paklenica w mjsc. Seline. Mała Paklenica jest „bardziej dzika od wielkiej”. To zresztą widać od razu. Wchodzimy w wąską ścieżkę i poruszamy się jeden za drugim z lewej strony wyschniętego potoku Mala Paklenica. Czasami pojawiają się typowe, znane już nam z Chorwacji kamienne ogrodzenia nieużywanych już pastwisk. Droga jest usłana kamieniami i niewielkimi głazami. Dochodzimy do pierwszego progu, który pokonujemy z prawej strony po uprzednim przejściu koryta rzecznego. Poruszamy się w górę kanionu w typowo skalistym terenie (choć to są skałki wapienne). Obecny jest też garig. Robi się coraz „ciaśniej”. Brejka robimy koło jaskini Pozdrovaca. Dociera do nas, że człowiek składa się w większości z wody. Jesteśmy totalnie przepoceni. Jest duszno, a my w wąskim kanionie którego ściany przekraczają 300m. Zero wiatru. Nie jest lekko. Ruszamy dalej. Przy kolejnym progu, szlak wzdłuż skały ubezpieczony liną. Dobrze, bo przejście korytem wymagałoby znajomości elementów wspinaczki – choć może drabina byłaby lepsza na te głazy. Wspinamy się ścieżką po lewej stronie wąwozu. Wchodzimy dość wysoko w stosunku do dna doliny. Trawersem pokonujemy gołoborze (na jego końcu przygotowane, ogrodzone kamieniami i z kawałkami drewnianych gałązek miejsce biwakowe) i schodzimy z powrotem do dna doliny. Robimy brejka. Żona kolegi na jednym z płaskich bloków kładzie się na wznak. Zastanawiam się głośno czy aby Janek nie przyprowadził tu „mżonki” by ja złożyć w ofierze… i cholera to posłuszeństwo. W miejscu gdzie odpoczywamy sciany kanionu są od siebie oddalone o może 3-4 metry. W tych „okolicznościach przyrody” rosnące na dnie kanionu drzewka wspaniale komponują się z białą skalną ścianą wąwozu. Ruszamy dalej. Dochodzimy do Jaskini Kapljarka – gdzie można znaleźć wodę. Woda sobie nieśpiesznie kapie do plastikowej butelki którą ktoś kiedyś tam pozostawił. Na szczęście mamy ze sobą odpowiedni zapas wody. Napełnienie jednej butelki zajęło naprawdę sporo czasu… ale jak kto miałby ochotę na biwaczek to na rano na śniadanko pewnie by się uzbierało. Robi się coraz szerzej. Dochodzimy do lewego dopływu (my go mamy po prawej stronie) Malej Paklenicy potoku Orljaca (oczywiście też o tej porze roku wyschniętego). Jesteśmy przy rozejściu szlaków. Nasz odchodzi w lewo. Do Njive Lekine (przełęcz) mamy wg informacji na kamieniu 30 minut i do pokonania ok. 150m przewyższenia. Idziemy wąską ścieżką trawersując zbocza kanionu. Kiedy mijamy miejsce w którym Wąwóz Małej Paklenicy wcina się w południowo-wschodnie zbocza szczytu Strażbenicy naszym oczom na horyzoncie odsłaniają się nam nagie szczyty gdzie no już trzeba by było się rozglądać za oznaczonymi polami minowymi. Robimy brejka na przełęczy obserwując jak na północy kształtują się burzowe chmury. Kilkadziesiąt metrów dalej po prawie niezauważalnym przełamaniu grzbietu wchodzimy na przełęcz sv. Jakov’a i napotykamy na ruiny jakiegoś domu. Przemieszczamy się odkrytym (jeśli nie licząc tych niewysokich „krzaczorów”) grzbietem na wysokości ok. 670 metrów przez około kilometr. Ściga nas burza. Słychać jej odgłosy a ciemne burzowe chmury są coraz bliżej. Rozpoczynamy schodzenie w kierunku nieistniejącej dzisiaj wsi Rimenic. Mijamy ruiny domów, kamienne ogrodzenia kiedyś rozgraniczające sąsiadów. W międzyczasie burza gdzieś się rozmyła. Za wsią krótkie ze skałek widać już Adriatyk. Focimy – bo i pogoda