2010.08.07-15

Czechy 2010. Nasza godzina „zero” to 7.56 dnia 7ego sierpnia, ale jak to bywa w środowisku hołdującym prastarym zasadom spotykamy się już w wigilię w pizzerii-pubie Desperados w naszym Tarnowie. O godzinie 7.15 wyjeżdżamy spod mojego bloku przy ulicy Lwowskiej. I tak sobie wszyscy jedziemy do stacji paliwowej firmy Mądel gdzie łapię „gumę”. Na stacje PKP wprowadzamy rowery. Czekamy na InterRegio relacji Przemyśl – Wrocław w którym to wg danych krajowego przewoźnika zaczerpniętych z jego strony internetowej można spokojnie przewozić rowery. Nasz pociąg wjeżdża uwaga!!! punktualnie!. Lokomotywa ciągnie całe 3 (słownie: trzy) wagony, w tym dwa piętrowe. Na próżno wypatrujemy znaczka z wizerunkiem roweru. W końcu pakujemy się do pierwszego wagonu. Taa... podczas „operacji rower” na pewno wyczerpaliśmy limit słów wulgarnych na miesiąc sierpień. Pociąg ruszył a my zostaliśmy z rowerami po trochu w przejściu głównym, po trochu w części przeznaczonej do przemieszczania się „w pionie” po wagonie. Układamy rowery w myśl odwiecznej w naszym kraju zasady, że „Polak potrafi” co jest zgodne jak sądzę z myślą naszego „liberalnego” rządu wmawiającego nam, że inicjatywa prywatna jest cool a wszystko inne passe czyli generalnie do dupy. Dwa rowery udaje nam się przymocować niemalże do okien, pozostałymi zamykamy możliwość przejścia z jednej strony wagonu. Marek zmienia mi dętkę w kole – nie tak żebym sobie nie poradził ale jemu zajęło to 10-15minut dla siebie natomiast rezerwowałbym trzymając się relacji pociągu  okolice Opola (no może przejaskrawiam ale przed Krakowem to na pewno bym nie zdążył). We Wrocławiu jesteśmy o czasie. Dworzec Kolejowy we Wrocławiu jest w remoncie (w związku z Euro 2012 tj. imprezie piłkarskiej na której nasza dzielna reprezentacja zagra na100% - chyba, że UEFA zmieni jakiś przepis i każe im wygrać ze dwa mecze z rzędu np. z Maltą czy jakąś inną drużyną z pierwszej dziesiątki rankingu drużyn europejskich to będzie problem) i to trochę komplikuje rozeznanie w tym z którego peronu odjeżdżają pociągi. Mamy na szczęście czas. Trafiamy na właściwy osobowy pociąg do Jeleniej Góry. Rowery pakujemy tym razem bez problemu. Pani konduktor informuje nas że w okolicy Jeleniej Góry bardzo mocno padało, rzeki i potoki powylewały i że gwarancji na dojazd do stacji Marciszów nie ma ale ruszamy, zobaczymy dokąd dojedziemy. Rzeczywiście po tym jak minęliśmy „prawie 16 Wałbrzychów” widzimy wezbrane potoki i rzeczki. Wyładowujemy się na stacji Marciszów. Jedziemy w kierunku Kamiennej Góry, początkowo wzdłuż wezbranej rzeki Bóbr która miejscami podchodzi do drogi. Po 15 kilometrach dojeżdżamy do Kamiennej Góry do naszego hotelu Krokus w którym rezerwowałem telefonicznie 5 miejsc (dwójkę i trójkę). Właścicieli hotelu nie ma. Dobra wiadomość: „na dwóch etatach pracuje Pani ze sklepu spożywczego”, zła: „twierdzi, że właściciel kazał jej przygotować jedną dwójkę”. Rozlokowujemy się w przygotowanej dwójce, drugiej dwójce „nie przygotowanej” i jedynce też „nie przygotowanej”. Wychodzimy na miasto chcemy bowiem coś przekąsić. Kamienna Góra, hm... miasteczko śliczne ale zaniedbane. Szukamy