2015.05.30-06.05

Czechy 2015. 30 maja 2015 roku wracamy po pięciu latach do Republiki Czeskiej. Po godzinie 7ej rano wsiadamy koło Hotelu Cristal Park w Tarnowie do pożyczonego busa, którym „biały” ma nas podwieźć do Czeskiego Cieszyna. Granice na Olzie przekraczamy tuż po godz. 10ej. Kupujemy bilety z miejscówkami na rowery po czym  zasiadamy w restauracji dworcowej na małej przekąsce. O godz. 11:20 na pierwszy peron stacji wjeżdża Ekspres „Petr Bezruch” Spolecznosci Ceske Drahy do Pragi. Odnajdujemy przedział z miejscami dla rowerów. Parkujemy i sprawdzamy gdzie siedzimy. Rzut oka Agnieszki na bilety uświadamia nam, że mamy miejsca od numeru 101. Rowery natomiast zawiesiliśmy na miejscach od 24. Jeszcze dobrze nie usiadłem a już zadaję siedzącemu naprzeciwko czechowi pytanie: czy ten pociąg prowadzi WARS?, ponawiam wobec braku odpowiedzi i w odpowiedzi słyszę: „a ja ne win co to je WARS”. Z pojęciem restauracji poszło znacznie lepiej. Gość wyjaśnił, że tu co chwilę przemieszcza się holka z wózkiem. I tak tez się stało. Zamówiliśmy po „gambrinusku”. Spokojną konsumpcję przerwała nam konduktorka, która powiedziała nam że nasze miejsca to miejsca tożsame z numerami miejsc dla rowerów. Przesiadamy się na drugi koniec wagonu. W Pradze mamy małe 15 minutowe opóźnienie. Do odjazdu Rychlika „Malce” jest jeszcze ok. 30 minut. Na dworcu w Pradze nie ma jednak z góry ustalonych peronów odjazdów pociągów. Miejsce odjazdu jest wskazywane na tablicach informacyjnych na ok. 10 minut przed odjazdem składu. Stąd na razie czekamy na peronie na którym wysiedliśmy. Nie mamy szczęścia pośpieszny wjeżdża cztery perony dalej. W taborze wysiadamy planowo o 17:59. Jedziemy w kierunku centrum. Czas znaleźć jakiś nocleg. Zatrzymujemy się na głównym placu tj. Namestii Żiżkovo obok pomnika Jana Żiżki z Trocnova. Agnieszka z Jackiem oddalają się w poszukiwaniu noclegów a ja pilnuję rowerów popijając zakupioną kofolę. Pierwsze podejście nieudane. Koleżeństwo wraca z niczym. Odpalam apkę mapy.cz i sprawdzamy gdzie należy szukać. Po paru minutach mamy nocleg w Pensjonacie „Alfa & Whisky Pub”. Po 19ej idziemy zwiedzać miasto. Na schodach ulegam widząc plakat zespołu „Gallon Drunk” lekkiemu wzruszeniu. Przechodzimy przez Bechyńską Bramę i wchodzimy do Paku pod Kotnovem w którym to znajduje się kościół pw. św. Filipa i Jakuba z XIV wieku. Sam park położony jest na starym przykościelnym cmentarzu. Zachowały się nieliczne nagrobki. Wracamy do rynku Starego Miasta. Robimy sobie spacer po i wzdłuż miejskich murów obronnych po czym schodzimy na obiadokolacje do restauracji Pensjonatu „Modra Róża”. Posiłek przepijany serwowanym tam winem z beczki. Białym winem. Wieczór kończymy przy w „Whisky Pub’ie” przy tmavym Bernardzie. Rano śniadanko w formie bufetu szwedzkiego. Po śniadaniu wpadamy w rowerowe wdzianka i udajemy się na wieże widokową Kotnowskiego Zamku skąd podziwiamy panoramę Taboru. Po godzinie 9ej opuszczamy miasto wojowniczych Husytów. Zmierzamy w kierunku mjsc. Hluboka n/Vltavou. Mamy trochę mało wody więc liczymy na sklepy i hostince na trasie. I to był błąd. Jesteśmy bowiem