sprzyja. Zaczynamy tracić wysokość dość radykalnie schodząc zakosami między skałami. Z prawej przed wyjściem na coś roboczo można by określić mianem polan spotykamy szlak idący od Jurline. Na tych polanach jest już w zasadzie po płaskim. Ale właśnie ten odcinek dzięki podłożu daje się nam najbardziej we znaki. Dochodzimy do mjsc. Jukici. Na asfalcie ktoś z naszych narysował strzałkę w lewo i zamieścił podpis „Piwo”. Nabywamy go niecałe 5 minut później od naszych kierowców. Po drodze do naszego hotelu zabieramy do autobusu dwójkę Polaków, z którymi wymieniliśmy się w górnej części Małęj Paklenicy. Są ze Śląska co… „widać, słychać i czuć”. Po drodze do naszego bungalowu robimy zakupy w markecie. „Mecenas”, który z racji nabytej kontuzji nie poszedł dzisiaj (i jak się okaże najbliższy dłuższy spacer jaki wykona to przejście do piwniczek winnych w Dolinie Pięknej Pani w Egerze) przeżył. Przed kolacją byłem się zamoczyć w Adriatyku. Żadnej rewelacji, woda zimna. Ale byłem, jakieś 25 minut. Mogę więc zająć stanowisko w sprawie kąpieli w Chorwacji. Przedostatni dzień naszego pobytu w Górach Velebit – tej ich części którą zajmuje Park Narodowy Paklenica „poświęcamy” zdobyciu Bojin Kuka. W e-mailach wprowadzających do wycieczki Alek sygnalizował „wpinaczkę”. Hm, część osób po przygodach na Anika Kuk rezygnuje. Ci co się zdecydowali jak zwykle ok.. godz. 8ej czekają w pogotowiu przy autobusie. Podjeżdżamy na parking Vaganac (podjazd krętą, wąską – od mjsc. Dakote – jednopasmową drogą). Wysiadamy i od razu możemy w oddali ujrzeć dzisiejszy cel. Koledzy-kierowcy wywieźli nas na jakieś 680m npm. Niestety od razu zaczynamy tracić tą wysokość schodząc drogą (poza szlakiem) w kierunku wioski Veliki Vaganac. Tam na oznaczonym skrzyżowaniu skręcamy w lewo na Bojinac. Pierwsze 300-400 metrów pokonujemy ścieżką w „tamtejszym lesie”. Od kolejnej krzyżówki już zaczynamy się lekko wspinać w górę. Karłowate drzewka i inne często kolczate krzaki powoli ustępują pierwszeństwa skałkom. Wchodzimy powoli do góry mając przed oczami szczyty o wysokości ok. 800m npm. Pod szczytem Żlibati Kuk napotykamy na zagajnik. Mały brejk. Ruszamy kiedy dochodzi węgierska wycieczka. Kolejny postój robimy pod skałą o nazwie Kamienica. Przed nami niewielka kotlinka którą musimy pokonać aby rozpocząć podejście. Z tej perspektywy widzimy w całej okazałości Bojin Kuka i osoby wchodzące na szczyt oraz tych którzy już tam są. Trochę wysokości już nabraliśmy i nie bardzo jesteśmy zadowoleni z faktu, iż teraz będziemy tracić. Nie ma innej rady jednak. Idziemy. Dość szybko przeskakujemy do krzyżówki i prawie od razu zaczynamy podchodzić po głazach, płytach do góry. W około 15 minut od momentu rozpoczęcia wchodzimy na skalne platou. Jesteśmy na wysokości ok. 1000m npm. Brejk przed ostatecznym podejściem. Oczekujemy na dołączenie wszystkich uczestników wejścia. W tzw. międzyczasie wchodzimy na południowy grzbiet wypłaszczenia i podziwiamy widoki. Rozpoczynamy podejście, tj. wszyscy oprócz Prezesa i jego druha przybocznego Janusza. Po kilkunastu metrach rzeczywiście zaczynają się ubezpieczenia. Lina poprowadzona jest po jednolitej płycie na długości jakichś 10 - 15 metrów. Potem kolejna ubezpiecza trawers w prawo i kolejna znowu przez kilka metrów prowadzi do góry. I to by było na tyle. Od teraz bowiem wspinamy taką niby rynną gdzie ubezpieczenia nie są potrzebne. Ręce i nogi