tego jedzenia ale głównie napotykamy miejsca gwarantujące tylko aperitif. Wreszcie trafiamy do Kawiarni „Lotos”. Uff, krótko: mniejsza o barszcz z uszkami bo w wielu miejscach na równie świetny można trafić ale taaakich pierogów ze szpinakiem i serem feta (posypanych koperkiem) to chyba nie ma nigdzie. Nasyceni i napojeni wróciliśmy do hotelu, gdzie z telewizji informacyjnej dowiedzieliśmy się że jest powódź na pograniczu polsko-czesko-niemieckim. Rano 8ego leje. Kiedy trochę zelżało wyjeżdżamy. Jeszcze przed mjsc. Lubawka ubieramy się w „żabki” (od koloru pelerynki Agnieszki). Dojeżdżamy do granicy w deszczu zanikającym wprawdzie ale... Robimy przerwę obok sklepików które przed Schengen cieszyły się powodzeniem naszych rodaków. Dojeżdżamy do Trutnova na stacje kolejową po godzinie 10ej. Idziemy zakupić bilety. My po polsku Pani po czesku, spokojnie omawia poszczególne etapy naszej podróży do Czeskich Budziejowic. Wyjaśnia, że musimy się przesiadać w Hradec Kralove bo jest remont torów i pasażerów naszego „pośpiesznego” przewożą autobusami ale niestety rowerów autobus nam nie zabierze stąd konieczność przejazdu kombinowanego do Pragi przez Hrabec Kralove – Pardubice. Ok. 10.30 podstawiają naszego Ryhlika. „Sneżke”. Rowery pakujemy do przedziału bagażowego razem z sakwami. Dostajemy pokwitowanie zdania kół i zasiadamy w pociągu. W hradec szybka przesiadka do „osobnego vlaka” i po pół godzinie jesteśmy już w Pardubicach. Pakujemy się do pociągu do Pragi. Gdy już sobie ładnie zawiesiłem rower na wieszaku okazuje się że to nie ten pociąg. Nasze opóźnione 15 minut „iceczko” niebawem wjedzie właśnie na sąsiedni tor. Założyć było łatwo, ściągnąć trochę gorzej bo sakwy ciążą. Bagażowy z „iceczka” robi problemy – każe odpinać sakwy. Każe się pakować do wagonu bagażowego bo pociąg już odjeżdża. W wagonie dostaje 150Kć i zostawia nasze rowery z sakwami. Niestety układając je w pośpiechu musieliśmy coś nie tak zabezpieczyć bo uszkodzeniu uległo moje żelowe siodełko (ale o tym dowiem się dopiero w Pradze). Póki co – złorzecząc na gościa zasiedliśmy w wagonie restauracyjnym. Na pierwszy ogień poszedł Radegast (znana marka). Zamówiliśmy też danie dnia tj. Smażeny Ser i nie wymienioną z nazwy polevkę. Po chwili kelner informuje, że niestety polevka się skończyła. Bagatelizujemy. Przynosząc ser wymamrotał, że i tatarska omaćka się też skończyła. Wysiadamy w Pradze na dworcu głównym, odbieramy rowery i pakujemy je do wagonu bagażowego pociągu relacji „Praha Hlavni Nadrażi – Ceske Budejovice”. Oczywiście odpinamy sakwy i potwierdzamy że siodełko jest uszkodzone. O 16.55 jesteśmy na miejscu. Na peronie zabezpieczam plastrem siodełko. Niestety nie czarnym tylko klasycznym. Hm mam skojarzenia, inni chyba też. Na szczęście tylko my bo nie zapłaciliśmy mandatu za obrazę moralności – chociaż w Czechach za coś takiego jakby się głębiej zastanowić... Po krótkim błądzeniu w okolicach dworców: kolejowego i autobusowego odnajdujemy „Ubytovnie u Nadrażi”. Zostajemy na nocleg. Rowery do garażu i idziemy zwiedzać miasto. Deptakiem (ulicą Kanovnicką) obok Katedry św. Mikołaja i znajdującej się obok Czarnej