2012.06.29-30

Sokolica – zachód słońca. Plan jest prosty. Wyjazd po pracy, dojazd do Krościenka n/Dunajcem, odwiedzić „Przełom”, wejść zielonym na Sokolice, zobaczyć zachód i... nie nie umrzeć tylko przejść pod Trzy Korony na nocleg, zobaczyć wschód i spadać do domu. 29 czerwca 2012 roku „po pracy” (niektórzy już w dosłownym znaczeniu) zbieramy się z terenu miasta i okolic ostatecznie wyruszając w drogę ok. godz. 1645. Droga jak to droga u nas w piątkowe popołudnie. W mjsc. Tęgoborze kontrolne zakupy w przydrożnej Biedronce (gdzie odwiedzamy jedno stoisko ze wspomagaczami) i odwiedziny sanitariatów na stacji CPN. Jedziemy dalej coraz bliżej Krościenko. Na zakolu Dunajca w Tylmanowej poznajemy miejsce w którym Bożena chętnie by pobiwakowała niekoniecznie przez jedną noc (teren rezerwatu przyrody Kłodne – miejsce gdzie do Dunajca wpływa potok Lewa Ręka). Ale oto już jest Krościenko. Parkujemy na rynku gdzie oczywiście dopada nas parkingowy. Mając za sobą nieprzewidziane w planach wydatki oddalamy się „przełamać do przełomu”. Restauracja „Przełom” to wszak obowiązkowy początkowy i bardzo często także końcowy punkt każdego pobytu w Pieninach właściwych czy w południowo-wschodnich Gorcach. Jest około 1820 kiedy dokonujemy zamówienia: cztery razy żurek, raz flaczki i dwa piwa. Dziewczyny rezygnują z alkoholu. Haa! ale od czego są tajemniczy sponsorzy. Suma sumarum na stole lądują trzy lampki czerwonego wina. Intencje sponsora nie zostały ujawnione - cóż siedzący w rogu sali napity góral dość szybko oddalił się z restauracji. Należy zauważyć jednak, że mina kelnerki była - cytując klasyka reklamy - bezcenna, zdawała się mówić: to był k(...) mój napiwek”. Po upływie 30 minut jesteśmy już w drodze. Idziemy „zielonym”. Początkowo drogą między zabudowaniami a potem rozpoczynamy „wspinanie się” na przełęcz rozdzielającą Czertezik od Sokolicy. Jeszcze przed ostatnimi zabudowaniami Marta zmienia obuwie i od razu jakby lepiej przebiera stopami. Robimy jeden krótki popas po drodze i przed 20tą jesteśmy na przełączce. Woda, uregulowanie przyspieszonego oddechu, woda i wchodzimy na szczyt Sokolica. Jeszcze nie ma zachodu słońca ale i nagrzane powietrze robi swoje. Przejrzystość mogłaby być ciut lepsza. Focimy. Także „tytanica”. W międzyczasie gdzieś tam nad Górą Zamkową czerwienieje zachodzące słoneczko. Czas na kolacje, szampana i... i... te nocne polaków rozmowy o „pośladkach maryny”. Są tacy co to by się chętnie już spać położyli. Dobrze po zapadnięciu zmroku zakładamy czołówki. Rozpoczynamy realizacje drugiej części planu. Idziemy blisko siebie, starając się nie przekraczać zasięgu światła latarek. Wchodzimy na czertezika. Kończymy "winogrona" i zaraz potem oddalamy się w kierunku na Czerteź. Przed samym szczytem kombinacja aluminiowo-drewnianych schodków. Na szczycie się nie zatrzymujemy, schodzimy w prawo w dół. Tempo spada a jest już po północy. Trzeba gdzieś rozłożyć biwak. Wybór pada na skrzyżowanie szlaków niebieskiego i żółtego, dokładnie na to miejsce w którym w sezonie turystycznym „babcia” od lat sprzedaje żętyce i inne specjały. Szybko rozkładamy karimaty, wyciągamy śpiwory i panie zalegają do snu a my kończymy to co zostało niedokończone. Po jakimś czasie też się kładziemy. Koło „mojej” ławki krążą myszki – prawdziwe myszki!!! nie widziałem żadnej białej czy ich większej ilości. Nim zasnąłem kolega potwierdził, że żyje tzn. zaczął chrapać. Jest cieplutko. Przykryty kurtką i polarem zasypiam. Sen musiał być krótki i dość płytki czyt.: czujny. Około 230 słychać delikatne pomruki burzy, pojawiają się bardzo delikatne – na co zwraca uwagę Marta błyski. Burza jest jeszcze daleko. Koleżanka już nie uśnie – zresztą jak stwierdziła w ogóle nie spała. Chyba z tego powodu nie jest specjalnie – delikatnie rzecz ujmując – zadowolona. Przesiedzieliśmy razem do 330 – kiedy to na polanie rozległy się zdefiniowane wcześniej budziki. Okazało się, że poza Martą także i Jola nie zmrużyła oka. Chwilę trwało dobudzanie Jacusia – ale to norma. Śniadanie. Już wiemy, że na Trzy Korony dzisiaj nie wejdziemy i będzie co powtarzać. Podczas posiłku pada uwaga natury krytycznej lub oznajmującej (co nie zostało do końca rozpoznane) o treści mniej więcej zbliżonej do: „obgadywaliście nas wczoraj wieczorem”. Taa... kończąc to co niedokończone mówiło się o tym i o tamtym. Wbrew obiegowej opinii to nie jest tak, że jak się spotykamy to rozmawiamy tylko o sporcie. Po śniadaniu schodzimy do Krościenka. Do Tarnowa dowozi nas szczęśliwie niewyspana (proszę słowa: "szczęśliwie" i "niewyspana" nie traktować łącznie) Marta. Taksówka z Mościc, prysznic i zapadłem w sen we własnym łożu.

 

bottom corner