2010.09.18-19

Tatry – trzeci weekend września roku 2010. Tarnowski Oddział  Tarnowskiego Towarzystwa Tatrzańskiego zainaugurował powakacyjny sezon turystyczny partnerskim projektem eksploatacji Doliny Pięciu Stawów Polskich (w dniu pierwszym) oraz Doliny Chochołowskiej (w dniu drugim). Jako mocno sympatyzujący z gronem nie mogłem nie wybrać się na wycieczkę której górskie przeniesienie „owsiakowego” hasła „Róbta co chceta bylebyśta jeszcze z pełną puszką wrócili o czasie na miejsce” nie było mi bynajmniej takie obce. Tak więc o poranku dnia 18 września (4.45) siedziałem już z Prezesem Oddziału (nie ma to jak – zresztą wiadomo o co chodzi -;) ) w taksówce pod moim Mrówkowcem. Na parkingu za Hotelem „Tarnovia”, na którym wygramoliliśmy się po paru minutach oczekiwało już spore grono uczestników wyprawy. Punktualnie o 5 rano wyjeżdżamy busem w kierunku dzielnicy Mościce – gdzie dosiadają się trzy kolejne osoby i już jesteśmy poza naszym uroczym miastem. W Wojniczu na rynku czeka Bożenka. Jest to jej pierwsze spotkanie z... hm... nazwijmy to upraszczając zorganizowanym środowiskiem górskim . Nie dziwi zatem rzucona po wejściu uwaga: „o kurcze sami taternicy” (choć teraz nie jestem tak w stu procentach pewien czy akurat na początku padło odniesienie do drobiu). W Roztoce dosiada się Pan Bogusław z małżonką. Teraz już bez zbędnej zwłoki kierowca naciska na pedał gazu. Zatrzymujemy się na krótki postój na stacji benzynowej. Taa... połączenie kofeiny z przetworzonymi owocami chmielu zawsze pomaga ostrzej spojrzeć na poranną rzeczywistość. Około godziny 8.15 meldujemy się na Palenicy Białczańskiej gdzie obsługa tamtejszego parkingu z wrodzoną sobie wrażliwością poucza ceprów że przed wjazdem na parking trzeba się zatrzymać i uzyskać zgodę obsługi na taką operację. Wyjeżdżamy. Wszyscy jakoś sprawnie opuścili pojazd, tylko ja wymyśliłem sobie wymianę spodni – a że pojawił się w zasięgu wzroku kierowcy jakiś strażnik nie chcąc drażnić rekina – pozostałem w gaciach w odjeżdżającym w kierunku Łysej Polany busie. Zresztą zaraz nawróciliśmy i już koło strażnicy byłem z powrotem na drodze. Jeszcze tylko smutna konieczność związana z odebraniem paragonu potwierdzającego uiszczenie należności dla TPN -u, który z przyczyn mi bliżej nieznanych zamiast przeznaczać środki na ochronę przyrody wydaje je na asfaltowanie dróg w parku narodowym (mam tu na myśli to 9 km przedłużenie Krupówek do Moka). Po przekroczeniu szlabanu gonię grupę. Nasze drogi schodzą się przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Zaraz za odbijamy zielonym w kierunku Doliny Roztoki. Peleton na podejściu się rozciąga. Następuje wyraźny podział (pozostał do końca) na sprinterów i maruderów. Idziemy sobie tak (tzn. Ja, Asia i Bożena) Doliną Roztoki początkowo lasem, potem pomiędzy kosówką aż do krzyżówki szlaku zielonego z czarnym. Tam nie ulegam namowom aby dalej iść zielonym. Tak się bowiem składa, że mój nos zawsze prowadzi mnie najkrótszą drogą do najbliższego wodopoju. Pod „Piątką” w słoneczku i nieprzyjemnym wietrze krótki postój. Rozgrzewamy się przełykając gorzką – nie czekoladę bynajmniej. Grupa sprinterów oddala się w kierunku Szpiglasowej Przełęczy. Ja czekam na koleżanki, które o mały włos nie załapały się na pamiątkowe zdjęcie oddalającego się towarzystwa. W Schronisku w Dolinie Pięciu