w laickich Czechach a nie w katolickiej Polsce. Tam sklepy są w niedzielę zamknięte. Za miejscowością Hlavatce robimy krótkiego „brejka” nad pierwszym z napotkanych stawów rybnych. Staw przedzielony jest groblą po której biegnie nasza „silnica”. W d(…) dostajemy na podjeździe do mjsc. Horni Bukowsko. Nie żeby nachylenie było jakieś straszne, chodzi o długość podjazdu. Na górze w miejscowości koło kościoła jest hostinec. Niestety w południe jest zamknięty. Dostajemy wodę w najbliższym domu co ratuje nam chyba życie. W kilkanaście minut zjeżdżamy do miejscowości Dolni Bukowsko. Jest tam czynny hostinec. Konsumujemy po rozlewanej z kega Kofoli. Od mjsc. Ponesice serpentynki. Na górze między drzewami przebija już Hluboka n/Vltavou. Jeszcze tylko zjazd z góry, przejazd przez most na Wełtawie i po paru kilometrach wjeżdżamy do „starej Hluboki”. Ulicą Tyrsovą prowadzimy roweru. Na budynku naprzeciwko kasyna widzimy napis: „ubytovanie 300KCs”. Nie namyślamy się długo. Próbujemy bo to atrakcyjna cena. Wszystko jest jednak pozamykane. Na szczęście jest podany telefon. Jacek dzwoni. Okazuje się, że nocleg będzie ale właścicielka będzie za najwcześniej jakąś godzinę. Informuje nas że możemy sobie otworzyć garaż i tam schować rowery. Rowery ostatecznie zostawiliśmy spięte na końcu podwórza. Godzina miło nam mija na terasie restauracji Hotelu „Zaviś z Falkenśtejna” przy czeskiej klasyce (pieczeń wieprzowa, houskovy knedlik, kapusta na słodko i browarek). O 15:30 meldujemy się w naszym – jak się okazuje apartamencie. Szybki prysznic i wychodzimy miasteczko. W Hluboce nad Wełtawą jedyną atrakcją jest tak naprawdę tamtejszy zamek pochodzący z XIII wieku, który obecny kształt uzyskał po przebudowie w drugiej poł. XIX wieku. Tam też zmierzamy. Dochodzimy tuż przed jego zamknięciem dla zwiedzających. Zdążyliśmy jeszcze nie bez trudu – bo ciągle w kadr wchodziła jakaś ruska lala – sfocić dziedziniec. Na szczęście park jest ogólnie dostępny, a zamek z tej perspektywy wygląda zdecydowanie lepiej niż od wewnątrz. Lody na głównej ulicy oraz ponowna wizyta w restauracji Hotelu „Zaviś z Falkenśtejna” dopełniają dzień. 01.06.2015 roku po śniadaniu we własnym zakresie wyjeżdżamy w kierunku Trebunia. Naszym Dzisiejszym celem jest mjsc. Jindrichuv Hradec. Wracamy tak jak wjechaliśmy do Hluboki. Przez most na Wełtawie i zaczyna się niewielki w samej miejscowości podjazd. Przecinamy drogę krajową nr 603 i parę kilometrów dalej drogę ekspresową E55. Za miejscowością Kolny na przewyższeniu szlak rowerowy nr 122 skręca w drogę szutrową. Na początku lasu droga przekształca się w leśną asfaltową ceste. I tak lasami dojechaliśmy do stawu Dvoriste. Brejk. W mjsc. Horni Slovenice zatrzymujemy się na Kofolę i polievki: drżkovą, gulasovą i kndlovą. Przed miejscowością Brilice dostrzegam w oddali zamek. Zatrzymuję rower. Bawię się zoomem i foczę cementownie. Popas w Treboniu na Masarykowym Namestii. Jacek i Aga idą zwiedzać pierwsi, a ja „kwitnę” w słońcu obok rowerów. Potem zmiana. Oni „kwitną” a ja zwiedzam m.in. tamtejszy zamek, klasztor św. Augustyna. Wyjeżdżamy z Trebonia, przejeżdżamy