2016.08.13-15

Beskid Niski. W długi weekend sierpniowy (13-15.08.2016) zamarzył nam się biwak w Beskiedzie Niskim. Wykorzystując fakt, że w sobotę rano z Rzeszowa jest bezpośrednie połączenie kolejowe z Łupkowem i to że e-podroznik.pl wykazuje możliwość ewakuacji powrotnej w dniu 15.08. z mjsc. Tylawa decydujemy się na rozbicie płachty na polu biwakowym w źródłach Jasiołki. Przed godziną 11tą w sobotę 13 sierpnia pociąg spółki Koleje Podkarpackie zatrzymał się na stacji w Łupkowie (Starym Łupkowie). Bez zbęnej zwłoki oddalamy się – zresztą jak i inni pasażerowowie – w kierunku tunelu pod Przełęczą Łupkowską. Poruszamy się wzdłuż torów kolejowych prowadzących na Słowacje. 15 minut później jesteśmy już przy wlocie tunelu kolejowego. Po słowackiej stronie tunelu na murze data godło Czechosłowacji i data 7.XI.1946 oraz inskrypcja w języku czeskim i rosyjskim: "Co germańska zloba zlicila, bratska ruka sovieckiej armady postavila". Od razu wchodzimy na niebieski szlak (słowacki), którym dochodzimy do granicy. Tam biegnie słowacki szlak koloru czerwonego. Jesteśmy na Przełęczy Łupkowskiej (Lupkovsky Priesmyk). Na przełęczy mały schron turystyczny. Do krzyżówki z naszym szlakiem koloru niebieskiego idziemy przez "chaszcze". Potem już jest łatwiej. Trasa przemienia się w wygodną leśną ścieżkę. Pierwszych turystów (rowerzystów) spotykamy za Siwakową Doliną. Mniej więcej w połowie odległości między słupkami granicznymi I/98 i I/99 kolejne miejsce biwakowe z chatką typu "schron". Wychodzimy na Przełęcz Beskid nad Radoszycami (słowacki Laborecky Priesmyk). Na parkingu – gdzie robimy brejka – ucinamy sobie dość długą pogawędkę z 5letnią turystką. Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej. Powoli wchodzimy na Stredny hrb. Nie zatrzymując się idziemy dalej i osiągamy Wielki Bukowiec (słowacki Wyski Horb) z dawną wieżą widokową na szczycie. Trochę z nieba zaczyna chlapać. Na "Kalinowskim siodełku" kolejna chatka turystyczna a nieopodal głaz upamiętniający miejce w którym pierwszy barbarzyńska z pięcioramienną gwiazdą przekoroczył granicę słowacką. Z przełęczy rozpoczyna się podejście na pobliska Kanasiówkę. Wchodząc tam już "meldujemy się" w granicach Jaśliskiego Parku Krajobrazowego. Pół godziny później szlak niebieski opuszcza granicę i schodzi do rozlewisk Jasiołki. Dochodzimy do pola biwakowego. Jesteśmy zaskoczeni ilością rozbitych namiotów (ok. 15tu). Jakieś rodzinno-koleżeńskie spotkanie w jednej części polany, gdzie indziej rozbici rowerzyści z sakwami. Pala się ogniska. Jest "sielsko anielsko" na tym odludzi. Rozbijamy płąchtę biwakową przy Jasiołce (po drugiej stronie rzeki w miejscu gdzie kiedyś była strażnica WOP stoi pomnik poświęcony żółnierzom korpusu zabitym przez sotnie UPA w 1946 roku – choć dane tam podawane są z perspektywy dzisiejszej wiedzy nieaktualne). Widać ingerencje bobrów. Przy jednej z takich zapór miejsce kąpielowe. Bobry swój żereń mają ok. 50 metrów w górę rzeki od obozowiska, przy drodze do Moszczańca (poza szlakiem). Posiłek gotujemy na kuchence polowej żelowej będącej na wyposażeniu armii szwajcarskiej. Sprawdzamy na ile ta puszka – wielkością przypominająca małą konserwę turystyczną - wystarcza i wychodzi nam że na spokojne zagotowanie 1,5 litra wody. Dochodzimy do wniosku – biorąc pod uwagę relację ceny i wydajności do wagi – że przy krótkich wypadach warto z tego rozwiązaniach korzystać. Rano budzimy się ok. 7:30 czyli dość późno. Śniadanko (i druga puszka) i ok. 9:30 wyruszamy. Dalej poruszamy "niebieskim" w dół doliny. Podziwiamy rozlewiska Jasiołki, focimy pomnik poświęcony kurierom beskidzkim AK oraz zapuszczony cmentarz żołnierzy radzieckich. Skręcamy w lewo i