Wieży wchodzimy na rynek czyli Namesti Przymysla Ottokara II (założyciela miasta w roku 1265). Na środku placu znajduje się fontanna Samsona z roku 1727 (swego czasu było to jedyne ujęcie wody w mieście). Focimy okolice (m.in. Ratusz) i wchodzimy w boczne uliczki gdzie odnajdujemy Masne Kramy czyli dawne jatki. Wzdłuż fosy dochodzimy do Wodnej Bramy i z powrotem lądujemy na rynku. Zaczynamy poszukiwać miejsca na obiadokolacje. Wybór pada na budynek dawnych jatek w którym jest dzisiaj restauracja. Zamawiamy Budweisera i okazuje się, że od 20ej kuchnia już jest nieczynna. Kończymy piwo i wychodzimy. Jest już ok. 21ej. Niemalże na przeciwko odnajdujemy knajpkę w podziemiach gdzie zamawiamy obiad i coś do obiadu. Na nocleg wracamy ok. 23ej. Rano – po śniadaniu które przygotowali Agnieszka z Andrzejem (i tak już zostało do końca) – wyjeżdżamy. Na rowerach kierujemy się znaną nam z dnia poprzedniego trasą do rynku gdzie wczoraj namierzyliśmy po kolei: sklep rowerowy (gdzie nabyłem dętki rowerowe z najdłuższym znanym mi wentylem), sklep z mapami (gdzie kupiliśmy rzeczone) i znaki drogi rowerowej Nr 12. Za Bramą Wodną za znakami ścieżki rowerowej Nr 12 – początkowo w górę Wełtawy (mniej więcej do granic miasta) dojeżdżamy do mjsc. Borsov nad Vltavou gdzie gubimy szlak (4km w jedną i z powrotem). Po odnalezieniu znaków ponownie przez mjsc. Kamenny Ujezd, Ranćice i Opalice do mjsc Sterkre. Za miejscowością Sterkre rozpoczął się bardzo stromy zjazd w lesie gdzie załatwiłem sobie prawie klocki hamulcowe z tyłu i gdy się pojawił piach na zjeździe zwyczajnie postanowiłem nie ryzykować już zjazdu na „slikach” i zszedłem z roweru. Na dole płynęła Wełtawa, obok Kemping Zlata Koruna w mjsc o tej samej nazwie (w centrum znajduje się dawne opactwo Cystersów z XIV wieku ale tam nie wstępowaliśmy – poprzestaliśmy na wykonaniu fotek z nad rzeki). Zrobiliśmy mały popas gdzie opanowałem samowyzwalacz aparatu fotograficznego. W Zlatej Korunie ostry podjazd do góry do mjsc. Srnin. Potem ścieżka rowerowa asfaltowa przekształciła się w drogę szutrową więc sobie odpuściliśmy i do Ceskego Krumlova (miasta założonego w XIII wieku wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO) wjechaliśmy drogą główną. Było ok. 13.30 gdy wylądowaliśmy przed bramą starego miasta tzw. Bramą Budziejowicką. Na placu przed zamkiem dzielimy się na dwie grupy. Jedna zostaje i pilnuje rowerów druga zwiedza i zmiana. Na zamek górny wchodzimy przez głęboką fosę wykorzystywaną jako wybieg dla niedźwiedzi (i to już od pierwszej połowy XVI wieku). Przechodzimy przez zamek górny i kilkukondygnacyjny most zamkowy do ogrodów zamkowych. No ale to jest duże wbrew pozorom stare miasto i zamek więc jednym się dłużyło a drudzy się lekko znużyli więc zostaliśmy na nocleg w Pensjonacie Róża. Po zameldowaniu się całą grupą zwiedzaliśmy miasteczko chodząc po jego średniowiecznych i barokowych uliczkach. Na obiadokolacje udaliśmy się do Restauracji Mastal. Tam zamówiwszy uprzednio żarło i budweisera odczytaliśmy napis Krumlovsky Boudvar Eggenberg. Poczuliśmy delikatne mrowienie w przełyku. Trzeba było jednak trochę poczekać i dopiero wieczorem w jednej z knajpek na corso zakosztowaliśmy tego szlachetnego smaku. Smak ten po nocnym spacerze ugruntowaliśmy jeszcze na kwaterze – wszak „Polak potrafi” (się zabezpieczyć). 