2011.06.22-26

Munti Bihor – Rejon Padis – La Gajduri. 22 czerwca 2011 roku godz. 3.30 wyjeżdżamy z Tarnowa w kierunku Wierzchosławic. Pod domem Maćka namacalnie już okazuje się, że choćby „ten na tym stawał” to pięć osób do naszej limuzyny się nie zmieści. Pożyczamy „trójkę” i jedziemy po Bożenę. Wysyłamy sms'a do Wojtka, że nastąpiła redukcja składu oraz informujemy, że w Gosprzydowej (koło tamtejszej karczmy gdzie byliśmy umówieni) będziemy mieć ze 20 minut poślizgu. Zabieramy Bożenkę z Mokrzysk i meldujemy się koło karczmy. Nie barłożąc zbytnio odjeżdżamy w kierunku Krynicy. Tam tankujemy na Orlenie, który niestety nie posiada toalet. Zjeżdżamy więc na drugi koniec miasta na Statoil. Są. Jest też kawa ale i występuje zapotrzebowanie na zmniejszenie ciężaru bagażnika (o masę netto „portugalczyka” z biedronki). Kierujemy się w kierunku Tylicza i dalej Muszynki gdzie powyżej na przełęczy przekraczamy granicę Polsko-Słowacką. Dalej przez Bardejov, Kapusany, Vranov nad Toplou, Trebisov osiągamy przejście graniczne: Slovenske Nove Mesto – Satoraljaujhely. Jesteśmy na Węgrzech. Grzejemy dalej w kierunku na Tokaj. Parę kilometrów dalej za mostem na Cisie (w Tokaju) mały popas na rozprostowanie nóg. Przed wyjazdem zachodzi analogiczne do „krynickiego” zapotrzebowanie na zmniejszenie wagi całkowitej pojazdu. Dalej nasza trasa wiedzie przez Nyiregyhaze i Debreczen. W Debreczynie zbyt późno dostrzegamy „ślimaka” przy zmianie dróg i musimy parę kilometrów nadrabiać. Wojtek który zjazdu z drogi nr E573 na drogę nr E79 nie przeoczył pomknął dalej. Po powrocie na właściwą drogę, za rogatkami Debreczyna znajdujemy oznaczony w lewo skręt w lokalną drogę na Biharkeresztes, w którą wjeżdżamy. Nie mając pewności czy Wojtek też tą trasę wybrał wysyłamy informacyjnego sms'a. Boimy się, że będą na nas z Danusią czekać gdzieś tam na głównej drodze. Robimy króciutki popas na skraju lasu. Otrzymujemy wiadomość zwrotną z proponowanym spotkaniem już w Rumunii na stacji benzynowej koncernu Łukoil. Szybko dojeżdżamy do przejścia granicznego Artand – Bors. Tu nie nie obowiązuje układ z Schengen. Odprawa paszportowa (a w zasadzie dowodowo-paszportowa) przebiega bardzo sprawnie. Standardowe pytanie o miejsce pobytu. Za granicą rozmieniamy pierwsze 50 Euro, nabywamy za równowartość 3 Euro „e-roviniete” (przejazd po drogach rumuńskich jest płatny) oraz segregujemy i odprowadzamy zużyte odpady – głównie szklane. Na stacji Łukoil tankujemy 10 litrów gazu za 28,24 Lei. Przejeżdżamy przez miasto Oradea, kierując się trasą na Devę do mjsc. Beius - gdzie robimy przerwę na zakupy: na targu warzywa, pieczywo i owoc (melon), w samoobsługowym sklepie wino i piwo (Bucegi i Timisoara – butelkach typu Pet). W miejscowości Sudrigiu zjeżdżamy z drogi do Devy w lokalną drogę do Pietroasy. Zmiana nawierzchni jest zauważalna (takie odcinki z na przemian jednostronnym pasem asfaltu) ale najciekawsze dopiero jak się okaże przed nami. W Pietroasie zatrzymujemy się koło sklepu gdzie nabywamy Placinte (taki rodzaj placka z serem). Zmierzamy w kierunki Bogi. Droga staje się coraz bardziej „dziurawa”. Trzeba też uważać na nadjeżdżające z przeciwka ciężarówki załadowane skalnymi odłamkami, puste „betoniarki” oraz pojazdy zwożące drzewa z wyrębu. W Bodze natrafiamy na znak: „zakaz ruchu od poniedziałku do piątku w godz. 8.00 – 20.00” związane z wykonywaniem połączenia drogowego z Polaną Padis. Jest ok. 18ej. Ignorujemy zakaz (podobnie jak wszyscy) i pchamy się do góry. Musimy wjechać na wysokość ok. 1100 m.n.p. Mamy do pokonania m/w 600m przewyższenia. A ruch na drodze „jak ta jasna” choroba i to w obu kierunkach. Na