obok stawu Kanov, przecinamy drogę ekspresową nr 24 i… wjeżdżamy na groblę największego w południowych Czechach założonego w latach 1584 – 1590 stawu rybnego Rożmberk. Poruszamy się drogą wzdłuż stawu aleją złożoną ze starych dębów. I tak sobie jedziemy jedziemy i kończy nam się dotychczasowa ścieżka rowerowa. Kończy się koło „Hostinca u Kozela” w miejscowości której nazwy teraz nie pamiętam. No to odpalamy apki, konfrontujemy mapę znajdującą się w tej miejscowości i wychodzi nam, że jesteśmy jakieś 20km na południe od Jindrichuv Hradca. Po Kofoli i jedno lokalne piwo na trójkę. Na szczęście jest wczesna pora. Przed 13ą. Opracowujemy wariant alternatywny, poza szlakowy i przed godz. 15ą zasiadam na ławeczce na Namestii Miru w Jindrichuv Hradec. Nie nasiedziałem się za długo bo „akwizytorzy” szybko wrócili. Okazało się bowiem, że nocleg mamy w oddalonym o 50metrów Hotelu „Vajdar”. Łazienka w pokoju hotelowym ma taki wyciąg, że jego odgłos jest wstanie obudzić śpiącego żula w bramie po drugiej stronie rynku. Profilaktycznie na stałe zapaliliśmy światło w łazience by nikt w nocy się nie pomylił. Ok. 17ej wychodzimy zwiedzać. Zaczynamy na rynku od spróbowania lokalnego piwa Vajgar i takiej czerwonej kofolki. A potem już tradycyjnie: zaliczamy w pierwszej kolejności zamek (z każdej strony), starymi uliczkami dochodzimy do Kościoła pw. Nawiedzenia NMP, by w końcu na obiadokolacje wylądować w Pizza-Bar „Denisa”. Nie zamawiamy tego włoskiego g(…)a. Jesteśmy w końcu w Czechach, w kraju w którym Kuchnia to żadne tam wynalazki takiej czy innej Pani Kasi podniecającej się na wizji ilością kalorii. Na talerzu musi być i basta. Wracając wstępujemy na rozchodniaczka do Grand Hotelu „Cerny Orel” na Jindrichohradeckego polotmavego Orla. 2.06.2015 roku śniadanie w restauracji hotelowej. Dzisiaj najkrótszy z planowanych etapów. 43 km do Telća. Zatem spokojnie jak tylko przejechaliśmy przez obwodnicę miasta od mjsc. Jindriś rozpoczęliśmy wspinaczkę. I tak góra dół, góra dół przejeżdżając co kilkaset metrów na pierwszych kilometrach przez przejazd kolejowy dojechaliśmy do miejscowości Strmilov. Tam zrobiliśmy sobie „brejka” w Restauracji Hotelu „Komornik”. Wtranżoliliśmy tam przepijając kofolką grillowaną kiełbasę z musztardą i chrzanem a Aga sałatkę szopską. W mjsc. Olsany mijamy budynek na którym znajdował się zegar słoneczny. Po drodze do Telća zatrzymujemy się obok 800 letniej Praskoleskiej Lipy (9,5 obwodu, 23m wysokości) i wjeżdżamy do „perełki” na naszej trasie. Do „Starego Miasta” wjeżdżamy przez tzw. „górną bramę”. Parkujemy rowery obok Kawiarni „Haas”. Niedługo potem Jacek i Aga oznajmiają. Mamy zejebistą metę. Pensjonat „Pod kamiennym słońcem” usytuowany na przeciwko romańskiej wieży późnogotyckiego kościoła pw. Św. Ducha. I rzeczywiście bardzo fajny urządzony ze smaczkiem apartament. No i do tego jeszcze ogród do dyspozycji. O 15:30 rozpoczynamy zwiedzanie. Wchodzimy na rynek, który ma kształt wydłużonego trójkąta. Po prawej strony mamy fontannę i kolumnę morową.  