10-ego po śniadanku wyjechaliśmy dalej za znakami ścieżki Nr 12 w kierunku mjsc. Rożmberk nad Vltavou. Jak to mieliśmy w zwyczaju drogę rowerową Nr 12 zgubiliśmy po ok. 1,5 – 2km. Pojechaliśmy najpierw drogą do mjsc. Nove Spoli przez którą miała przebiegać nasza droga rowerowa (i pewnie biegła tylko akurat nie tą ulicą którą wybraliśmy)ale gdy możliwość dalszego przemieszczania się wzdłuż Wełtawy odcięła nam jakaś chyba cementownia to zjechaliśmy do drogi głównej Nr 160 którą dojechaliśmy do mjsc. Zatoń gdzie spotkaliśmy drogę rowerową Nr 1245, którą zjechaliśmy w lewo nad Wełtawę. Za mostem coś w rodzaju połączonego fast-food'a i grilla. Kawa, soki i jazda dalej. 10 metrów później spotykamy naszą zagubioną „12tkę” i dalej za znakami początkowo wzdłuż Wełtawy potem ostrym mocnym podjazdem – na którym opanowałem nową technikę zmiany najniższego przedniego przełożenia przy użyciu prawej ręki. Po osiągnięciu przewyższenia chwila oddechu, ale nie na długo po krótkim zjeździe dalej do góry. W końcu zjeżdżamy do mjsc. Rożmital na Śumavie gdzie skręcając w prawo pożegnaliśmy „dwunastkę”. Dalej za znakami Vltavskej Cesty znowu do góry. Za szczytem rozejście się szlaków rowerowych. Zjeżdżamy w dół nieprzyjemnym starym asfaltem spod którego od czasu do czasu wyłania się szutr (cholera). Na dole koło zabudowań asfalt. Kiedy już wydawało się że górki mamy już przynajmniej na tym etapie z głowy odbijamy za znakami w lewo i ostro. Z kolejnego wzniesienia zjeżdżamy już do Rożmberka. Wyjeżdżamy z lasu dokładnie koło bramy wjazdowej do zamku. Zwiedzamy dziedziniec zamkowy, napawamy się widokiem na Rożmberk i zakole Wełtawy, focimy, piszemy kartki i... zjeżdżamy do miejscowości przysiąść w knajpce nad rzeką. Lekki posiłek (fast-food'owska wersja smażonych serów, ryb, kuciaków itp. popchnięta Kofolą ) foczenie okolicy i już jesteśmy na siodełkach (niektórzy bandażowanych). Jedzie się miło wzdłuż Wełtawy z biegiem jej nurty. No właśnie... po ok. 5km zorientowaliśmy się że wracamy do Ceskego Krumlova. Wracamy z powrotem, odnajdujemy drogę Nr 1188 i pchamy się nią do góry. W niecałe 2 godziny meldujemy się w mjsc. Viśśi Brod. Nocleg znajdujemy w Pensjonacie „Vltava”. Na dobry początek Budweiser. W międzyczasie – kiedy braliśmy na przemian kąpiel udałem się do sklepu spożywczego (sieć COOP) po zakupy na poranne śniadanie. Odkryłem wówczas dwie rzeczy: w samym sklepie jogurt „Dobry Tata” (dzień później odkryliśmy także Dobrą Mamę) w jego okolicy informacje o lokalnym viśśibrodzkim browarku. Zwiedzanie rozpoczęliśmy jednak od zapoznania się z samym miasteczkiem. Największą atrakcją tej miejscowości jest zabytkowe opactwo Cystersów z XII wieku ale my poszliśmy w przeciwnym kierunku – do centrum miasta. W centrum kościół rzymsko-katolicki z przykościelnym cmentarzem co ciekawe wykorzystywanym do pochówku także obecnie. W nowszych grobach – za szybką - widoczne urny z kremacji. Wracając namierzyliśmy „Pajzl u Jakuba”. To właśnie tam polewali ten lokalny „przysmak”. Zamówiliśmy na grupę – żeby spróbować wszystkich: jasne, ciemne i rezane. Chyba można to tak nazwać – atrakcją „namacalną” lokalu jest niska framuga drzwi wejściowych do WC. Zalecane jest wejście w kasku. Notabene z męskiej części można pozbywając się zbędnej wagi pooglądać równocześnie okolicę z poziomu chodnika. Po degustacji wracamy do restauracji w pensjonacie na obiadokolacje. 