2012.07.07-08

Brzeźno. To było tak ok. czwartku (5 lipca 2012r.) kiedy to padła propozycja: „przyjedź”. I od razu było pod górkę, bo okazało się że spływ wg Joli jest po Czarnej Hańczy – czyli dość blisko od Tarnowa jak na weekendowy wypad rowerowy. Na szczęście było to przejęzyczenie a spływ miał się odbyć po a jakże Czarnej tyle że Nidzie. Tak więc „pierwsze koty za płoty”. Wydawało się, że z ustaleniem miejsca noclegu z soboty na niedzielę problemów nie będzie. I rzeczywiście nie było – dzięki stronie internetowej organizatora. Skoro już zapraszająca uczestniczka przyjęła za prawdę objawioną że to będzie miejscowość Brzeźno należało poszukać bratniej duszy na trasę. Rozesłałem sms-y do przyjaciół dwóch i pierwszy od razu udzielił informacji zwrotnej o treści: „wariat”. Na szczęście Pan Mareczek aż tak emocjonalnego do sms-a proponującego 135km w jedną stronę stosunku nie miał. W piątek rano w pracy dopadłem gościa i zadałem pytanie o wyjazd. W oczach kolegi zobaczyłem błysk zainteresowania. Ustaliliśmy zatem, że o ile dziewczyny nie wniosą radykalnego sprzeciwu to jedziemy. Marek uderzył do Bożenki, ja do Jolki. Bezwarunkowa w zasadzie – nie licząc dywagacji Jolki o głębokim przywiązaniu do własnego dmuchanego materaca – zgoda. W sobotę 7 czerwca 2012 roku o godz. 945 wyjeżdżamy z Tarnowa. Marek jak zwykle bez śniadania. Pierwszy postój na śniadanie w Żabnie koło sklepu sieci Delikatesy Centrum. Marek spożywa obfite śniadanie: serek topiony (opakowanie w wersji long) plus bułeczka. Przepijamy Coca-Colą i już mkniemy w kierunku na Otfinów i Nowy Korczyn. W mjsc. Otfinów zmieniamy jednak plan i za znakiem przeprawa promowa zjeżdżamy z trasy na Nowy Korczyn i kierujemy się do mjsc. Uście Jezuickie. Za Siedliszowicami, w miejscu gdzie dochodzi droga z mjsc. Gręboszów robimy mały postój. Podjeżdża gość z – jeszcze 10 lat temu zaryzykowałbym dokonanie oceny i powiedziałbym córką ale nauczony doświadczeniem zapodam - młodą kobietą. Też namierzają prom do Opatowca. Krótka dyskusja i przekonujemy znajomych, że w kierunku Gręboszowa nie ma sensu jechać. Czekamy jeszcze parę minut i podążamy za nowymi znajomymi. Z promu, który właśnie dopiero co dopłynął schodzą dwie „córy” ciągnące walizki na kółkach. Zaiste częsty to widok na przeprawach promowych. Ale, ale taksa (2,50zł/osoba za pieszego) i już przepływamy Wisłę. Jesteśmy w mjsc. Opatowiec. Po drugiej stronie rzeki wita nas pomnik Marszałka postawiony dla upamiętnienia miejsca w którym w 1914 roku Pierwszy Pułk Legionów sforsował Wisłę. Focimy i stromym podjazdem wjeżdżamy na rynek miejscowości. Nie zatrzymując się jedziemy do pobliskiego kościoła, który niestety na pierwszy (a na więcej nie mamy czasu) rzut oka nie zachwyca. Wracamy i na „rynkowych” plantach konfrontujemy wydrukowaną mapę z wiedzą miejscowych na temat okolicy. Uprzejmy jegomość doradza aby w mjsc. Młodzawy Młode koniecznie zobaczyć „Ogród na Rozstajach”. Oddalam się do pobliskiego sklepu spożywczego i nabywam napoje oraz Frugo (w wersji „zmarzlina”). Kosztujemy, wsiadamy na rowery i włączamy się na krótko do ruchu na drodze krajowej nr 79, którą opuszczamy po ok. 400m. Jedziemy w kierunku mjsc. Wiślica. Zaczyna się robić „pagórkowato”. Osiągamy grzbiet by po paru kilometrach zjechać