2011.02.05-06

Przedwalentynkowe spotkanie na Trześniowym Groniu. 5 luty 2011 roku godz. 7.40 sympatycy i członkowie tarnowskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego spotkali się na Dworcu PKP z Prezesem Odziału który udzielił nam błogosławieństwa na dalszą drogę. Lokujemy się w pociągu i jedenastosobową grupą wyruszamy do piwnickich zdrojów (w Gromniku dosiada się jeszcze Boguś). W przedziale ustalamy że na Niemcową dotrzemy z przesiadką w Bacówce na Obidzy robiąc kółko przy wykorzystaniu szlaku granicznego i „przełączki” pod Wielkim Rogaczem. O godz. 10.25 gramolimy się z pociągu. Pierwsze kroki kierujemy do pobliskiego sklepu samoobsługowego gdzie naszą uwagę przykuwają półlitrowe termosiki z mjsc. Namysłów. Nabywamy. Idziemy ulicą Kazimierza Wielkiego, przy końcu której po prawej stronie znajduje się pub (niestety zamknięty). Dochodzimy do ul. Szczawnickiej. Bogdan zwraca uwagę na to, że jest to ostatnia możliwość skorzystania z komunikacji samochodowej. Nie ma chętnych. Mozolnie od tego momentu podchodzimy do przysiółka o swojsko brzmiącej nazwie „Piwowarówka”. Jesteśmy na granicy Polski i Słowacji. Upłynęło już trochę czasu a my jeszcze nie zdążyliśmy zrobić popasu. W dalszym ciągu w plecakach mamy zakupione w sklepie browarki. No cóż. Na grzbiecie wzmaga się wiatr. Stopniowo i powoli (baaardzo powoli) rozpoczynamy podejście na Świni Groń – który nie wiedzieć czemu sporej części nas później kojarzył się z Eliaszówką – do której było jeszcze tak daleko. Nasza 6 osobowa grupka przyjęła na siebie ciężar zabezpieczania tyłów. Monika i Wisior nieustannie się motywując wprowadzają w nasze otoczenie elementy „roszczeniowe”. Jest to szczególnie odczuwalne przy kulminacyjnym podejściu na Świni Groń i skutkuje odpaleniem jednego z taszczonych termosików. Po zażyciu czujemy się jak … Od razu power w nogach jest inny. Dochodzimy wreszcie do Eliaszówki. Focimy zbioróweczkę. Na drogowskazie stoi czarno na czerwonym: do Obidzy 3 km (i te trzy kilometry będą nam już na wszystkich mijanych drogowskazach towarzyszyć do końca wycieczki – ostatni bowiem będzie na Kordowcu). Z górki zbiegamy do wyciągów narciarskich w Suchej Dolinie. Droga się dłuży ale napędzani perspektywą dobrego posiłku w bacówce z każdym krokiem przebliżamy się do celu. W końcu go osiągamy. W bacówce spotykamy się z Januszem – który tam w okolicy szwędał się już od paru dni. Zamawiamy żarełko i browczyki i zasiadamy. Jest ok. 14.30. Głód wyzwala reakcje. Ci co zamówili takie same dania „podkradają” je sobie nawzajem w myśl zasady kto pierwszy ten lepszy. Z bacówki wcześniej oddala się grupa dowodzona przez Janusza i Bogusia. Cel wyznaczyli sobie: prosty, łatwy i czytelny. Napalić w chatkowym piecu zanim doczołga się tam reszta uczestników spotkania. A reszta póki co świetnie się czuje w bacówce. Obidzę opuszczamy dopiero ok. 15.30. Fotka przed i zmykamy. Zgodnie z rozkładem czasu na mapie mamy: na Wielki Rogacz jakąś godzinę a stamtąd do Chatki na Niemcowej tyleż samo. Wicher dmie nieprzyzwoicie. Dziewięcioosobowa grupa szybko dzieli się na dwie i „nasza szóstka” znowu ubezpiecza tyły. Się ściemnia – dosłownie. Na niestety zarośniętym już Wielkim Rogaczu (powinni wyciąć albo przyciąć tam te choinki tak żeby nie zasłaniały widoków) jesteśmy już w królestwie chmur. Szybka fotka obok drogowskazu. Krótki rzut okiem na odległość na drogowskazie i już wiemy że mamy 3 kilometry do polan na Niemcowej. Droga z gorki więc jakoś leci. Trzymamy się w zasięgu wzroku. Schodzimy do chatki. Jest 17.30. Wreszcie możemy zrzucić worki i zasiąść w ciepłej izbie. Kolacja i konsumpcja. „Impra” przy świecach. Nasiąknięte buty umieszczamy nad piecem. Jeszcze tylko Boguś dołożył do pieca i już się kładziemy. Podobno niektórzy chrapali. Rano śniadanie i inicjacja czyli włączenie do grona. Wstępują Monika i Kasia. Pod kijami przeszły legitymacje dostały. Są z nami. Po obrzędzie żegnamy Kasie i Bartka – którzy idą dalej na Łabowską Halę. Sami zaś udajemy się na Niemcową a stamtąd czerwonym szlakiem schodzimy przez Kordowiec do Rytra. Na trasie breja okrutna. Buciki mi przesiąkły. W Rytrze zdążyliśmy obsłużyć się w sklepie samoobsługowym i już o 11.16 zasiedliśmy w pociągu do Tarnowa. Oczywiście w kasie PKP nabyliśmy bilety na trasę: Krynica – Tarnów bo w promocji jest taniej niż z Rytra do Tarnowa. W pociągu odpalamy "Mocny Produkt" z Jabłonowa, który na "życzenie" obsługi chowamy im z oczu. W Tarnowie na krótko wpadliśmy do Mimozy po czym uznając wyprawę za ostatecznie zakończoną rozstaliśmy się do następnego razu.

bottom corner