Zmierzamy w kierunku znajdującego się na drugim końcu placu zamku i kościoła pw. św. Jakuba. Przed słońcem chowamy się pod podcienia kamieniczek na północnej stronie rynku. Z 60 metrowej wieży kościoła podziwiamy panoramę miasta. Na zamku zwiedzamy tylko dziedziniec. Obiadokolacje spożywamy w restauracji naprzeciwko naszego pensjonatu. Polewają tam „Jeżeka”. Kolejne piwne odkrycie na szlaku  zakąszamy utopencem. Ze zdumieniem stwierdzamy, że do kościoła pw. św. Ducha wchodzi się wprost spod parasolek restauracji. Nie wyobrażamy sobie  takiej sytuacji u nas. Poobiednia drzemka w pensjonaciku. Wieczorem wychodzimy na  rynek. I tu zaskoczenie. Płyta, zamek wszystko tonie w czeluści nocy. Nic nie jest oświetlone. Spożywamy browarka w pizzerii i kładziemy się spać. Rano śniadanko przyrządzamy sami. Prognoza pogody wskazuje że dzisiaj będzie upalnie. Modyfikujemy zatem troszeczkę trasę i postanawiamy częściowo pojechać poza szlakiem Kombinujemy tak do mjsc. Jemnice, którą pierwotnie mieliśmy minąć ale z trasy wyglądała na tyle interesująco, że wjechaliśmy do starego miasta. I tu rozczarowanie. Nic ciekawego. Restauracje pozamykane. W cukierni konsumujemy kawę i po ciachu. W pewnym momencie koło cukierni zatrzymuje się samochód. Niemal równocześnie wybuchamy śmiechem i łapiemy się za aparaty fotograficzne. Focimy napis na drzwiach pojazdu: „Inżenyrske stavby Jebaćek s.r.o.”. Opuszczamy Jemnice. W mjsc. Uhercice robimy „brejka” w restauracji „Na kolarce” pensjonatu o tej samej nazwie. Jemy pyszny „domaci kureci vyvar s nudlemi” oraz odkrywamy „Daleśicke svetle”. Po krótkim odpoczynku idziemy jeszcze zwiedzić pobliski zamek z poł. XVI stulecia ale okazuje się, że jest nieczynny. Poprzestajemy zatem na foczeniu wymienionego z okolic parku. Najpierw niezbyt wyczerpujący podjazd a potem bardzo strony zjazd do doliny rzeki Dyji. Jesteśmy blisko granicy z Austrą. Wzdłuż rzeki usytuowane są bunkry. Pozostałość po czeskiej linii obrony, która nigdy nie została wykorzystana. Mijamy most na rzece Dyji. Parę kilometrów dalej mjsc. Podhradi nad Dyji i górujące nad nią ruiny zamku Frejstejn. Rozpoczyna się długi podjazd. Mamy nadzieję, że ostatni już w tym dniu. Ale z nadziejami wiadomo jak jest. W mjsc. Stary Petain skręcamy w lewo. Jeszcze tylko lekko pod górę za mjsc. Lancov i zjeżdżając już do Vranova nad Dyji raptownie naciskamy na hamulce. Naszym oczom zjeździe ukazał się bowiem górujący nad miejscowością zamek. Focimy. Znowu trochę zjeżdżamy i ponownie focimy. Jesteśmy w miasteczku Vranov nad Dyji. Nocleg dostajemy w Hotelu „Country Saloon”. W restauracji na błyskawicznie wchodzi nam piwo. Potem drugie od razu. Oj jesteśmy odwodnieni widać. Czas na obiadek. Zamawiamy „tejemsttvi sefa kucyne”. Napchaliśmy się. Przed 18ą wychodzimy na Zamek. Jest tam taka trasa turystyczna którą dochodzimy do bramy wejściowej. Niestety zamek już jest nieczynny. Schodzimy inną ścieżką do miejscowości. Zasiadamy w restauracji „Parnik Vranov” gdzie zapodają toczene „Hostan” i „Krusovice”. Śniadanko w restauracji hotelowej. 