2012.08.24-26

Dolina Chochołowska – Dolina Jamnicka. Termin, trasa i skład uczestników wycieczki w drugiej połowie sierpnia 2012 roku nieustannie ewoluował. Ostatecznie całość nabrała kształtu w dniu 23 sierpnia, by około godz. 9ej dnia 24 sierpnia zmniejszyć się o jednego uczestnika który zgłosił gorączkę, przebąkując przy okazji o zimnym piwie w dniu poprzedzającym. Cóż, o 1130 w TLK zmierzającym w kierunku Krakowa jesteśmy w troje. W grodzie Wandy i Kraka jesteśmy o czasie. Szybko wbiegamy na perony krakowskiego RDA i wskakujemy do szykującego się do odjazdu pustego autobusu PKS relacji Jelenia Góra – Zakopane. Klima działa a pojazd nawet sunie tak do okolic mjsc. Naprawa gdzie łapiemy korek na światłach w odległej jeszcze Skomielnej Białej. Trochę w tym miejscu tracimy na czasie. Ostatecznie w Zakopanem jesteśmy ok. 1530. Musimy coś zjeść. Niedaleko przystanków busów natrafiamy na jadłodajnie z domowymi obiadami, co ważne z przyzwoitymi cenami. Posiliwszy się próbujemy namierzyć busa do Doliny Chochołowskiej. Nie ma żadnego, za to w kierunku na Morskie Oko stoi kilka a jakiś miejscowy wydziera się przez szczekaczkę - widząc spory tłumek nie kwapiący się do wsiadania do stojących busów – zachęcając oczekujących do zmiany pierwotnych planów podróży. Po upływie 30 minut wreszcie podjeżdża. Tłum wsiada i ruszamy. Na Siwej Polanie wysiada pięć osób. Nie chce nam się dymać po asfalcie na piechotę. Wypożyczamy rowery z siodełkami do przewozu dzieci. Na siodełkach układamy plecaki i ruszamy w drogę. Deszcz dopada nas szczęśliwie w okolicy pierwszej zadaszonej wiaty. Leje rzęsiście więc chowamy się pod dachem. Wszystko trwa ok. pół godziny. Kiedy przestaje szybko dojeżdżamy do leśniczówki, obok której zdajemy wypożyczony sprzęt. W 15 minut jesteśmy w Schronisku PTTK na Polanie Chochołowskiej. Ustawiamy się w kolejce do recepcji. Mamy szczęście. Otrzymujemy dwójkę na trzy osoby. „Gleba” przypada najmłodszemu uczestnikowi wyprawy. Kąpiel, świeże ciuchy i... do baru. Zamawiamy po żarciu i po „mariolce”, która w tym miejscu chodzi po 8zeta. Zapada zmrok i my tez zapadamy. Pobudka wcześnie. O 745 jesteśmy już po śniadaniu. Kiedy uruchamiają kuchnie zamawiamy kawę i herbatę. Wychodzimy ok. 830. Zaraz skręcamy w kierunku Doliny Jarząbczej. Początkowo równolegle ze szlakiem czerwonym, wyznaczony jest żółty szlak papieski. Schodzimy na moment do miejsca który odwiedził Jan Paweł II i już pędzimy za znakami czerwonymi stopniowo nabierając wysokości. Po 10ej jesteśmy koło ostatniego źródlanego wodopoju. Wyżej już wody nie będzie. Uzupełniamy butelki. W niecałe 30 minut jesteśmy na Trzydniowiańskim Wierchu. Odpoczywamy. Focimy. Smsujemy, rozmawiamy z tymi co to w tym czasie nawiedzili Bieszczady. Coś słodkiego i ruszamy w kierunku Kończystego Wierchu na którym meldujemy się ok. 1140. Powtórka z rozrywki tyle, że już nie używamy telefonów komórkowych. Robimy sobie dłuuugi popas. Dalej na Jarząbczy Wierch wyruszamy dopiero po wpół do pierwszej. W połowie drogi do szczytu nadciągają ciemne chmury i wzmaga się wiatr. Wchodzimy na Jarząbczy Wierch ok. 1330. Na szczycie nie zabawiamy zbyt długo. Rozpoczynamy schodzenie do przełączki, a potem za znakami zielony rozpoczynamy niewdzięczne zejście w kierunku na „Razcestie Jamnickej Doliny”. Wg oznaczenia będziemy tam w 30 minut. A niech to jasny przysłowiowy. Co za „pieprzona rynna”. Schodziliśmy godzinę. Minąwszy „Razcestie pod Smrekom” i Pusty Żleb zaczynam się rozglądać za chatą, a jej nie widać. Pytamy przechodzących słowaków, ale oni wskazują jedynie na noclegi w Prybylinie. Po dłuższej wymianie jedna ze słowaczek przypomina sobie o kolibie, która będzie po drodze niebawem. Rzeczywiście po upływie 20 minut jesteśmy jest ok. godz. 16ej. Naszym oczom ukazał się „Srub w Jamnickej Dolinie”. Obok chatki znajduje się też źródełko, „sławojka”, miejsce na ognisko oraz wszystko co jest potrzebne do jego przygotowania. Kąpiel w lodowatej wodzie naprawdę odpręża. Kolacja obok chatki. Kiedy już postanawiamy się położyć, nadciągają kolejni turyści. Chwilę rozmawiamy oni w swoim języku, my po naszemu. Trochę się nie rozumiemy – albo inaczej odnosimy wrażenie że oni chyba nasz język lepiej rozpoznają. Okazuje się, że czwórka znajomych jest z Pardubic. I wszystko jasne: Czesi! Koledzy biwakują w Tatrach od czwartku (23.08) a Jamnicka jest dla nich ostatnim noclegiem. Bracia słowianie postanowili rozpalić ognisko. W tym celu przy pomocy będącej na wyposażeniu chaty piły pocięli dwa suche świerki. I było ognisko na wysokości 1185 m npm. Dwóch czechów śpi w chacie z nami, a dwóch na matach przy ognisku. Pobudka o 6ej. Ognisko dalej się pali, ale koledzy już powoli wstają. Śniadanie, pożegnanie ze zwyczajowym do następnego razu i pchamy się z powrotem do rozejścia w Jamnickiej. Idzie nieźle, ale i chmury nie wyglądają na przyjazne. Od krzyżówki podchodzimy niebieskim w kierunku Przełęczy Jamnickiej rozdzielającej Ostry Rohacz od Wołowca. Na przełęcz mamy zgodnie ze wskazaniami 1:30h i w zasadzie w tym czasie tam dochodzimy (1:15h). Na przełęczy jeszcze jest ładnie (godzina 930), ale już na Wołowcu wszystko jest w chmurach. I tak już niestety pozostanie do końca, do chochołowskiej (a liczyliśmy że może chociaż na Grzesiu się odsłoni). W schronisku wymiana koszulek na świeże i już spadamy do wypożyczalni rowerów przy leśniczówce. Na Polanie Siwej jesteśmy ok. 1330. Bus. Autobus. Pociąg z Krakowa o 1742 i ok. 20ej dnia 26 sierpnia 2012 roku uruchamiam pralkę.

bottom corner