11.08. czeka nas trasa Viśśi Brod – Horni Plana. Czeka nas przez zdecydowaną większość trasy Vltavska Cesta biegnąca wzdłuż Wełtawy i jeziora Lipno. Początkowo przez kilka kilometrów asflatem, potem wąską kamienisto-szutrową dróżką w lesie wzdłuż torów kolejowych i rzeki. Z tego koszmaru wyjeżdżamy w mjsc. Loućovice. Krótkim podjazdem osiągamy poziom zapory na Wełtawie. Teraz znakomicie przygotowaną asfaltową ścieżką rowerową poprowadzoną nad brzegiem jeziora przez mjsc. Lipno docieramy do mjsc. Frymburk nad Vltavou. We Frymburku jemy (notabene jest to jedyna restauracja w menu której odnaleźliśmy knedliki i to tylko bramborowe), zasilamy się w gotówkę a potem przeprawiamy się promem na drugą stronę zalewu do mjsc. Frydava. Drogą rowerową nr 1019 docieramy do przeprawy promowej (na prom czekamy ok 40 minut) którą to powracamy na północną stronę jeziora wyjeżdżając na ląd w mjsc. Dolni Vltavice. Jesteśmy na drodze rowerowej 1022. Wokół chodzi burza i nas jej „końcówka” dotyka nie czyniąc nam jednak specjalnej szkody. Przerwa na Kofolę w mjsc. Ćerna v Posumavi. Dalej za znakami trasy „33” która na tym odcinku biegnie zgodnie z drogą krajową nr 39. Przed samą miejscowością zjeżdżamy nad jezioro. Próbujemy znaleźć nocleg nad jeziorem ale wszystko – no prawie, bo zaproponowanego domku na Kempingu nie traktujemy jako poważnej oferty – jest pozajmowane. Dojeżdżamy do centrum miejscowości Horni Plana i rozpoczynamy poszukiwanie wolnych miejsc w pensjonacie. Generalnie to jest kicha. Albo wszystko zajęte albo nikt nie odbiera domofonu. Ale jak głosi Pan: „szukajcie a znajdziecie” i tak też słowo ciałem się stało. Dostajemy nocleg w Pensjonacie „Inka”. Mamy trzyosobowy pokój z kuchnią i węzłem sanitarnym dla pięciu osób. Właścicielka nie widzi – skoro my też – problemu z przenocowaniem większej ilości gości. Wydaje materace i śpiwory. Zgodnie z tradycją przed prysznicami udajemy się na piwo do knajpki po drugiej stronie rynku. Jest Budweiser i Pilsner Urquell. Wracamy do hoteliku i wieczorem wychodzimy na obiadokolacje. Odnajdujemy uroczy pensjonat z restauracją. Właściciel przedstawia nam bardzo ciekawą ofertę „wczasów zimowych”. Można powiedzieć, że za „psie” pieniądze możemy mieć nocleg ze śniadaniem i obiadokolacją oraz skipassami w Austrii a jak przyjedziemy własnym transportem to jeszcze będzie zniżka w wys. 1000Kć (ośrodki narciarskie w Austrii w odległości 25km). Zabieramy ulotki i udajemy się na nocleg. Kolejnego poranka – no – wczesnego przedpołudnia (12.08.2010r.) udajemy się na trzecią naszą przeprawę promową. Podobnie jak we Frymburku jesteśmy zainteresowani południową stroną kończącego się już jeziora. Przed wjazdem znajduje się automat do sprzedaży biletów. Niestety