szczęście gościnność rumuńskich drogowców w niczym nie odstaje od zwyczajnej życzliwości mieszkańców tego uroczego kraju. Budowniczy drogi nie okazując negatywnych emocji (można to skonfrontować ze standardową reakcją polskiego drogowca – oj potrafiącego sypnąć odpowiednią wiązanką) co i raz przestawiają sprzęt drogowy dając tym samym możliwość dalszego przejazdu. Na samej górze na przełęczy (Saua) Scarita opuszczamy budowę i skręcając w prawo zjeżdżamy na Polanę La Gajduri. Na ostatnim odcinku wysiadamy z pojazdu aby dać Markowi większą swobodę manewru na kamieniach. Wyjeżdżając zza drzew widzimy machającego Wojtka (rękami). Zjeżdżamy do potoku i rozbijamy namioty (każdy swój – bo należy podkreślić, że miała miejsce operacja o kryptonimie „Blondynki rozbijają namiot). W międzyczasie „Timisoara”. Na kolacje „gajduri karkówka ala Wierba”. Palce lizać. Dość późno kładziemy się spać. Nad ranem dojeżdżają Kasia i Alek czyli Piotrków Trybunalski (później dojedzie jeszcze Kraków oraz Katowice). Po dość późnym (dnia 23 czerwca) śniadaniu wychodzimy w teren. Naszym celem jest Cetatile Ponorului. Początkowo idziemy razem z Wojtkiem i Danusią, z którymi rozstajemy się przy drogowskazie wskazującym zejście do Cetatile Ponorului. Przyjaciele oddalają się w kierunku przeciwnym na Poiane Ponor, my zaś za znakami: „żółte kółka” i „niebieskie kółka” schodzimy przez las do rozwidlenia szlaków. Od „krzyżówki” schodzimy stromo lasem za znakami „niebieskie kółka”. Tak dochodzimy do starych, zardzewiałych i pokrzywionych stalowych schodów. Jest ślisko, bowiem drobne kamyczki przemieszane są z gliną. Na szczęście za schodami, wzdłuż ściany trasa jest oporęczowana. Trzymając się zabezpieczeń schodzimy na dno Doliny Nr 1. Dalej łańcuch jest zerwany. Przechodzimy więc przez duży głaz i dochodzimy do kolejnych poręczy. Tam jest bardzo ślisko. Poręcze doprowadzają do takiej 3-4 metrowej pionowej ścianki. Odpuszczamy sobie bo nie widzimy tam dalej zabezpieczeń. Troszkę się wycofujemy i do wejścia do portalu jaskiniowego docieramy po głazach dnem doliny. Jesteśmy w środku. Odpoczywamy i podziwiany wielkość wejścia do jaskini (do góry ponad 70metrów). Po krótkim odpoczynku w trójkę (z Bożeną i Asią) pchamy się do góry do tzw. Doliny Nr 3 (znajdującej się na poziomie -100m). Stromo po lekko mokrym piargu. Oglądamy sobie tą dolinę przechadzając się wzdłuż wyraźną ścieżką. Schodzimy z powrotem do oczekującego na nas Marka i uzupełniany wodę. Następnie przy wykorzystaniu łańcucha i poręczy (tej samej po której na zejście nie zdecydowaliśmy się paręnaście minut wcześniej) wchodzimy do góry. Okazało się że w ścianie było gdzie zaczepić buta. Przechodzimy do następnej doliny (Nr 2: poziom -120m) przez równie powyginane i pordzewiałe schody jak na początku zejścia do „cetatile”. Na jej końcu z prawej strony znajduje się wejście do jaskini, w której płynie potok napotkany w jaskini w Dolinie Nr 1. Schodzimy stromym zboczem po piargu do wnętrza. Tam już potrzebne są latarki. Idziemy w górę potoku. Kiedy osuwam się z kamienia do wody zamaczając się do połowy golenia, decyduję się na ściągnięcie obuwia i dalszy marsz na bosaka (oszacowałem ryzyko napotkania otwartej puszki po konserwie rybnej na niewielkie). Woda nie jest zimna – albo inaczej chodziło się po „cieplejszej”. Dochodzimy do miejsca z którego widać okno Doliny Nr 3. Dalej nie decydujemy się przechodzić uznając, że przejście przy posiadaniu tylko dwóch latarek jest obarczone znacznie większym ryzykiem i nie chodziło tu bynajmniej o większe prawdopodobieństwo „nadziania się” na otwartą puszkę po konserwie rybnej (nawiasem tam