2012.01.28-29

Jamna. 28 i 29 stycznia 2012 roku, w trzecim tygodniu panującej zimy, postanowiliśmy się zmierzyć z przyrodą Pogórza Rożnowskiego. Jednakże z uwagi na kiepskie zaplecze ratownictwa górskiego w rejonie (uniemożliwiające powtórzenie „babiogórskiej akcji” koleżeństwa z Klubu Wysokogórskiego sprzed paru dni) nie pozostało nam nic innego jak rezygnacja z biwaku zimowego. Zatem nasz wybór padł na sprawdzoną we wrześniu ubiegłego roku Gajówkę Państwa Witkowskich. Ok. godz. 8.15 - kiedy „Polski Biegun Ciepła” (wg „pijarowców” miłościwie nam panującego prezydenta) w dalszym ciągu krajowe pogodynki wskazywały jako najzimniejsze miejsce w kraju - wpakowałem się z całym dobytkiem do pojazdu Maćka, w którym już przebywali jego żona oraz znany na rynku lokalnym miłośnik biegów narciarskich (i nie tylko) osobnik, którego w dalszej części tekstu nazywać się będzie Panem Mareczkiem. Wkładając swoje narty i kije do bagażnika uszkadzamy jeden z pałąków bagażnika. A więc kije do środka a uszkodzony pałąk łączymy taśmą do zabezpieczenia nart. Jedziemy po Jacka z rodziną. Po zachodniej stronie miasta kije narciarskie dokładamy do bagażnika kolegi i już pomykamy dalej. Droga „czarna” do momentu opuszczenia drogi do Gródka nad Dunajcem w mjsc. Paleśnica. Tu już jest „biało”. Dojeżdżamy do miejsca, w którym swój początek ma szlak niebieski do mjsc. Bukowiec i rozpoczyna się decydujący stromy podjazd do gajówki. Jacek i jego „4x4” pokazał nam plecy. My po 30 metrach kończymy jazdę do przodu. Wobec powyższego zjeżdżamy tyłem do początku podjazdu. Nie ma rozpaczy. Wychodzimy z auta (jak się okazuje zupełnie niepotrzebnie) a Maciek podejmuje ponowną próbę wjazdu. Tym razem on i jego napęd na jedną oś pokazuje nam plecy. Będąc mniej więcej w 2/3 podejścia rozpoczyna się konferencja telefoniczna z Maćkiem, który jak się okazuje pomylił Dom św. Jacka z Jackiem (niech będzie ”amen” ale żeby to było „ad hoc” to jeszcze pasowałby kumpel na tronie). Pan Mareczek udziela instruktażu wskazując na niemożliwe do przeoczenia punkty orientacyjne: lustro i zaparkowany pod gajówką wóz Jacka. Ledwo skończył a tu z góry zjeżdża „kijanka 4x4” (drugi niemożliwy do przeoczenia punkt orientacyjny). Zaczęło zanosić się na zabawę w podchody a nie jakieś tam „country” po okolicy. Strach miał na szczęście wielkie oczy. Po 10 minutach wszyscy spotykamy się w gajówce. Naczelny Gospodarz proponuje na początek kawę i herbatę a Główny Organizator po puszeczce. Przystajemy. Dorosłe samce się przebierają i oddalają na łowy. Warunki śniegowe na górze są fajne toteż planujemy taką kombinacje szlaku żółtego do Jastrzębiej Górnej, leśnej stokówki do Ośrodka Nadleśnictwa Gromnik, leśnej stokówki do Skał Wieprzek i czerwonego szlaku z mjsc. Jastrzębia do Bacówki na Jamnej. Droga do klasztoru jest posypana jakimś czarnym g(...)m, które uniemożliwia szusowanie na nartach. Musimy wykorzystywać ośnieżone pobocza. Koło zabudowań Domu św. Jacka dopada nas sfora tamtejszych psiaków z grającym pierwsze skrzypce młodym Husky. No ale potem wszystko się uspokaja – tylko my i przykryty śniegiem asfalt. Wjeżdżamy w las. Dojeżdżamy do miejsca w którym szlak żółty skręca w prawo a Kowalski vel Preisner sprzedaje działkę. Krótka przerwa na „działkę” obok działki podczas której oglądamy mapę Pogórza Rożnowskiego. Wybieramy właściwą stokówkę i opuszczamy szlak koloru żółtego. Rozpoczyna się zjazd. Stromy zjazd. Witamy się z glebą gdzieś w połowie zjazdu jeden po drugim. Coraz mniej śniegu w lesie. Kurcze dramat. Wracamy – dochodzimy bowiem do wniosku, że jeszcze niżej w lesie śniegu może nie być w ogóle. Historia zatoczyła koło. Jest i działka którą sprzedaje Kowalski vel Preisner i miejsce w którym szlak żółty wyznaczony w przeciwnym kierunku skręca w prawo. Na szczęście po drodze nie przemieszcza się żaden samochód. Wielka frajda ze zjazdu. Niezła prędkość i zero bliskiego spotkania z podłożem. Ponieważ pierwotny plan nie wypalił pozostaje nam trasa do Bukowca. Znowu przechodzimy poboczem drogi obok klasztoru i znowu towarzyszy nam sfora tamtejszych psiaków, z grającym pierwsze skrzypce Husky'm. Kierujemy się za drogą w kierunku mjsc. Siekierczyna. Zjeżdżamy do przydrożnej kapliczki. Z prawej na horyzoncie majaczą Tatry. Przez łąkę na skos dojeżdżamy do szlaku zielonego biegnącego do mjsc. Bukowiec. Pierwsze podejście pokonujemy „jodełką”. Dojeżdżamy do miejsca w którym na niewielkiej polanie usytuowane jest pojedyncze gospodarstwo. Przerwa. „Działeczka” i do przodu. Zjazd rozpoczyna Pan Mareczek. Poszedł jak przecinak. Reszta w oddali za nim. Część z nas przygląda się z bliska podłożu w miejscu w którym ziemia wystawała spod śniegu. W kolejnej „rynnie” odpinamy narty i schodzimy na butach. Zakładamy narty i jedziemy dalej. Mijamy się z drużyną harcerską z Krosna zmierzająca w przeciwnym kierunku. Jacek proponuje odpiąć narty i na piechotkę zaliczyć widok ze znanym mu skałek, głazów, kamieni narzutowych – w każdym razie z czegoś co jest twardsze od piachu- znajdujących się z prawej strony ścieżki. Wchodzimy na i przyglądamy się z bliska w najlepszym wypadku górnym partiom choinek. Niektóre mają szyszki. Do zabudowań mjsc. Bukowiec zjeżdżamy korzystając z okazji że jest szerzej niż dotychczas. Narty zostawiamy obok kościółka w Bukowcu. Zwiedzamy świątynie a w miejscu wykorzystywanym na ołtarz polowy robimy przerwę na drugie śniadanie. Pan Mareczek okazuje się być doskonałym przewodnikiem. Udaje się mu „odpalić” świeczkę. Po posiłku cofamy się do skałek Rezerwatu Diable Skały, kierując się poniżej wymienionych drogą zjeżdżamy do końca widocznych w oddali zabudowań wsi Bukowiec. Przy zabudowaniach wszyscy – poza Panem Mareczkiem – odpinamy narty. Pan Mareczek „glebuje” na końcu stromego zjazdu i dopiero wówczas decyduje się na odpięcie nart. Niosąc narty dochodzimy do zamarzniętego potoku Paleśnianka, który przekraczamy po kładce. Doliną potoku wg oznaczenia na mapie biegnie szlak okrężny wokół Jamnej (nie zauważamy że jest on dopiero projektowany) którym zamierzamy się dostać do bacówki na Kwas Chlebowy. Dojeżdżamy do miejsca, w którym już dzisiaj byliśmy, tj. tam gdzie swój początek ma szlak niebieski do mjsc. Bukowiec i rozpoczyna się stromy podjazd do gajówki. Odpinamy narty, przygotowujemy z kijków narciarskich prowizoryczne nosidełka i pchamy się do góry. Po drodze mijamy rozstawionych „przyjaciół Gajowego Gamonia”. Jesteśmy przed uzgodnionym czasem obiadokolacji. Naszych pań i Kuby jeszcze nie ma. Na obiad zapodano kotlety schabowe z ziemniakami i surówkami oraz ogórkiem kiszonym a także mix pierogów. Wieczorem impreza z cyklu „śpiewać każdy może” i nawet nie wiemy kiedy zrobiła się północ. Śniadanie o 9.30 – żurek po chłopsku okraszony boczkiem z ziemniakami, kiełbasą i jajkiem. O 11.00 u Dominikanów (Dom św.Jacka) nabożeństwo. Ojciec Andrzej zaprasza dzieci po mszy do wieczernika na doroczne „balety”. My mamy w planach jeszcze małą przedobiednią przebieżkę. Po powrocie do gajówki ustalamy menu na obiad (zupa pomidorowa i mix pierogów) oraz jego czas na godz. 15.00. Początkowo trawersujemy zbocze na którym położona jest bacówka. Kiedy droga zaczyna się nagle obniżać i z przeciwnej strony dochodzi szlak koloru żółtego zmieniamy kierunek i za znakami podchodzimy do góry do polan koło bacówki. Zrobiłem błąd. Niepotrzebnie posmarowałem narty przed wyjściem. Ślizgam się do tyłu a „jodełka idzie mi jak krew z nosa”. Wreszcie jestem na polanach. Kolegów doganiam na zjeździe do „Chatki włóczykija”. Krótka narada obok chatki i próbujemy się przebijać w kierunku kapliczki poświęconej ofiarom pacyfikacji wsi Jamna w 1944 roku. Co chwilę odpinamy i wpinamy się w narty, aż do momentu kiedy wychodzimy na polany przez kaplicą. Wcześniej forsujemy wpław "ciek wodny o znaczeniu strategicznym". Mijamy kaplice, wychodzimy jeszcze wyżej – na wysokość dominikańskiego kościoła – i rozpoczynamy zjazd. Na zjeździe kontuzje łapie Jacek. Na szczęście może chodzić choć kolano ma mocno stłuczone. Wracamy. Na kwaterze znowu jesteśmy znowu przed Ulą i Jolą. W rozmowie z gospodynią wychodzi na jaw, iż jedne z zabudowań (te nowsze) obok których przedzieraliśmy się na polany są własnością (sic) dwóch kapłanów z naszej diecezji: biskupa kościoła rzymsko-katolickiego oraz proboszcza z parafii z mjsc. Gwoździec, którzy sobie tam czasami pomieszkują (No comments! przynajmniej do czasu wyjaśnienia się relacji ufamy bowiem że może chodzić tylko o wspólne oglądanie poszczególnych sezonów serialu "Rodzina Borgiów). Obiad upłynął pod dyktando Kuby, który podczas tegoż dał świadectwo "jakości" posiłkom jadanym w gronie najbliższej rodziny. Ok. 16ej koniec imprezy wyjazdowej. Wracamy do naszych MSZ.

 

bottom corner