2010.10.09-10

Bieszczady - drugi weekend września. Jest godz. 4.55 kiedy opuszczam swoje ciepłe M i w rześkim porannym powietrzu zjawiam się na następnym w kierunku wschodnim przystanku autobusu miejskiej linii nr 9. Jest nas trzech. Z niewielkim opóźnieniem podjeżdża załadowany pozostałymi uczestnikami wycieczki bus. W zasadzie – nie licząc licznych głosów za odwiedzeniem stacji benzynowej (skutecznych) przejazd przebiegł bez ekscesów. Lądujemy na Przełęczy Wyżniańskiej. Cel pierwszej części dnia to zbieg granic trzech krajów: Polski, Słowacji i Ukrainy na Kremenarosie. Ale najpierw dochodzimy do Bacówki PTTK Pod Małą Rawką. W schronisku zatrzymują się na chwilę cztery osoby. Reszta nie zatrzymując się – od razu zmierza dalej. Kiedy rozpoczyna się podejście grupa się rozciąga. Spokojnie pokonując przewyższenie docieram z Moniką na szczyt Małej Rawki na końcu stawki. Wykorzystując sytuację, że na szczycie zatrzymała się „grupa Wiśniewskich i ska” (to tylko takie rozróżnienie dla potrzeb opracowania - a pod Ska ukryta jest koleżanka z kolegą których za każdym razem kiedy mijaliśmy się na szlaku nie kojarzyłem z naszą wycieczką) wyprzedzamy przyjaciół i już nie jesteśmy na szarym końcu. Focimy z marszu. Wchodzimy na Wielką Rawkę. Jest słonecznie ale wieje taki trochę nieprzyjemny chłodny wiatr. Schodzimy do pierwszych słupków granicznych – naszych i ukraińskich. Wzdłuż tychże wchodzimy na Krzemieniec. Razem z pozostałymi odpoczywamy. Posilamy się. Fotografujemy i... rozpoczynamy odwrót do bacówki. Na zejściu spotykamy Jurka, Leszka, Bożenę i Asię. Na zejściu z Małej Rawki daje się we znaki błoto – choć to główne jak się okaże czeka nas dopiero jutro. Pod schroniskiem popas. Część osób zostaje, część udaje się na „caryńską”. Dołączam do tej drugiej grupy. Dotychczas było spoko. Wchodziliśmy na lekko. Teraz kiedy założyłem „duży wór” sytuacja nie wygląda najlepiej. Na podejściu wygląda chyba jeszcze gorzej. Przerwa pod lasem (gdzieś w połowie podejścia). Samotnie dochodzę na Połoninę Caryńską. Robię „fotę” i po paru minutach dołączam do oczekujących pod szczytem. Towarzystwo idzie dalej, ja muszę odpocząć. Zjadam kanapkę, dwa batony ale to jest chyba mało. Naruszam żelazne wieczorne zapasy Moniki. No to mogę zmierzać dalej. Zejście z „caryńskiej” na Parking w Brzegach Górnych przebiega o niebo przyjemniej niż wejście na połoninę. Na parkingu odpoczywamy, po czym rozpoczynamy ostatnie decydujące szarpnięcie, szarpnięcia... nieważne ile ale z przerwami na złapanie oddechu, udane fotki zachodzącego słońca oraz nieudane jelenia „na rykowisku” (a tak chciałem mieć własną wersje tego kultowego” obrazu) docieram do Schroniska PTTK na Połoninie Wetlińskiej. W Chatce Puchatka miłe zdziwienie. Jest ciepło. Nawet bardzo ciepło. Na zewnątrz zawierucha a wewnątrz posiedzenie. Z czasem śpiewamy (przyjmijmy). Ktoś mówi: „koniec gaszę światło”, zapada ciemność i wyłącza się rejestrator na twardym... a potem już jest ranek kolejnego dnia. Nabożeństwo o 7.30 odprawia... no właśnie poprawnie będzie chyba tak: dla turystów górskich „killer” dla pozostałych Ksiądz Robert. Śniadanie i już wychodzimy w tą paskudną pogodę. A „pi...” okrutnie. Bez zatrzymywania każdy w swoim tempie docieramy do Przełęczy Orłowicza. Część grupy wchodzi na Smerek a pozostali zgodnie z planem „czarnym” oddalają się w kierunku Bacówki „PTTK Jaworzec”. Nikt z nas tam do tej pory nie schodził. A im niżej tym orientacyjnie trudniej (beznadziejnie postawiona pierwsza tabliczka z napisem Bacówka) i dochodzi do tego ta maź na trasie (taa... służby leśne przygotowały niezły tor przeszkód). Szczęśliwie dochodzimy. Przed bacówką „hucuły” a w bacówce normalna cena „browczyka”. Aaa i jeszcze poeta był. Bez muzy - niestety. Posileni wychodzimy z bacówki. Robimy fotkę „krzyża pańszczyźnianego” i stajemy przy brodzie na Wetlinie. Nigdzie nie widać mostu (przynajmniej z tej strony rzeki). Rozpoczynamy – chcąc nie chcąc przeprawę. Rzekę pokonuję wpław w klapkach. Pozostali na bosaka lub po kamieniach. Niestety nie obeszło się bez strat w ludziach. Wsiadamy zaraz potem do busa i o 19ej kończymy w Tarnowie.

bottom corner