2017.10.13-15

13 października 2017 roku na ulicy Prandoty w Krakowie dosiadam się do jadących koleżanek. Rozpoczynamy tym samym coroczny „łącznościówkowy” wyjazd rekreacyjno-turystyczny. Naszym celem są odległe – patrząc przez pryzmat miejsc, w którym na co dzień funkcjonujemy – Karkonosze. Jak na Kraków tuż po godz.: 15ej to dość szybko meldujemy się przy bramkach na autostradzie A4. Dalej już normalnie – korki do Katowic na remontowanym odcinku. Trochę sprawniej jest od Gliwic. Na wysokości węzła Niemodlin wpadamy w korek i niestety brniemy nim do kolejnego zjazdu. Musimy zjechać z autostrady, bo inaczej przyjedziemy do Karpacza po północy. Przebijamy się – tak ogólnie bocznymi drogami w kierunku na Wałbrzych. W Szczawnie-Zdroju odbijamy na Kamienną Górę, stamtąd na Kowary i wieczorem meldujemy się w Karpaczu na parkingu Pensjonatu „Pod Wieżami”. Trza się po tej drodze zresetować. Dotyczy to w szczególności kierowcy, który szczęśliwie dowiózł nas do celu. Przed północą dziewczyny mają dylemat: tak dobrze idzie czy nie zabrałyśmy wszystkiego z samochodu. Chwilę to trwa, ale w końcu oddalam się do samochodu celem sprawdzenia okolic siedzeń kierowcy i pasażerów. Wyniki penetracji nie pozostawiają złudzeń. Przynoszę pozostawioną. Rano śniadanko. Wyciąg krzesełkowy na Kopę jest nieczynny (wymiana krzeseł – wreszcie rzec by należało). Oznacza to, że pięknego Spindlerovego Młyna nie zobaczymy. Będzie za to wschodnio-karkonoska klasyka. Zaczynamy od spaceru wokół Świątyni Wang. Nabywany wejściówki do Karkonoskiego Parku Narodowego i drogą dojazdową na Śnieżkę rozpoczynamy „akcje górską”. Jest przyjemny chłodzik ale i słoneczko dopisuje. Przy pierwszym wypłaszczeniu – przy krzyżówce ze szlakiem żółtym - popas… trza się bowiem. Na wysokości ruin schroniska im. Bronka Czecha schodzimy z turystycznej „magistrali” i żółtym zmierzamy w kierunku Pielgrzymów. Na początku podejścia po pomoście pokonujemy młakę, która „zalega” w dolnej części Polany Kotki. Pielgrzymy. Formacja skał granitowych. Dziewczyny wspinają się na jedną ze skałek. Po sfoczeniu koleżanek i ja dołączam. Wchodzimy na Słonecznik – kolejna, tym razem pojedyncza formacja skalna. Czeska nazwa Poledni Kamen nawiązuje do pochodzenia nazwy (dla mieszkańców Podgórzyna czy Borowic słońce nad skałą wskazywało południe). Jesteśmy już na glównym grzbiecie. Wieje taki przenikliwy zimny wiatr. Od tej pory idziemy już w odzieży przeciwwiatrowej. Czerwonym szlakiem po kolei focimy i oglądamy panoramy znad Wielkiego Stawu i parę chwil później Małego Stawu skąd „księżniczka” widoczna jest z perspektywy  schronisk Samotnia i Strzecha Akademicka. Pogoda się zmienia. Nadciągają chmury. Wieje. Podejmujemy decyzje o tym, że w takich warunkach nie ma co iść na Krakonosa. Zostajemy w Lucni Boudzie gdzie zamawiamy knedliczki z gulaszem i tamtejsze browarki. Wychodząc z Lucni Boudy nic nie wskazuje na rychłą poprawę pogody. W kierunku Śnieżki zmierzamy tzw. Schustlerova Cestą która do granicy poprowadzona jest pomostami nad torfowiskiem na Równi pod Śnieżką. Jeszcze na niebieskim