nie obsługuje banknotów toteż jako jedyni płacimy do ręki obsłudze promu. Po drugiej stronie zalewu przebiega droga rowerowa oznaczona numerem 1020, którą to drogą poprowadzoną w lesie dojechaliśmy do mjsc. Nova Pec. Następnie drogą Nr 33 pośród wełtawskich mokradeł dojechaliśmy do krzyżówki z drogą Nr 1031 którą to po przekroczeniu Wełtawy i małym popasie przy rzece dojechaliśmy na wysokości kościółka w mjsc. Pekna do drogi głównej (w naszej nomenklaturze byłaby to krajowa) oznaczonej Nr 39. Po kilkunastu kilometrach wjechaliśmy do mjsc. Volary (w samej miejscowości w zasadzie nie ma nic ciekawego, jest kościół, ratusz, tablica upamiętniająca wyzwolenie miasta w 1945 roku przez „americką armadę” i... reklama wódki na centrum młodzieży). Krótki odpoczynek podczas którego zadecydowaliśmy ostatecznie że wyprawę rowerową w Republice Czeskiej zakończymy w Pisku. Dzisiaj jednak nasza droga zmierza do mjsc. Prachatice. Do mjsc. Prachatice dojechaliśmy drogą główną (nr 141). Należy zwrócić uwagę na kapitalny zjazd do rogatek miasta rozpoczynający się w pobliżu szczytu Libin. W Prachaticach nocleg zdobywamy z marszu. Jak tylko skręciliśmy z ronda do centrum miasta pojawił się Penzion "Prachatice" z barem  i co tu dużo kryć uroczą obsługą. W części noclegowej do której upchaliśmy także nasze rowery musieliśmy tylko zachować „Pozor przy Candy”. Jak zwykle szybkie dwa browary przed wyruszeniem na zwiedzanie miasta. A jest tam co w tym założonym w roku 1325 na końcu tzw. Złotego Szlaku (wymiana handlowa między Bawarią – Pasau a Czechami. Do Czech przewożono sól a z Czech wywożono słód do wyrobu piwa) miasteczku podziwiać. Przede wszystkim całe stare miasto otoczone jest fortyfikacjami. My dostaliśmy się „do środka” przez Bramę Pisecką. Obok kościoła św. Jakuba przeszliśmy na płytę rynku i zaczęło się foczenie. Cóż Prachatice okazały się taką kwintesencją średniowiecza na naszej rowerowej drodze po Czechach. To tyle z grubsza tego co dla oka. Prachatice jak przystało na pierwszą stację wywozu słodu zaskoczyło nas także znacznie większym wyborem niż w dotychczas odwiedzonych miejscach piw. A odnaleźliśmy tam oprócz standardowo spożywanego Budweisera takie rarytasy jak: niepasteryzowane Viśśibrodzkie, Starobrno, Demon czy Master'a. Jest po 23ej kiedy kładziemy się spać. Rano 13ego niebo nie wróży nic dobrego. Może chlapać. Profilaktycznie zabezpieczamy sakwy na wypadek deszczu. Plan jest prosty. Jak najszybciej dojechać do Piska. Początkowo wybieramy drogę główną – a nie ścieżką rowerową – przez mjsc. Bavorov dojeżdżamy do mjsc. Vodnany. Tam decydujemy się na wybór dróg rowerowych: 1075 a od mjsc. Protivin 1146. Uuuu... no i właśnie 1146 dało nam w dupę przechodząc nagle z drogi asfaltowej w wąską ścieżynkę od górę, a potem przez las i coś co nawet trudno nazwać szutrem (dziura na dziurze). Droga „prostuje się” dopiero gdy dojechaliśmy do drogi szybkiego ruchu (ścieżka rowerowa przebiega równolegle do wspomnianej). Ścieżką rowerową dojechaliśmy do samego centrum mjsc. Pisek. W sklepie rowerowym nabyłem klocki hamulcowe w celu ich wymiany. Od jakiegoś już bowiem czasu do hamowania wykorzystywałem tylko tarczowy przedni. Nocujemy w Pensjonacie "U Kloudu".  