2010.12.27-29

Poświąteczny beskid (ten sądecki). Już tradycyjnie trzy dni po Świętach Bożego Narodzenia spędzamy w górach. 26-ego w godzinach wczesno wieczornych – po zapoznaniu się z prognozą warunków panujących w paśmie Jaworzyny Krynickiej zamieszczonej na stronie sekcji krynickiej Górskiego Ochotniczego Pogotowania Ratunkowego – wykonałem telefon do ratownika dyżurnego grupy w celu ustalenia tego czy jest sens zabierać ze sobą narty backcountry’owe na naszą wycieczkę. Po przeprowadzonej rozmowie byłem rozdarty decyzyjnie. Na szczęście Aga była na GG. Pozostaliśmy przy pierwotnym założeniu. Idziemy z buta. Telefoniczne uzgodnienia z pozostałymi uczestnikami i następnego dnia o godz. 7.30 meldujemy się w holu odnowionego i oddanego po remoncie a jakże tuż przed wyborami samorządowymi Dworca Kolejowego (notabene rządząca lokalnie wierchuszka nie omieszkała nie wykorzystać okazji do „promocji” własnych osobowości). Do odjazdu pociągu mamy trochę czasu (okazuje się bowiem że z dwóch aktualnych rozkładów jazdy prawdziwy jest ten ze strony internetowej przewoźnika wg którego odjazd jest o godz. 8.01 – wg tablicy zawieszonej w dworcowym holu odjazd składu następuje o godz. 7.41). Idziemy na kawę na atresolę. Z kawiarni ewakuujemy się bocznym wyjściem na peron trzeci. Zasiadamy. Tuż przed odjazdem na peron wpada kilkunastoosobowa grupa w czerwonych polarach. To przyjaciele z tarnowskiego (macierzystego) oddziału Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Koleżanki i Koledzy pod przywództwem ścisłego kierownictwa oddziału wybierają się na Jaworze. Widać ten nowy świecki zwyczaj jest bardzo popularny w turystycznych kręgach. Razem jedziemy do mjsc. Ptaszkowa. Życząc udanej przebieżki kontynuujemy podróż do Nowego Sącza. Ponieważ planujemy dostać się na Jarzębaki od strony wioski Frycowa pod dworcem kolejowym rozpoznajemy skomunikowanie. Plan kończy się w momencie przyjazdu busa relacji Nowy Sącz – Barnowiec. Jedziemy do końca. Przepakowujemy się. Smakujemy próbując wstrzelić się nazwę produktu z którego sporządzona została nalewka wyciągnięta przez Jacusia (częstujący nie pamięta z czego to coś powstało jest jednak pewien, że nie mamy do czynienia z kompilacją kilku nalewek). Hm zdania są podzielone. Moim zdaniem jest to jedna z wód po goleniu na spirytusie choć równie dobrze mógłby to być wywar z turystycznego obuwia zaprawiony tanim zwietrzałym spirolem. Nieważne, to coś tak czy inaczej odkaża. Idziemy dalej dobrze odśnieżoną drogą. Za ostatnimi domami wchodzimy w nie odśnieżoną stokówkę – którą jak wynika z mapy dojdziemy spokojnie do interesującego nas szlaku żółtego. Śniegu miejscami do połowy golenia. Zaczynamy żałować że nie zabraliśmy śladówek (i ten żal towarzyszył nam będzie przez jakieś 1,5 godziny). Spokojnie brodząc w śniegu przemieszczamy się serpentynami generalnie do góry. Nie dane nam jest jednak spokojne dojście do szlaku żółtego. Odchodzące w lewo ścieżki kuszą. Skutecznie. Jedną z najszerszych (dokładnie drugą do której od rozejścia doszliśmy) po krótkiej naradzie pchamy się do góry. Myślę, że przekonało nas stwierdzenie mecenasa że w najgorszym przypadku za dwie godziny będziemy w tym samym miejscu. Jest stromo ale da się żyć. Po 20 minutach dróżka gwałtownie odbija w lewo i w dół. Przed nami potoczek. Zaczynamy wierzyć w to, że ta