czeskim szlaku chmury rozwiewa wiatr i naszym oczom ukazuje się ona. Wykorzystujemy okazje by wykonać parę fotek. Przy schronisku Dom Śląski międzynarodowe tłumy. Nie zatrzymujemy się. Rozpoczynamy atak szczytowy. Nie jesteśmy oryginalni. Focimy w każdym miejscu gdzie odchodzą w prawo „vyhlidkove mista”. Przy drugim takim miejscu znajdujemy porzucone łańcuchy. Skąd? Jak? Rodzą się pytania… bo przecież nie chodzi chyba o to, że tu w tym miejscu ktoś zrzucił jarzmo niewolnictwa. Przez moment pojawia się myśl czy aby nie wziąć ze sobą na dół tego żelastwa celem urozmaicenia „wieczornych igraszek”. Na samej górze dłuższy postój. Znajdujemy sobie w miarę odludne miejsce i napawamy się widokami. Schodzimy do Śląskiego Domu drogą dojazdową. Koło schroniska decydujemy się na zejście z głównego szlaku sudeckiego i dotarcie pod schronisko Strzecha Akademicka przez Kopę i Biały Jar (miejsce w którym doszło do paru śmiertelnych wypadków lawinowych). W Strzesze Akademickiej nie zatrzymujemy się. Planujemy zrobić sobie przerwę w Samotni. Ludzi jednak jest tyle że skończyło się tylko na przerwie na sikanie. Od ruin schroniska im. Bronka Czecha do Świątyni Wang schodzimy dobrze nam już znaną „brukowaną autostradą”. Zakupy na wieczór i poranne śniadanie. Pozostawienie zakupów w pensjonacie i wybywamy na Karpacz. Pasuje bowiem coś zjeść. No ale wszędzie wszystkie miejsca pozajmowane. Ludziska stoją w kolejce aby coś się zwolniło. Dramat. Oj sorki była taka jedna restauracja, w której udało nam się zasiąść i nawet dokonać wyboru, ale po paru minutach okazało że tego czy tamtego już nie ma – mogą być jakieś zamienniki. Ostatecznie – można by rzec rzutem na taśmę – zdobyliśmy miejsce w Restauracji Hotelu Biały Jar. Drogo, ale w sumie warto było. Wieczorem krótkie posiedzenie „na komnatach” i w pielesze. Rano śniadanko i wyjazd do Szklarskiej Poręby. Czas na zachodnią część Karkonoszy.  Wyjeżdżamy kolejką na górną stację przy Szrenickich skałkach. Stąd w 10 minut dochodzimy do schroniska na Szrenicy. Czas na kawę. Spieszymy się jednak bo dzisiaj czeka nas jeszcze powrót do domu. Przemieszczamy się w kierunku Śnieżnych Kotłów za znakami głównego szlaku sudeckiego, mijając po drodze Świńskie Skałki i Twarożnik. Na moment porzucamy szlak czerwony by dojść do źródeł Łaby. Śnieżne Kotły od góry robią wrażenie – choć osobiście uważam że od dołu są piękniejsze. No cóż nie starczyło czasu. Po foczeniu śnieżnych – co chwilę zajęło oddalamy się za znakami żółtymi do schroniska Pod Łabskim Szczytem. Na zejściu Jolka odczuwa kolana (czyt.: zaczęły ją napierdalać). Schodzimy powoli. Przy schronisku podejmujemy decyzje, że spokojnie zejdziemy już do końca żółtym. „Koszmar” rozpoczął się od krzyżówki ze szlakiem zielonym łączącym pośrednią stację wyciągu krzesełkowego. Schodziło się 1/3 trasy niestety potokiem w błocie. W Szkarskiej Porębie nie zabawiliśmy długo. Mając na uwadze korki na A4 w okolicach Wrocławia pojechaliśmy do domu kierując się na Otmuchów i Kędzierzyn-Koźle. Po 21ej byłem w domu. Dziewczyny pewnie ze 40 minut później.

bottom corner