Stawów aplikujemy sobie coś na co na pewno nie wpadłby Anthony Bourdain: szarlotkę z piwem. Ok. 11.30 wychodzimy w kierunku Szpiglasowej Przełęczy. Jest nas ogółem w tej drugiej grupie 8 osób. Leszek (też z rodziny -;) ) dzierży w dłoniach „walkie talkie” przez które kontaktuje się ze mną ustalając na tej podstawie dzieląca nas odległość. Dzięki temu wiemy że odległość w czasie cały czas jest stała. Pogoda jest zajefajna ale im wyżej tym więcej płatów śniegu na trasie. Dochodzimy do łańcuchów. Tam przepuszczamy schodzących z góry i pierwszą ubezpieczoną skałę pokonujemy bez dotykania żelastwa. Następnie wykorzystując łańcuchy i ze dwie klamry wchodzimy na półkę pod przełęczą (jest tam też łańcuch ale podobnie jak na początku znajduje się on pod śniegiem). Na przełęczy jest bosko. Słonecznie i bezwietrznie. Z góry schodzi „pierwsza grupa”. Wspólne zdjęcie. Krótka wymiana poglądów na temat trasy i koleżanki i koledzy oddalają się w dół – czekają na nich bowiem jeszcze dzisiaj Wrota Chałubińskiego. My dzielimy się na tych co do góry (Jurek i Bernadeta) i tych co to napawając się widokami postanowili przepłukać gardło sfermentowanym zbożem. Nie jest źle -:). Kiedy grupa szczytująca z powrotem dołącza do nas, ok. godz. 14.30 rozpoczynamy zejście w kierunku Schroniska nad Morskim Okiem. Na zejściu dzięki łączności wiemy, że dwie minuty od krzyżówki szlaku żółtego z czerwonym, przy czerwonym siedzi syn Janusza. Spotykamy się przy początku szlaku na Wrota Chałubińskiego. Wszyscy już schodzimy do Schroniska przy Morskim Oku. Po godzinie 18ej jesteśmy na Palenicy Białczańskiej. Bus, mały sklep przy rondzie na Klinie (gdzie dwie miejscowe laski podzieliły się w naszej obecności uwagami na temat własnej mądrości) i już meldujemy się w Pensjonacie „Szarotka” w Gliczarowie Górnym. Pensjonat prowadzi Pani Bożena – która jak się okazuje też mnie zna (choć jeszcze rano dał bym sobie głowę uciąć że jej nigdy w życiu wcześniej nie widziałem). Pokój dzierżę z Leszkiem i „Szazą”. O 19ej kolacja. Po kolacji robimy się na bóstwa i rozpoczynamy badanie. Wytrzymałości bardzo trudno przeszczepialnych organów. Oglądamy walkę (tak to nazywa komentator sportowy) Pudziana i kładziemy się spać. O 7 rano meldujemy się na śniadaniu. Bufecik szwedzki. Plan na 12ego jest prosty. Byle do Siwej Polany. Na miejscu okazuje się, że są wśród nas uprzywilejowani (ta obrona granic co to nie płaci za nic). Część osób wypożycza rowery, część wybiera kolejkę. Konfrontacja koło leśniczówki wypada na remis ale tylko dlatego, że niektórzy markowali jazdę na rowerze. Pod leśniczówką daje znowu znać o sobie grupa sprinterów. Oddala się w kierunku Wołowca. My udajemy się do Schroniska w Dolinie Chochołowskiej, skąd po krótkim „popasie” wpadliśmy na chwilę do Doliny Jarząbczej, do miejsca które jakiś czas temu odwiedził Papież Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Ojczyzny. O 13ej jesteśmy na mszy w Kapliczce na Polanie Chochołowskiej. W trakcie nabożeństwa okazuje się że tym co odbyli w nieodległej przeszłości tarnowską pielgrzymkę rowerzystów do Częstochowy wydaje się że są w stanie przewidzieć poczynania celebranta. Po mszy szybko do rowerów i zjazd na dół (tym razem nikt nie kręci). Do Tarnowa wracamy na 19tą. Koniec ale PTTowcy mają sporo pomysłów na kolejne wyjazdy -:).

 

bottom corner