druga ścieżka nie byłą tą drugą zaznaczoną na mapie. Przeskakujemy przez ciek wodny i już ostro między drzewami ryjemy się do góry na grzbiet którym przebiega główny szlak beskidzki. W połowie podejścia popas czyli czas na uregulowanie oddechu i małe co nieco (dla zdrowia). Z lasu wychodzimy przy drzewie z namalowanym czerwonym znaczkiem turystycznym. Parę minut później mijając trzy groby dochodzimy do szlaku biegnącego z Frycowej. Na grzbiecie nie ma już warunków do spokojnego uprawiania narciarstwa śladowego. Szlak jest dość mocno przewiany. Dochodzimy do wschodniej granicy Hali Pisanej. Widok rzuca na kolana. Pojawiło się słońce a przejrzystość powietrza sprawia, że wyraźnie widoczne są Góry Lewockie. Focimy. „Wspomagamy” organizm i wchodzimy na kulminacje hali. Nie zatrzymując się schodzimy żółtym „na Piwniczną”. Wychodzimy z lasu i od razu wymiękamy. O! ku(rcze) na wprost Tatry, na lewo Jaworzyna Krynicka i to co od niej na południe. Chwilę później odsłania się zachodnia część pasma z wybrzuszeniem Makowicy. Perspektywa zaje(fajna). Delektujemy się nie tylko widokami. Schodzimy do przysiółka i od razu kroki swe kierujemy do babki. Wybieramy pokoje, rozkładamy plecaki, zrzucamy obuwie, zamawiamy (uwaga cena browca sklepowa) i oddalamy się na dół do kuchni bratać się z miejscowym establishmentem. Tak marudząc czekamy na Adama i Anię – którzy po posiłku w Piwnicznej obrali kierunek naszego przysiółka. Nie wchodząc w szczegóły chwilę im to zajęło (wtedy jeszcze nie mieliśmy tej świadomości ale z perspektywy czasu już wiemy że dysponowali wspomaganiem elektronicznym – są zatem wytłumaczeni). Po krótkim odpoczynku grill na zewnątrz (żeby oddać prawdę w niepełnym składzie). Jeszcze tylko „nocne rozmowy rodaków” i już nastąpił poranek dzień drugi. Plan na dzień drugi zakłada zejście do Łomnicy szlakiem rowerowym, przebicie się do żółtego (biegnącego z Łomnicy na Halę Łabowską) a następnie przy wykorzystaniu szlaków gminnych (pieszych i rowerowych) dotarcie do Bacówki PTTK nad Wierchomlą. Pada śnieg. Schodzimy do mjsc. Łomnica. Ania z Adamem na pewnym odcinku zjeżdża drogą na reklamówkach foliowych które zawsze w zimą mają do tego celu przygotowane. Na przystanku „popasik” i do sklepu. W sklepie łamiemy obowiązujące prawo w wiadomym zakresie i bierzemy namiar na osiedle Króle. Po drodze dochodzimy do osuwiska. Droga zerwana. Polami omijamy i pchamy się byle do góry. Do żółtego dochodzimy tak mniej więcej 200 metrów powyżej krzyżówki ze szlakiem gminnym i wspomnianym przysiółkiem. Na grzbiecie witamy Nowy Rok (taki nasz umowny). Tu też kończy się realizacja planu. Adaś dysponujący „garminem” proponuje przejście poza szlakiem tak żeby nie tracić niepotrzebnie wysokości. I rzeczywiście jak tylko zeszliśmy prywatnymi polami (odgrodzonymi od siebie najczęściej płotem z drutu kolczastego) do dołu okazuje się że jesteśmy tak ze 30 metrów wyżej od miejsca w którym szlak gminny schodzi do dołu. Pchamy się do góry na przeciwległy stok odpierając atak sfory kilku piesków (notabene na szczęście więcej krzyku niż realnej agresji) i dochodzimy do poziomu lasu gdzie robimy przerwę na posiłek. „Garminek” nasz powszedni wskazuje drogę. Od tego miejsca rozpoczynamy penetracje miejsc biwakowania i żerowania dzikiej zwierzyny. Oczywiście trzymamy się założenia co by to nie schodzić