w zupełności wystarczają. Po wyjściu z tej niby rynny kilkanaście metrów w prawo i jesteśmy na Bojin Kuku (na najwyższym wierzchołku). Do platou dochodzą Węgrzy i zasiadają. Do ataku rusza „przyboczny Janek” i niedługo potem zaczyna szczytować. Schodzimy do krzyżówki tym samym zejściem. Tym razem jednak zamiast kierować się bezpośrednio na Marasovici odchodzimy na Veliko Rujno. Grupa jest dość mocno rozciągnięta. My nie widzimy tych z przodu ani tych z co są za nami. W połowie zejścia słyszymy krzyki tych co za nami. Odpowiadamy głosem tak by koleżeństwo wiedziało w którym kierunku poszliśmy. Dochodzimy do „ścian” szczytu Pivalo (wierzchołek jest powyżej z boku z lewej strony). Nieprzyjemne, strome zejście – trochę piargu i na końcu 3 metrowa metalowa lina. Od teraz kluczymy raz w prawo, raz w lewo pomiędzy oddzielonymi kamiennymi ogrodzeniami dawnych pastwisk. Wychodzimy na odsłoniętą przestrzeń. Nasi czekają. Alek pyta czy wszyscy za nami schodzą. Nie jesteśmy pewni, ale potwierdzamy łączność głosową na zejściu z Bojin Kuka. Nużące oczekiwanie w słońcu. Na szczęście jest niewielki wiaterek. Do piętnastu minut od naszego przybycia wszyscy docierają do Veliko Rujno. Drogą szutrową idziemy ok. 1,5 km, potem szlak skręca w wąską kamienistą ścieżkę w prawo. Nie wszystkim się uśmiecha przemieszczać po tym niewygodnym podłożu. Część osób decyduje się na dłuższą nieco ale wygodniejszą drogę szutrową. Od czasu do czasu zahaczam o te cholerne kolczaste krzaki garigu. Po upływie pół godziny jesteśmy w mjsc. Veliki Vaganec. Zatoczyliśmy koło. Do parkingu dochodzimy jednak szlakiem. Zjazd wąską drogą jest jeszcze ciekawszy niż poranny wyjazd. 16.09.2016r. Ostatni dzień w górach Velebitu. Autobus dowozi nas Kruśkovac (pierwszy punk widokowy na trasie do Vaganac). Stamtąd ścieżką dydaktyczną „Mirila”dochodzimy do jednego z takich symbolicznych cmentarzy (bo Mirila to nazwa takiego symbolicznego cmentarza, miejsce w którym „kondukt pogrzebowy” znoszący ciało zmarłego gdzieś w górskiej osadzie zatrzymywał się na odpoczynek w drodze na cmentarz o poranku – ciała nie można było położyć bezpośrednio na ziemi stąd kładziono je na ułożonych kamieniach). Odpoczynek połączony z foczeniem zachowanych „płyt nagrobnych. Po odpoczynku wchodzimy na widokowy szczyt Veliki Vitrenik (433m npm). Szczyt do wybitnych nie należy ale te prawie 200 metrów przewyższenia się czuje. W dolnym odcinku dokuczają kolczaste krzewy, a w części szczytowej trzeba się poruszać po mniejszych lub większych kamieniach. Trud jednak wynagradza piękny widok na Starigrad Paklenicę oraz wąwóz Wielkiej Paklenicy. Wracamy do Mirili. Następnie za znakami szlaku przełamujemy niewielki grzbiecik i schodzimy do nieistniejącej wioski Tomici (a w zasadzie wyludnionej bo jeszcze domy się zachowały – w różnym stanie). Od teraz stopniowo do góry. Kolejny punkt widokowy (Dracena Strana). Jesteśmy na zachodniej ścianie Wąwozu Wielkeij Paklemicy. Bardzo fajnym stromym, po części skalistym zejściem schodzimy na dno kanionu. Tak zakończyła się górska część chorwackiego projektu. Popołudniową porą przejazd do Zadaru i czas wolny. Miasto jednak rozczarowało, ale wyjazd nie był nieudany. Udało mi się jednak nabyć „Planinarski vodić po Hrvatskoj” Alana Ciaplara. W sobotę 17 września 2016 roku rozpoczynamy w odwrót „go home” z przerwą na Węgrzech w Dolinie Pięknej Pani.

bottom corner