2012.01.06

Folusz – Święto Trzech Króli, 6 stycznia 2012 roku. Godz. 6.50 czekamy na przelotowy autobus relacji Kudowa Zdrój – Sanok. Jest spóźniony ok. 20 minut. Podjeżdża. Wygląda na to, że nie ma tragedii, można wybierać i przebierać w miejscach do siedzenia. Czar pryska gdy wchodzimy do środka. Full tylko nie ten „mocny”. Budząc jeszcze śpiących zajmujemy nieliczne wolne miejsca. Ważne, że są. Jedziemy. W autobusie przyjemnie cieplutko co ma też swoją wadę: „czuć sąsiadów”. Nic to. O 8.20 wysiadamy na dworcu PKS w Jaśle. Szybki kontakt telefoniczny z przyjaciółmi nadciągającymi z Trzciany k/Rzeszowa uświadamia nam że zdążymy. Zatem po kanapce i po produkcie z Czeskich Budziejowic po chwili nie ma śladu tzn. po tym drugim pozostaje aluminium do recyklingu pozostawione do wykorzystania dla miejscowych zbieraczy. Przed 9-tą mkniemy już w kierunku mjsc. Folusz w gminie Dębowiec u podnóża Magury Wątkowskiej. Cel wycieczki – mimo padającego od czasu czasu deszczu - pozostaje niezmienny: rozpoznać leśne ścieżki pod kątem ich wykorzystania dla posiadanych „back-countrów”. Parkujemy samochód za nieczynnym w sezonie zimowym foluszowym Fish-Barem na drodze, po której biegną łącznie szlaki koloru żółtego, zielonego i czarnego. Oddalamy się za znakami koloru czarnego. Za gospodarstwem rybnym skręcamy w lewo i po dwukrotnym przekroczeniu potoku Kłopotnica rozpoczynamy podchodzenie do Diablego Kamienia. Po 25 minutach jesteśmy na miejscu. Obowiązkowo wchodzimy na głaz czy raczej grupę głazów narzutowych, przeciskając się w wąskich szczelinach. Chyba można powiedzieć, że test szczupłości wypadł na naszą korzyść – choć gdzieś tam w głębokich zakamarkach mózgu czai się pytanie o „rozmiar testowej miarki”. Po zejściu z Diablego Kamienia szybko napotykamy zielony szlak na Magurę Wątkowską. Łagodnie pośród padającego śniegu podchodzimy w kierunku szczytu. Okolica im wyżej tym przypomina porę roku. Trzeba to jasno zaznaczyć: „Panuje tam regularna zima”. Przed zasadniczym podejściem krótka przerwa na kanapkę i... nalewkę z aronii (rocznik 2009). Mniam, mniam. Zaraz potem zaczęła się rynna. Tu jazdy na nartach by nie było. Mozolnie podchodzimy i wychodzimy na interesującą nas stokówkę na mapie oznaczoną jako znacząca droga leśna. Postój. Nalewka z aronii (rocznik 2009). Nie wchodzimy na górę, oddalamy się w prawo naszą stokówką. Początki są jak najbardziej zadowalające. Niestety później tarasujące drogę powalone drzewa skutecznie eliminują z naszej wyobraźni tą drogę jako możliwą do wykorzystania na zjeździe. Do podchodzenia na nartach jest natomiast możliwa do wykorzystania. Niedaleko miejsca, w którym stokówka przecina żółty szlak (z Folusza do Rezerwatu Kornuty i dalej do Bartnego) napotykamy częściowo skonsumowanego małego dzika. „Żółtym” schodzimy do Folusza po drodze pokonując jeszcze bród na Kłopotnicy i resztki okazałego kiedyś kamiennego mostu. Jest 13ta kiedy oddalamy się na obiad do restauracji przy stacji benzynowej w mjsc. Olchowa (na czwórce za Sędziszowem Małopolskim). Ojojoj... garniec pierogów (z kefirkiem z koperkiem od szefa kuchni) i schabowe (z genialną kapustą zasmażaną z grzybami). Tyle o doznaniach kulinarnych, choć może jeszcze to że trzeba dać na msze aby właścicielowi przez myśl nie przeszła chęć zaproszenia tam kulinarnej celebrytki Magdy Gessler . Przepraszam jest jeden w menu: „Piwo Żywiec”. Im szybciej ten wytwór przemysłu chemicznego zniknie tym lepiej i zdrowiej dla smakoszy. Krótki pobyt u przyjaciół w Trzcianie k/Rzeszowa i regionalnymi kolejami wróciliśmy do domu. Co zaś się tyczy celu rekonesansu to najbardziej prawdopodobną opcją jest pętla: żółtym do góry do Rezerwatu Kornuty, dalej zielony na Magurę Wątkowską i zjazd tymże do Folusza.

bottom corner