2010.05.02

Wysowa - Cigel'ka – Święto Flagi (taka nowa świecka tradycja w chyba w dalszym ciągu jeszcze IIIRP). Pogodę zapowiadają pod psem ale i tak wyjeżdżamy. Jest 7.00. Im dalej na południe tym groźniej wyglądają chmury na horyzoncie. Czas upływa szybko a my mamy co trzeba z edycji dla koneserów i smakoszy -;). Parkujemy ok. 8.30 prawie vis-a-vis „Baru u Tomasza” w Wysowej. Krótki rzut białkiem na info na drzwiach wejściowych i już mamy pewność w zakresie postawionego pytania zaczynającego się od frazy: może by tak. Tak, Tak... w drodze powrotnej -:). Wybieramy trasę okrężną przez Cigel'ke. Wchodzimy na szlak koloru zielonego, by po ok. 10 minutach "zboczyć" z niego za znakami szlaku pątniczego prowadzącego na Świętą (dla prawosławnych) Górę Jawor. Pierwsze wrażenie po latach na widok trasy rozpoczyna się od westchnienia, którego tutaj nie zacytuję. Generalnie chodzi o to, że kiedyś prowadziła tam ścieżka, a obecnie przez większą część regularna droga gruntowa. Nic to wchodzimy, „focimy”. Patrząc na tablicę poświęconą wypędzonym w czasie akcji „Wisła” Łemkom widzimy wyraźną różnicę między Polską a Ukrainą (tą zachodnią) w podejściu do trudnej przeszłości. Gdy tak sobie próbujemy wodę ze świętego źródełka wjeżdżają terenowym suzuki "dwa popy". Taaa... wszędzie, w każdym odłamie ten sam brak umiaru -:). Zwijamy się. Niecałe 100m dalej granica państwa rozjeżdżona ciężkim sprzętem nazwijmy to upraszczając inżynieryjnym. W poprzek polan dochodzimy do żółtego szlaku do Cigel'ki. Liczymy na lokalny hostinec. I przeliczyliśmy się. Wygląda na to, że spóźniliśmy się jakieś 20 lat. Nie zawiodły natomiast romskie dzieci. Na całym świecie nawijają ten sam tekst więc sobie dla potrzeb tego opracowania cytaty odpuścimy. Dochodzimy do krzyżówki szlaków turystycznych. Wiemy że powinniśmy się zainteresować szlakiem niebieskim do mjsc. Vysny Tvarożec, ale intryguje nas jego przeciwległy kierunek a w zasadzie opis punktu końcowego oddalonego o 15 minut marszu. Czarno na białym stoi: „Jezero”. Idziemy – w dalszym ciągu liczymy na jakiś popas pod parasolem. No i za zabudowaniami się zaczyna droga wzdłuż ogrodzeń „przedsiębiorstw”. Kiedy znowu wychodzimy na drogę asfaltową, na skraju lasu ze „szlaufa” napełniają butelki bracia Słowacy (ot ujęcie wody śmierdziuszki jakich i po naszej stronie nie brakuje). Dochodzimy do jeziora a w zasadzie tego co po tej sadzawce pozostało. Okolica prześliczna. Przede wszystkim cisza i spokój. Kiedyś musiało być tu naprawdę cool, a dzisiaj hm... cóż w ramach ćwiczenia pozytywnego myślenia chyba tez mogłoby być tak samo jeżeli chcielibyśmy na wypoczynek wykorzystać środki wypłacane w ramach tzw. wczasów pod gruszą w firmie w której pracuję -;). Wracamy, po drodze do krzyżówki wstępujemy na wodę ze „szlaufu” i już idziemy niebieskim we właściwym kierunku. Szczęście nie trwa długo. Za budynkiem „czechosłowackiego pgr-u” idąc wzdłuż ogrodzenia pastwiska dochodzimy do miejsca w którym szlak ewidentnie na tą ogrodzoną drutem kolczastym łąkę wkracza. Nikt z nas nie czuje powołania do farmerstwa, więc postanawiamy obejść to pastwisko wzdłuż ogrodzenia. I tak obchodząc i obchodząc oddalamy się od szlaku coraz bardziej. W końcu i polany po których zmierzamy się kończą. Krótki posiłek i wkraczamy w las z zamiarem przebicia się do szlaku. „Paryję” przekraczany w miejscu który piszący uznał – co żeby oddać prawdę nie wszystkim przypadło do gustu - za najłagodniejsze. Na przeciwległym zboczu uroczyska odnajdujemy starą drogę i idąc nią w kierunku (z grubsza) granicy wchodzimy na szlak niebieski. Ilość znaków obecnie zdecydowanie rekompensuje nam ich brak przez ostatnia godzinę. Dochodzimy do drogi, którą zgodnie uznajemy tę wzdłuż której do granicy zmierza szlak zielony z Vysnego Tvarożca. Oczywiście szlaku jak na lekarstwo -:). I tak sobie tą drogą zmierzamy. Dochodzimy do jakiejś chatki tuż za ujęciem wody gdzie robimy sobie mały popasik. Szlaku dalej nie widać. Gdy chwilę później dojdziemy do końca kolejnej polany podejmujemy decyzje o przebijaniu się do grzbietu przez las. W zasadzie idziemy w górę wzdłuż wyraźnych okopów z I wojny światowej (są to umocnienia w których opór oddziałom carskim na początku kwietnia 1915 roku stawiał 4 Pułk Strzelców Tyrolskich). Tuż przed osiągnięciem grzbietu w jednej z transzei odnajdujemy naboje do prawdopodobnie ckm-u. Ot leżą sobie koło drzewa. Wchodzimy na grzbiet. Transzeje w jeszcze większej okazałości. Wydają się nietknięte przez czas. Jedno nas tylko zastanawia, taki drobiazg: gdzie cholera jest ta granica? -;). Spotykamy słowackiego kolegę, który pewnie dla kaprysu nosił rower na plecach. Krótka wymiana zdań i dowiadujemy się że jak pójdziemy w lewo to napotkamy „turistickie znacki”. Zaczyna padać. Ubieramy odzież i jak to zwykle bywa jest po deszczu. 5 minut później wchodzimy na słupek graniczny na szczycie Staviska. Doszliśmy do głównego szlaku beskidzkiego. Idziemy za znakami czerwonymi w kierunku odwrotnym do przełęczy Wysowskiej. Przed słupkiem granicznym Nr I/234 skręcamy w drogę leśną, którą schodzimy do mjsc. Blechnarka. Dalej już „asfaltem” dochodzimy do cerkwi w Wysowej i zaparkowanego obok „Baru u Tomasza” naszego pojazdu. A „u Tomasza” jak to zwykle „u Tomasza” tanio i dobrze. No i tyskie smakuje jak nigdy, albo raczej jak zawsze po wysiłku. No i się rozlało na dobre. Po obiedzie wracamy do domu. Jadąc w strugach deszczu słuchamy relacji z meczu ekstraligi żużlowej. Najlepsze na świecie Radio Kraków transmituje mecz z Gorzowem w skladzie którego w bieżącym roku jeździ Tomasz Gollob - któremu, podobnie jak i Toniemu Rickardsonowi Unia Tarnów tak wiele zawdzięcza. Początek obiecujący. Niestety ostatni bieg para gości Gollob - Pedersen wygrywa podwójnie.

 

bottom corner