ropoczynamy podejście na grzbiet graniczny. Na granicy krótka przerwa na uzupełnienie płynów. Przed nami "ubezpieczony" (drewniane kładki położone na torfowisku) odcinek słowackiego rezerwatu "Haburske raselinsko". Kilkanaście metrów za słowackim słupkiem turystycznym rozpoczynają się cmentarzyki z okresu I wojny światowej. Jakże one odbiegają od tych znanym nam z zachodniej części beskidu. Ot odsłonięte zwykle ziemne mogiły. Cały czas idziemy słowackim "czerwonym" w kierunku zachodnim. Rozpoczynamy podejście na Kamień. Przed szczytem po obu stronach granicy mogiły z I wojny Światowej (ten po naszej bardziej zadbany). Przed wejściem do "polskiego cmentarza" na gałęzi zawieszony pasterki dzwonek a na drzewie tabliczka z napisem: "PODZWOŃ... nam, poległym w walce i cierpieniu, na KAMIENIU powstała sława naszego życia i śmierci". Nie mamy wyjścia, dzwonimy. Na szczycie ciąg dalszy pojedynczych grup mogił. W prawo odchodzi szlak koloru "żółtego", chwile potem "niebieski". My trzymamy się słowackiego "czerwonego" aż do Przełęczy Beskid nad Czeremchą (słowackie Ćertiżne Sedlo). Na tej rozległej przełęczy w turystycznej wiacie odpoczywamy. Nie mamy zamiaru nadkładać drogi klucząc granicą toteż w aplikacji mapy.cz (w wersji offline) podglądamy możliwości. I... już wiemy co i jak. Na wysokości oznaczonych na mapie ruin polskiej straznicy KOP z 1939 roku w lewo odchodzi droga w kierunku lasu i jesteśmy przekonani co do tego, że to jest właśnie ten skrót. Schodzimy zatem drogą w kierunku wsi Lipowiec. Po lewej widać dwie drogi odchodzące w lewo, gorzej jest z ruinami strażnicy. Zresztą na to, że one są tam widoczne nkt z nas nie liczył – bo od czasu naszego ostatniego pobytu w tamtej okolicy musieliby je odbudować. No, ale żeby mieć pewność to konfrontujemy pozycje wg wskazań GPS i wychodzi nam że to jest właśnie ta droga. Dość szybko łapiemy granicę poniżej szczytu Pstrzyńska. Jest jednak dramat. Zaczęły się "mokradła". Błoto powstałe w wyniku działaności leśnych ciągników. Na wysokości Jałowej Kiczery opuszczamy granicę i schodzimy do mjsc. Zyndranowa szlakiem koloru "czarnego". Wydaje się nam że słychać w oddali burze. Jesteśmy w lesie ale przez to co prześwita nic za opadami nie przemawia. Na dole j(...)a młaka i chyba gdzieś w okolicy żereń tych "budowniczych". Myślę, że niebawem będzie to na tym odcinku szlak wodny. Kiedy wyszliśmy z lasu doszliśmy do wniosku, że burza jednak krąży. Wyraźnie odczuwalna jest duchota, której w lesie nie było. Mijamy chatkę studencką SKPB Rzeszów. Do momentu wejścia na asfalt jest wszystko oki. Ale ten typ nawierzchni jest delikatnie rzecz ujmując dość upierdliwa. Rozglądamy się zatem za kimś kto by nas podrzucił do Tylawy. Ruch na drodze optymistycznie na napawa. Ale oto na "horyzoncie" coś widać. Pierwsze pudło. Za drugim razem zabierają nas trzy panie jadące po spóźnione zakupy. Wysiadamy koło restauracji i zajazdu "Domenico". Nasza radość jest tym pełniejsza, że właśnie tam zmierzaliśmy. Zamawiamy od razu po dwa... bo przecież na tym poziomie odwodnienia pierwsze wejdzie jak w piasek. Przy pierszym dochodzimy do wniosku, że jak tu będą miejsca to raczej pchać się na odległe o ok. 2,5km pole biwakowe nie będziemy. Pytamy miłą Panią z obsługi skąd tutaj jutro (15.08.2016) odjeżdżają busy do Krosna. Pokazuje nam przystanek obok zajazdu i informuej, że zazwyczaj z tego ale jutro nic nie jedzie. No to kurcze dupa. Odpalam e-podroznika a tam już są inne dane niz te sprzed trzech dni. Po posiłku rozglądamy się czy by ktoś z obsługi nie podrzucił nas przypadkiem do Dukli itp. itd. Stanęło na tym, że brat po nas przyjedzie. I tak też zamknęła się nasza sierpniowa przygoda.

 

bottom corner