szlaku nie ma, choć przejście przy niskim poziomie z latarkami jest możliwe co uczyniła grupa naszych rodaków parę chwil przed nami). Zanim doszliśmy do miejsca w którym widać okno z Doliny Nr 3 z końca jaskini coś było słychać. Nietoperze zdaniem Bożeny. I tak by pewnie zostało gdyby w świetle latarki Aśka nie zauważyła czerwonych wyraźnie zbliżających się ślepiów. To był wilk. Widać z niejednym koleżanka miała już do czynienia bo znalazła receptę: „trzeba mu poświecić latarką w oczy”. Działa! a przynajmniej wywołuje taki skutek, że osobnik wie w którym kierunku ma zmierzać. Jak stwór się zbliżył oczom naszym ukazał się przestraszony pra-pra-pra i pewnie jeszcze długo należałoby wymieniać owe pra potomek oswojonego gdzieś w okolicy epoki kamienia łupanego wilka. Generalnie po zrobieniu mniej lub bardziej udanych fotek wycofaliśmy się do początku jaskini. Teraz trzeba było wydrzeć te 120 metrów stromo góry. Tam spotkaliśmy znaki „żółte kółka” które opuściliśmy wchodząc do Doliny Nr 1. Spotkaliśmy też rodaków – tych co to poszli dalej dalej i przeszli jaskinią do Doliny nr 1. Aaa i spotkaliśmy też wspomnianego wilka. W dalszym czasie trzymaliśmy się znaków „niebieskie kółka”. Teraz obchodziliśmy Cetatile Ponorului od góry. Kiedyś były tam platformy widokowe ale ze starości zgniły. Można z góry popatrzeć w dół Cetatile Ponorului ale trzeba uważać bo jest bardzo stromo i ślisko miejscami. Nie ryzykowaliśmy specjalnie. Wyszliśmy z powrotem na tą samą drogę od której rozpoczęliśmy wycieczkę tylko trochę bliżej La Gajduri. Słoneczko grzało mocno. Baaardzo mocno. W jednej z knajpek na początku polany (od Cetatile Ponorului) dziewczyny nabyły Cotnari (w wersji Demi Sec) po czym całą grupą oddaliliśmy się do Costy i jego „Terasy”. Wzięliśmy sobie po Palince (w wersji Long). Bardzo dobra. Należy jednak w tym miejscu zauważyć, że część grupy dokonała profanacji tego szlachetnego, tak mozolnie przygotowywanego dla turystycznej braci trunku łącząc wymieniony z colą. Karą za występek niech będzie wymienienie ich imion: Asia, Bożena i Marek. Po jakimś czasie rozpoczęliśmy przygotowywanie wieczornego ogniska. Część osób przynosiła chrust, część była zaangażowana w krojenie warzyw, inni z kolei zajęci byli samym procesem rozpalania ognicha. „Inżynier” dodatkowo zajął się doprawianiem potrawy. Kolacja, biesiada i spać – słowem proza biwakowego życia. Aha miało też miejsce wykonanie przez Wojtka arii do melodii z jakiejś opery (od razu zastrzegam że nie była to rock opera „Jesus Christ Superstar”) do słów które napisał Pan Robert Górski a które to słowa stanowiłyby początek klasycznego przywitania polskiego turysty przez polskiego drogowca w sytuacji gdyby ten pierwszy znalazł się na drodze czasowo zamkniętej do ruchu. Nad ranem zaczęło lać. Burza przechodziła za burzą. Nie było sensu ryzykować. Wojtek przy śniadaniu (a był to już dzień 24-y czerwca) ogłosił, że zwiedzimy dzisiaj Jaskinie Radesei. W dwóch turach. My jedziemy w drugiej. Mamy trochę czasu więc przed deszczem gościny udzieliła nam „Terasa Costy”. Około godziny 15 wsiadamy do wojtkowego subaru i kolega nas podwozi niedaleko jaskini. Wysiadamy i niebawem dochodzimy do jej wejścia (zgodnie ze wskazówkami). Zaraz za wejściem trzeba uruchomić latarki (mamy tym razem trzy), które jak się okaże potrzebne będą w pierwszej części jaskini. Po kolei był łańcuch, po czy trzeba było odnaleźć drewnianą drabinkę, przeskoczyć potokiem mały przesmyk, po czym nastąpiła jasność: pierwsze okno. Schodzimy przy wykorzystaniu łańcuchów na dno którym płynie woda. Pokonujemy małe kotły eworsyjne i dochodzimy do takiego oporęczowanego