Zostawiwszy rowery na podwórzu a rzeczy w pokojach „lądujemy” w fotelu ogródka przy pensjonatowej restauracji. Budweiser wchodzi... jak zawsze. Idziemy zwiedzać miasto. Swoje kroki kierujemy do rynku skąd szybko schodzimy do rzeki Otawy aby zobaczyć najstarszy w Czechach most kamienny (w 2001 roku Otawa przelewała się przez most i zalała niżej położone dzielnice miasta). Po zobaczeniu mostu nadrzecznym bulwarem obok zabytkowej elektrowni wodnej wchodzimy z powrotem do centrum miasta. Postanawiamy nabyć bilety kolejowe. Po drodze na dworzec przechodzimy obok Stredoveckej Karczmy w której polewają Platana. Niestety jest piątek, dzień w którym w karczmie odbywają się imprezy zorganizowane. Po sali przemieszcza pomiędzy uczestnikami imprezy półnagi gość z wężem na szyi. No to skutecznie „odstrasza” od degustacji Platana. Idąc na dworzec nadkładamy drogi. W końcu docieramy. Jedna część grupy zasiada w knajpce dworcowej a konkretnie na peronie pierwszym przy kuflu Boudvara, a ja z Andrzejem nabywam – w sumie przez prawie godzinę – bilety na przejazd do Trutnova. Po wyjściu z dworca kolejowego mamy ochotę jeszcze gdzieś wstąpić ale miasto – przynajmniej jeśli chodzi o rejon rynku pustoszeje i zamyka podwoje. Wpadamy po drodze na jeszcze inne piwo (nazwy w tej chwili nie pomnę) do knajpki niedaleko naszego hotelu. Oprócz piwa konsumujemy po serniku a niektórzy lody z duuużą ilością bitej śmietany. Rano śniadanie o 8ej. Poszło sprawnie. Opuszczamy pensjonat i udajemy się na dworzec kolejowy. Jest tyle czasu że popychamy jeszcze Budweisera w dworcowej knajpce. Podróż powrotna do Trutnova przebiega bez zakłóceń (nieoceniony Marek w Hradec Kralove zamontował w moim rowerze zakupione w Pisku klocki hamulcowe). W pociągu z Hradec Kralove do Trutnova Marek rzuca pytanie czy aby z Trutnova nie można by dojechać pociągiem na granicę do mjsc. Kralovec. Wątpliwości rozwiewa czeski konduktor który przekazuje nam informacje o tym, że o 18.50 mamy pociąg do Jeleniej Góry. Nie zastanawiamy się decyzja jest jedna. Jedziemy koleją. Mamy więc 1,5h na zwiedzanie Trutnova. Wpadamy na rowerach na rynek i na ostatniego czeskiego Budweisera. Wsiadamy do pociągu. U dwóch konduktorów: czeskiego i polskiego nabywamy bilety na przejazd i 40minut później wysiadamy w Kamiennej Górze. Znajomy hotel, ta sama knajpka, prawie to samo zamówienie no i przy okazji dowiedzieliśmy się, że szef lokalu pochodzi z Zagórza i technikum chemiczne kończył w Tarnowie. Kurcze jaki ten świat mały. Rano płacimy za hotel i dojeżdżamy do stacji Marciszów. Pociąg przyjechał opóźniony. Jeszcze dobrze żeśmy się nie zapakowali do pociągu a konduktor już ma ale. Słowem zjebka na dzień dobry. Jesteśmy w Polsce. To widać słychać i czuć. Jeszcze tylko parę razy nam obsługa pociągu „powywracała” rowery na trasie (nie wiemy po jaką cholerę muszą coś cyklicznie zabierac z ostatniego wagonu) i już jesteśmy w Tarnowie. Leje jak jasna cholera. Ubieramy żabki i w deszczu rozjeżdżamy się do siebie. I na koniec z kronikarskiego obowiązku: na rowerach przejechaliśmy 292,10km.

bottom corner