2010.12.18

Banica. Gościniec a tam – w miejscu gdzie realizowany jest projekt „Śnieżne trasy przez lasy” - Puchar Pierwszego Śniegu. Wyjeżdżamy z Tarnowa przed godziną 8ą rano. W samochodzie ekipa turystyczna (ja i Marek) oraz jednoosobowa ekipa biegających w „kółko” (Paweł). Trasa spokojnie mija nam do Gorlic. Przed Małastowem gubimy na chwilę cel podróży skręcając w kierunku Bartnego. Szybko naprawiamy błąd i już bez problemu wracamy na drogę krajową Gorlice – Konieczna. Za Małastowem odbijamy w lewo w kierunku mjsc. Jasionki. Wyjeżdżamy na górę i skręcamy w prawo. Zjeżdżamy i... jakby nigdy nic mijamy tablicę z napisem „Gościniec Banica”. Dojeżdżamy do pierwszych domów. Zasięgamy języka i wracamy. Jesteśmy na miejscu. Parkujemy na świeżo przygotowanym tj. odśnieżonym kawałku łąki, parkingu, po czym schodzimy do budynku gościńca. Wewnątrz przyjemnie cieplutko. Zasiadamy na chwilę przy kominku. Trudne zajęcie. Musimy bowiem konkurować ze stałymi mieszkańcami posesji (dwa koty i pies). Paweł zapisuje się jako uczestnik zawodów. Dostaje numerek startowy i bon na posiłek. My po krótkim popasie postanawiamy – nie czekając na rozpoczęcie zawodów - pozwiedzać teren. Przeglądamy otrzymaną mapkę, zasięgamy języka i wyruszamy. Naszym celem jest mała pętelka, taka kombinacja szlaków niebieskiego na Pętną Górę i zielonego. Szybko jednak korygujemy plany przy pierwszym drogowskazie i zamiast na Pętną Górę szusujemy w kierunku przełęczy Małastowksiej co stanowi kombinacje szlaków zielonego i czerwonego. Wjeżdżamy w las. Nieposmarowane narty trzymają całkiem całkiem. No ale jest mrozik. Około 12 stopni poniżej zera. Co ważne jest bezwietrznie. Pośród ośnieżonych drzew  niezbyt męczącą trasą co rusz nieznacznie podchodząc i zjeżdżając stopniowo przybliżamy się do celu. Po 3km drogowskaz. W tym miejscu w prawo odbija szlak zielony a swój początek ma czerwony na przełęcz. Jak na razie równolegle poprowadzony jest PTTKowski szlak koloru niebieskiego relacji Bartne – Magura Małastowska. Od krzyżówki pokonujemy dwa podejścia na których wymagane jest miejscami zastosowanie „jodełki” i dochodzimy do miejsca w którym szlak narciarski odbija w prawo (szlak niebieski podąża dalej na wprost). Osiągamy wierzchołek i napotykamy oznaczenie informujące, że na zjeździe należy zmniejszyć prędkość i zjeżdżać tzw. pługiem. Śniegu nie jest za wiele. Z tego względu o pługu możemy pomarzyć. Odpinamy narty i stromy odcinek pokonujemy pieszo. Po paru minutach wpinamy się ponownie w deski. Bez przeszkód dojeżdżamy do Cmentarza z I wojny światowej na przełęczy Małastowskiej. Spomiędzy drzew wyłania się „cywilizacja”. Nasza polska cywilizacja. Musimy uważać na to co człowiek ucywilizowany (czyt. jeżdżący na nartach zjazdowych) wydala z siebie na zewnątrz. Należy pamiętać o tym, że człowiek ucywilizowany prawdopodobnie nie zna pojęcia „ubikacja”, WC itp. określeń wskazujących miejsca, w których należy. Herbata i chałwa przed wejściem do nekropolii. Wracamy początkowo „PTTkowskim niebieskim” ale szybko nam on gdzieś na rozjeżdżonej przez maszyny leśne drodze ginie. Wracamy zatem na przełęcz. Znowu uważamy na to co uprzednio i przetartym szlakiem narciarskim wracamy do gościnnego Gościńca Banica. Trasa powrotna jest szybsza. Mamy więcej odcinków z góry. Kiedy wychodzimy na drogę do Jasionki jest już dawno po zawodach. "Biegający w kółko" to dziwni ludzie. Jak impreza się kończy szybko rozjeżdżają się do domów. W gościńcu zastajemy Pawła i nie licząc właścicieli ze cztery osoby. Zamawiamy żurek i grzane piwo. Mniam mniam. Naprawdę pyszne. Żegnamy się z „obsadą” gościńca i wychodzimy. Nie daje się nam jednak tak „ad hoc” porzucić byłych dzierżawców Jamnej (z czasów kiedy nie było tam jeszcze ojca Góry i jego gwardzistów) bowiem zaraz przy wyjeździe z parkigu wpadamy do rowu. Właściciel Banicy wyciąga nas z rowu i wraca do siebie. 200M dalej silnik zakaszlał i zdechł. Idziemy po gościa, a ten wita Pawła tekstem: „Oj widzę że dzisiaj nie zjem spokojnie kolacji”. Odpalamy pojazd na kablach. Zapalił. Definitywnie żegnamy się z miłym panem. Jedziemy ale niedaleko bo tuż za Małastowem, silniczek znowu zakasłał i Marek zjechał na pobocze – tym razem bez dodatkowych efektów. Wysiadł klnąc siarczyście, otworzył maskę i docisnął jakąś kopułkę. Silnik zajazgotał i wreszcie zaczął pracować miarowo. Dojechaliśmy do Tarnowa przed 19tą. Było bosko.

bottom corner