4.06.2015 roku rozpoczynamy ostatni odcinek naszej rowerowej wycieczki po Czechach. Zmierzamy do mjsc. Trebić. Jeszcze we Vranovie wjeżdżamy na tamt. zaporę na rzeczy Dyji. Nad powstałym jeziorem trochę ośrodków sportowych ale głównie prywatne dacze usytuowane nad północną odnogą jeziora. Na razie jest przyjemnie. A co najważniejsze zgodnie z planem po płaskim. Na końcu zatoczki kończy się sielanka i ukazuje się ścianka. Zsiadamy z rowerów i do góry spokojnie je wyprowadzamy. Coś się ciężko dzisiaj jedzie. Niby jest po płaskim a pedał „nie puszcza”. W pewnym momencie skręcamy w las. Tam źle interpretujemy jeden ze znaków i po przejechaniu paru kilometrów orientujemy się, że pogubiliśmy szlak. Odpalamy googlowskie mapy i wyjeżdżamy w miejscowości 2-3 kilometry powyżej miejsca w którym pierwotnie mieliśmy wyjechać. Kofola w miejscowym hostingu. W mjsc. Boskovstejn napotykamy na muzeum rowerów. Niestety ekspozycja dostępna jest dla zwiedzających od przyszłego tygodnia. Jaromerice nad Rokitną. Tam zgłodnieliśmy. „Staroćeska Ćesnećka” wraz kofolką weszła jak zwykle. Focimy okolice zamku oraz kościoła pw. św. Małgorzaty i zmykamy dalej. Około 15:30 wjeżdżamy do Trebicia. Największe miasto na naszej trasie. Rowery zostawiamy obok Irish Pub’u „Lucky’s” znajdującego się w starej dzielnicy żydowskiej – dzisiaj w znacznej mierze zasiedlonej przez romską mniejszość. Pilnuję rowerów a Jacek z Agą jak zwykle. Chwilę zajęło aż przyszli, ale jak zwykle wszystko dobrze się skończyło. Nocleg mamy w Hotelu „Zlaty Kriż”. W sumie wyboru nie było. Mogliśmy mieć jeszcze nocleg w Pensjonacie „U Synagogy” ale pewnie po żydowsku by z nas kasę zdarli i qrna jeszcze ta kuchnia. Dobrze jest jak jest. Meldujemy się i zasiadamy w hotelowej restauracji „Kleopatra” na dole, bo na dachu również jest restauracja „Panorama”. Po browczyku idziemy do windy. Agnieszka zauważyła, że nie musimy iść do windy koło recepcji bo jest druga niedaleko restauracji. No to siup. Wsiadamy, naciskamy piętro 4te – bo mamy pokój nr 420 i lądujemy na dachu na placu budowy. Jakaś kostka, papa i bóg wie co tam jeszcze. Ale w oddali widzimy parasolki restauracji „Panorama”. No to w tych naszych rowerowych wdziankach, z sakwami i w kaskach paradujemy pośród hotelowych gości. Około godziny 18ej czyści i pachnący ponownie zjawiamy się w restauracji Panorama na obiadokolacji. Jak to w naszym przypadku bywa nie oszczędzamy się. Po posiłku oddalamy się na staję kolejową celem zakupu biletów na powrót do Czeskiego Cieszyna i rozpoczynamy zwiedzanie. Ale Aga zauważa w jednej z bocznych uliczek, że w pobliskiej pizzerii rozlewają piwo z browaru Litovel. Z podziwem patrzyliśmy jak w szklance z samej piany powstaje ten szlachetny trunek. Spacer podczas którego obserwowaliśmy miasto z poziomu parku w którym kiedyś znajdowała się część umocnień obronnych Trebicia sfociliśmy zamek oraz Bazylikę św. Prokopa skończył się późno w nocy. 5.06.2015 roku o godz. 9:21 wsiedliśmy do Rychlika „Junak”. Mimo małego zamieszania z naszymi biletami w Brnie bez przeszkód dotarliśmy po godz. 14ej do Czeskiego Cieszyna. Godzinę później przyjechali znajomi, znajomy busem i odwieźli nas do Tarnowa via Nowy Sącz gdzie jedna osoba wysiadła na koncert piosenki żeglarskiej.    

 

bottom corner