poniżej planowanego pierwotnie szlaku. Nie oznacza to bynajmniej, że nie schodzimy i nie podchodzimy. Wręcz przeciwnie czynimy to regularnie pokonując w tzw. międzyczasie rozliczne cieki wodne, powalone drzewa i nie mniej uciążliwe chaszcze. W pewnym momencie nawet grupa przemieszcza się przez ten sam obszar utrzymując kontakt wzrokowo-werbalny w dwóch płaszczyznach ale zapadający zmrok zmusza nas do połączenia sił. Na szczycie oznaczonym na mapie jako Przypór przez drzewa przebija się nawet błysk świateł stacji Narciarskiej Wierchomla-Muszyna. Z „garminka” wynika, że bliżej niż do Wierchomli mamy do żółtego szlaku – tego samego przy którym świętowaliśmy nowy 2011 rok. Do pokonania jest jakieś 600 – 650 metrów. Mamy do tego urządzenia co tu dużo kryć po dzisiejszych doświadczeniach ograniczone zaufanie (ale). Przemieszczamy się dalej. Wchodzimy na szlak i za jego wskazaniami w świetle latarek zmierzamy do Schroniska PTTK na Hali Łabowskiej. Chyba nikomu z nas nigdy ta droga aż tak bardzo się nie dłużyła. Wróć – może tylko Jackowi się nie dłużyła. Znikał nam bowiem – unikając nawet kontaktu werbalnego – co jakiś czas z tyłu. Jak się okazało rano miał bliskie spotkanie z dzikiem który go tam, tu i ówdzie posmerał. Nie było chyba jednak sądząc po reakcji kolegi (rozmarzone, lekko zamglone oczy i rumieniące się policzki) najgorzej. Póki co jednak „czując” nogi dotarliśmy do schroniska. Na pierwszy ogień poszły grzańce, na drugi ogień grzańce. W końcu przyszedł czas na syty posiłek. W schronisku pustki. My i jeszcze dwie osoby. Nowy kolejny chatar. Prześliczna żywa choinka. I pomyśleć że niecałe dwa lata pobytu tam tych „głąbów od ratowania karpi przed wigilią” tak wpłynęło na dalsze losy schroniska, że większość turystów w dalszym ciągu omija je dużym łukiem nocując na obrzeżach pasma. A szkoda bo schronisko stara się odzyskać utraconą pozycje, nawiasem z dobrym skutkiem. (miła obsługa, świetne niedrogie menu i dostępna przez cały czas ciepła woda pod prysznicami). Nawet – jak na nas – nie siedzimy specjalnie długo na jadalni. Być może i jakiś wpływ na to miał zapodany przez Maćka „łiskacz” który okazał się być czystym spirytusem opakowanym w ładną buteleczkę (taa… ale tak to jest jak się ma nieporządek na półce). Tylko gromkie „sto lat dla Ani”, łyk szampana, po zimnym i kładziemy się spać. Rano śniadanko. Jajeczniczka, żurek, prowiant własny w tym francuski pasztet z gęsich wątróbek (zabezpieczony wieczornym abordażem). „Hihy śmichy” zwłaszcza gdy Adaś uruchomił „garminka” i zameldował, że nie złapał wszystkich satelitów. Wychodzimy. Schodzimy szlakiem rowerowym do mjsc. Maciejowa. Droga przetarta bo to droga dojazdowa do schroniska (dla jego obsługi). Szybko łapiemy busa do Nowego Sącza, potem autobus do Brzeska (dalej do Krakowa jedzie już tylko Ania z Adamem) i znowu busa do Tarnowa. Czas oczekiwania w każdym miejscu nie przekracza 15 minut. W drodze z Brzeska do Tarnowa nieustający świergot. Oto "galerianki" z okolicznych wiosek wybrały się do miasta na łowy. W Tarnowie wspólny obiad w restauracji „Mimoza”. I za Kubą: „to już koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, idziemy…” na stacje benzynową na ul. Krakowskiej . Był sobie bowiem taki cynk o 50% promocji na artykuły na które od 1 stycznia 2011 roku wzrasta stawka VAT. 

 

bottom corner