miejsca (łańcuch) w którym potok kaskadami spływa ok. 4 metrów dość stromo w dół. Przejście pokonujemy z lewej strony. W dolnej części łańcucha trzeba uważać jest bowiem na tyle luźny że można się „wygiąć” w dalszym ciągu trzymając łańcuch i wylądować w potoku (w którymś z kociołków). Wychodzimy z jaskini. Za załomem z lewej strony wodospad Feredeului. Fotki i „ścianką” do góry. Z powrotem tą samą drogą do samochodu. W bazie na chwilę – bo czas na przygotowanie wieczerzy był jeszcze poszliśmy do Costy. Ten jak nas zobaczył wskazując palcem za las rzekł (cytuję z pamięci): „Poiana Padiś, Polacco turisti (łapiąc się za głowę) ojejej bum bum”. Nie odebraliśmy tej wiadomości bynajmniej jako zachwyt nad naszym dzielnym, tak umęczonym narodem. Później dowiedzieliśmy się, że od porażenia piorunem zginęło polskie małżeństwo w wieku 30 lat (mamy nadzieję, że to nie był ktoś z tej grupy z którą powyżej Cetatile Ponorului serdecznie się wyściskaliśmy). Przygotowanie ogniska. Kolacja, po kolacji uruchomiliśmy "automatyczną zmywarkę" (Asia i Marek) a Inżynier zbudował ujęcie wody pitnej. Biesiada, ustalanie planów na dzień następny i spać po czym nastał poranek dzień 25 czerwca 2011 roku. Od rana daje żabami, tzw. opad ciągły prosty. Marek który od czasu kiedy z materaca zeszło mu powietrze (w nocy z 22/23 czerwca) spał w samochodzie wchodzi do namiotu i rozpoczynając od słów których autorem jest Pan Robert Górski oznajmił, że zatrzasnął drzwi od pojazdu a w środku zostały kluczyki. Poleżeliśmy tak koło siebie do śniadania na które z uwagi na panujące warunki atmosferyczne udaliśmy się do Costy. Zjedliśmy Mitetei (kiełbaski baranie). Pożyczyliśmy od Costy drut i zaczęło się grzebanie w drzwiach. Udało się je otworzyć. Z tej też radości otworzyliśmy „Bucegi” (w terasie oczywiście). Znowu zaczęło lać i to mocno. Jak na chwilę przestało poprosiliśmy Coste o wyciągnięcie Marka jego terenówką na górę do drogi. Słusznie się bowiem kolega obawiał, że po tej śliskiej trawie przy napędzie na przednie koła nie wyjedzie. A ponieważ znowu się rozlało to plany na 25ego poszły się... tzn. w tamtym kierunku. Taa... są zasadniczo dwa sposoby na niepogodę na biwaku: pierwszy – zamknąć się w namiocie i wsłuchiwać w krople uderzającego deszczu, drugi – wykorzystać infrastrukturę na bazie. Preferuję to drugie. Jeśli chodzi o pierwszy sposób to cóż... jak lekarz zaleci taki rodzaj terapii uspokajającej to... hm... rozbiję namiot nad wanną i puszczę prysznic. Póki co Costa stawał na wysokości zadania (a miał też znakomitą wędzoną słoninę). Dość powiedzieć, że nawet moimi rozmówkami polsko-rumuńskimi posługiwał się lepiej niż ich właściciel. Ale żeby nie było takiego wrażenia, że tylko siedzimy w Terasie to uczciwie trzeba przyznać, że jak się uspokoiło zrobiliśmy jakieś 300 do 400 metrów (na tyle to było możliwe między jedną a drugą nawałnicą). I znowu życie uratowała nam campingowa infrastruktura. Tyle bowiem wynosiła mniej więcej odległość z Terasy do knajpki w której dziewczyny miały zaufanego dostawcę „Cotnari”. Wieczór zastał nas z powrotem u Costy. Nastał dzień wyjazdu (26 czerwca 2011 roku). Spakowaliśmy się dość sprawnie tzn. powrzucaliśmy jak leci mokre tropiki, namioty i pozostałe rzeczy które nie zmieściły się w plecakach. Powrót do domu tą samą trasą do Bardejova. Stamtąd na Konieczną (lepiej sobie odpuścić bo dobra droga od strony słowackiej jest tylko do mjsc. Becherov). Zjedliśmy obiad dopiero u Martusia w Ciężkowicach (niestety wszędzie wcześniej odbywały się pie... poweselne poprawiny i lokale były zajęte). Na miejscu byliśmy – po rozwiezieniu się – ok. 22ej.

bottom corner