2010.07.24

Pieniny - te tzw. małe. Zacznę od początku. Moja siostra zarejestrowała się na forum - szerzej: na forum turystycznym, bardzo szeroko: na tarnowskim forum turystycznym Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego -:). Od razu zapisała nas na wycieczkę, niedzielną pierwotnie, która w miarę zbliżania się jej terminu i zapoznawania się z treścią informacji na stronie forum przez maleństwo (nie takie zresztą już) przekształciła się w wyprawę sobotnią -:) Celem wycieczki jest Wysoki Wierch o poranku, ściślej wschód słońca tamże. Wyprawa dla mnie o tyle atrakcyjna, że miała być poprowadzona przez mojego bardzo dawno niewidzianego klona nieznaną mi dotychczas drogą północną. A więc o 00:30 w sobotę zasiedliśmy w busie pod Hotelem Tarnovia. Podczas drogi do mjsc Jaworki zaskoczyła mnie nie znana mi dotychczas cisza jaka panowała w pojeździe (bedę musiał ten temat poruszyć z moim kolegą mecenasem i wskazać mu pozytywne aspekty takiego przemieszczania się -;) ). W Jaworkach rozpoczynamy równym tempem pod górę. Mniej więcej na godzine przed wschodem słońca dotarliśmy do - i tu nadużycie - Schroniska pod Durbaszką (zdziwionym proponuję zajrzeć w menu i wszystko szybko powinno się rozjaśnić lub uświadomić sobie że przesiadują tam harcerze a nie skauci piwni). Drzwi do holu otwarte i oświetlone. Można zmienić obuwie (przy okazji złapać, zostawić lub wymienić się) Przyszła nawałnica ze Słowackiej strony. Teraz już jest wiadomym, że wschód słońca będzie miał charakter wirtualny (dla tych co nie byli) bądź wspomnieniowy (dla tych co go tam już obserwowali). Zacieśniamy więzy - rodzinne -;) Wychodzimy kiedy burza przeszła. Podchodzimy na Wysoki Wierch kiedy przyszła następna -:) Na szczycie leje jak "jasna cholera". Koleżanka o imieniu Basia proponuje zejście ze szczytu bo są wyładowania atmosferyczne. Jako nowy się nie odzywam ale skoro z nami są "bezpośredni pośrednicy" (wiem że brzmi to jak "oczywista oczywistość" ale co tam) to moglibyśmy mieć więcej zaufania do ich relacji z Najwyższym. Ale dobra. W strugach deszczu schodzimy prawie do Przełęczy pod Tokarnią. Mały popas. "Zrzeszeni" odprawiają jakiś neopogański obrzęd chodzenia pod kijkami trekkingowymi. Ruszamy w kierunku Aksamitki (już nie pada). Mijamy po prawej stado owiec. Słowackie pieski chciałyby a nie moga w przeciwieństwie do tych po naszej stronie co to i chcą i mogą. Bez specjalnego wysiłku osiągamy skrzyżowanie ze szlakiem zielonym z Leśnicy. Część (mniejsza) oddala się w kierunku wioski. Pozostali idą przez Płaśną na Przełęcz pod Klasztorną Górą. Dłuższy popas na którym wspominamy tych co odeszli i tych co im w taki lub inny sposób hołd oddają. Niebieskim zmierzamy na "małe co nieco" do Pienińskiej Chaty. Ze względu na termin odjazdu busa rzeczywiście było małe -;). W Szczawnicy wsiadamy do pojazdu i z krótką przerwą na stacji benzynowej na gorącą czekoladę (i na to co zwykle) docieramy do Tarnowa. Jesteśmy planowo - co też jest dla mnie nowością. Wysiadam z Jurkiem na Słonecznej i razem dochodzimy do naszych miejsc stałego zakwaterowania na ulicy Lwowskiej. Otwieram drzwi, włączam tv i patrzę jak Robert sobie radzi w kwalifikacjach.

bottom corner