2012.10.06-07

Zuberec. 6 października 2012 roku godz. 500 - rozpoczynamy się zbierać z terenu miasta Tarnowa. Dwadzieścia parę minut później opuszczamy dzielnicę Mościce i w Zgłobicach lądujemy na „czwórce”. Zmierzamy na Rohacze. Jesteśmy bez śniadania, nikomu też o poranku nie chciało się robić kanapek. Mamy prowiant więc początkowo kombinujemy w kierunku śniadaniowego biwaku w okolicy mjsc. Naprawa. Szybko nam to jednak przechodzi kiedy nasze myśli zaczynają błądzić wokół ciepłego żurku. Dojeżdżamy na przejście graniczne w Chyżnem. W 24h restauracji konsumujemy żurek przepijając herbatą i kawą. Aga i Jacek się nasycili a ja cholera jestem dalej głodny. Postanawiam zamówić jajecznice ale „mecenas” szybko mnie spacyfikował. Wsiadam do kijanki z przeświadczeniem, że może coś by się wreszcie zjadło. Trstene mijamy obwodnicą i niebawem reagujemy pozytywnie na drogowskaz z nazwą miejscowością Zuberec. Jacek proponuje abyśmy się zatrzymali u Katariny i Stefana Skerdów. Niestety ok. 830 nikogo nie ma w domu. Zakupy w pobliskim sklepie i już mkniemy w kierunku Zverovki i znajdującego się nieopodal parkingu koło wyciągu narciarskiego pod Zadnim Salatinem. Na parkingu przepakowujemy się. Coś bym zjadł, ale towarzystwo nalega że może później, gdzieś tam wyżej koło Tatliakovej Chaty. Kiedy już spakowałem żarcie do plecaka koleżeństwo kapituluje. Na parkingu jest bowiem bar – takie bistro. Zamawiamy szaszłyki i browarki. Potem jeszcze idzie „borówkowa na gorzko” i zrobiła się 10ta. Przeliczamy czasy z mapy i wychodzi nam, że pętelka z rohaczami zajmie pow. 8h. Zmieniamy plany i decydujemy się na eskapadę po rohackich jeziorkach. Przed wyjściem jeszcze wypakowuję z wora żarcie pozostawiając tylko wodę i już ruszamy. W grupie „luźnych pielgrzymów” docieramy do Adamculi. Fotka i „zbiegamy” w kierunku wodospadu i Spalenej Doliny. Kończy się asfalt i wraz z nim w zasadzie luzik na trasie. Do wodospadu idziemy w straży tylnej jakiejś słowackiej wycieczki zakładowej. Dalszych perspektyw jak na lekarstwo ale tu bliżej – przed oczami – od czasu do czasu pojawia się obiekt godny uwagi. Przy Rohackim Wodospadzie (wysokość 23m – przepływ wody od 500 do 1200 l/sek.) robimy 10-15 minutowy postój. Podczas „foczenia” miła słowaczka częstuje jakąś dopiero co zerwaną byliną. Nazwa łatwa do zapamiętania, wystarczy skojarzyć pytanie: „ŻE co robi?” z odpowiedzią: „RUCHA” i już mamy zielsko „Żerucha”. Konsumujemy, ma gorzki smak i to tyle bo żadnych takich halu „coś tam coś tam” nie było. Może to i dobrze bo pod wodospad zawitała w międzyczasie „mamusia z synusiem”. Po tym jak gość stanął stanął na kijku trekkingowym butem i centralnie przyłożył sobie w twarz doszedłem do wniosku, że czegoś mu brakuje. Aga się zgodziła, zauważając równocześnie, że na pewno nie mamusi (która notabene z kijem własnym też siała popłoch gdziekolwiek się pojawiła). Nie chcąc mieć zbyt bliskich kontaktów z tymi „słowackimi ninjami” czem prędzej się oddaliliśmy. Przeskoczyliśmy przez próg doliny i zaraz potem zobaczyliśmy „Razcestie pod Prednym Zelenym” (1473m npm). Na chwilę opuszczamy szlak niebieski i Spaleną Doliną za znakami żółtymi w minut 15cie meldujemy się na kolejnej krzyżówce (Razcestie pod Hrubou Kopou – 1573m npm). Spotykamy tam schodzących z Banikowskiej Przełęczy rodaków z dwoma uroczymi Husky'mi. Czekoladka i do „niebieskiego” dochodzimy „zielonym”. W 20 minut – mijając po drodze ze szczególną ostrożnością „mamusie z synkiem” i wykonując fotki widocznej Babiej Góry oraz Pilska dochodzimy do czwartego rohackiego jeziorka (Horne Rohacke Pleso, 1719m npm – koniec szlaku niebieskiego). Byczenie się w słoneczku. Dalej za znakami zielonymi – raz po raz przystając i delektując się widokami obu Rohaczy, Wołowca i Rakonia– obeszliśmy jeziorka schodząc do „Razcestia Smutna Dolina” (1522m npm). Bez emocji przez Tatliakovą Chatę zeszliśmy na parking koło wyciągu pod Zadnim Salatinem. W drodze do Zuberca zatrzymaliśmy się jeszcze żeby zobaczyć jaskinie, wywierzysko zwał jak chciał w każdym razie miejsce, w którym z wnętrza skały wypływa Stewkowski Potok. Tym razem nie było już problemu z namierzeniem Stefana w jego pensjonacie. Dostaliśmy apartamencik i przyjęliśmy zaproszenie na kawę i jak się później okazało także Borovicke (dla Panów) oraz Wiśnióweczkę (dla Pani) . Obiad w „Oravskej Izbe”. Tłoku nie było, ale pojawił się ziomal z gatunku "ku(...) co za obora”. Tatuś przepijał obiad własną puszką Lecha. Wieczór spędziliśmy w nierestauracyjnej części Starej Karczmy gdzie podawano z pipy piwo Martiner i Starobrno oraz ciapovany Zlaty Bażant Radler a dym papierosowy smół się u powały. Przed snem jeszcze krótka rozliczeniowa (podwójna śliwowica na ryja) wizyta u Katariny i Stefana. O 845 w niedzielę 7 października spod pensjonatu wyjeżdża autobus do Liptowskiego Mikulasza. Rzut oka na pogodę za oknem o poranku oraz konsultacja meteorologiczna wyraźnie wskazała na to, że nie zdążymy przed deszczem zrobić pętli na Sivy Vrch i z powrotem. Zatem spokojne śniadanie i decyzja o zwiedzaniu Skansenu Oravskej Dediny i jak starczy (nie starczyło) czasu moczenie się w ciepłych źródłach w Oravicy. Pod koniec zwiedzania skansenu (ok.12ej) zaczęło padać i tak już do Tarnowa zostało. Po drodze obiad w „Chacie Oravica” w Oravicy, zakupy w sklepie w Vitanovej (m.in. kieliszek Borovicki z oryginalną banderolą) a nadto wszystko „Polska w budowie” czyli ten cały „tuskowy burdel” ze wskazaniem na poprawność oznaczenia remontowanych odcinków dróg krajowym.

 

bottom corner