i dojechać do drogi krajowej nr 776. Drogą tą w kierunku Krakowa jedziemy ok. 15m i skręcamy na lokalną drogę do mjsc. Chroberz, którą dalej mamy dojechać do Pińczowa. Raz pod górkę, raz z górki. Pojawiły tablice informacyjne mówiące o tym że znajdujemy się na terenie obszaru „Natura 2000 – dorzecze Nidy”. Cały czas trzymamy się prawego brzegu Nidy kierując się w górę rzeki. W miejscowości Niegosławice zatrzymujemy się przy sklepie i nabywamy gazowaną schłodzoną Buskowiankę. Jest upalnie. Chowamy się za sklep do cienia i chwilę odpoczywamy. Dowiadujemy się, że do Pińczowa mamy jeszcze ok. 20km. Podejmujemy decyzje, że odpuszczamy „ogrodowe rozstaje”. Musimy coś zjeść w Pińczowie bo padniemy. O 1445 jesteśmy w Pińczowie. Na obiad wpadamy do restauracyjki mającej swoją siedzibę na skrzyżowaniu ulic 3ego Maja i Tadeusza Kościuszki. Lokal jest mały – raptem sześć stolików – i niestety nie ma gdzie zaparkować rowerów. Spory tłok. Wszyscy chcą jeść. Rowery zostawiamy na zewnątrz opierając je o słupki oddzielające chodnik od ulicy. Siadamy w takim miejscu aby było widać pozostawione rowery. Zamawiamy i czekamy. W lokalu awanturuje się o flaczki jakiś niecierpliwy gość. Potrawy dostajemy jeszcze przed nim – zresztą nie tylko my, co sprawia, że gość podejmuje desperacką akcje jednostronnego zrzeczenia się posiłku. Akcja się nie powiodła. Żarcie i tak dostał. Nie chcąc blokować miejsca w lokalu, szybko po zjedzeniu posiłku go opuszczamy. Poobiednie układanie brzuszka dokonało się parę kilometrów dalej, nad Nidą nieopodal mjsc. Imielno. Ruszamy po 20-25minutach. W mjsc. Imielnica wchodzimy do sklepu aby zakupić znowu coś do picia i tu zaczyna się nasz koszmar - sklep nie oferuje zimnych napojów a na wodę mineralną o temperaturze pow. 25oC nie mamy ochoty. W mjsc. Imielno jest lodówka ale mają co najwyżej napój Tymbark. Lepszy rydz niż nic. Bierzemy. Z Imielna kierujemy się na Jędrzejów, dojeżdżamy do drogi krajowej nr 78 w mjsc. Jasionna. Zjeżdżamy w kierunku Jędrzejowa by po około 2-3km skręcić w kierunku mjsc. Raków. Tam kolejny sklep bez lodówki. Dopiero przed mjsc. Mokrsko Dolne są zimne napoje. Przy okazji pytamy jak daleko do krzyżówki z drogą na Mnichów. Po paru minutach jesteśmy na skrzyżowaniu. Dojeżdża do nas starszy Pan mieszkający w Sobkowie. Jest emerytowanym górnikiem. Dowiedziawszy się gdzie zmierzamy stwierdza, że pokaże nam drogę do Brzeźna. W Mnichowie odwiedzamy sklep spożywczy i nabywamy: 8 żubrów, 1,5l wodę mineralną oraz słoik z mięsiwem. Kosztujemy także na miejscu po „buskowiance”. Wreszcie wjeżdżamy do mjsc. Brzeźno. Kierujemy się nad rzekę, przejeżdżamy drogą szutrową pod mostem, zatrzymujemy się i dzwonimy. Jolka nie odbiera, Bożena „gada”. Przemieszczamy się 100m dalej i powtarzamy operacje. „Na zachodzie bez zmian” jednak. Żegnamy się ze starszym jegomościem i wyciągamy po żubrze. W międzyczasie znowu dzwonimy. Efekt? Jolka nie odbiera, Bożena „gada”. Ale oto po ścieżce przemieszcza się młody człowiek z dwoma reklamówkami: w jednej woda mineralna, w drugiej browarki. Oj wygląda mi na uczestnika spływu kajakowego leśników. Sądząc po zawartości reklamówek odczuwa ten sam głód co my. Zagajamy zatem. Trafiony zatopiony. Potwierdza że tak i stwierdza, że są nieznacznie dalej już rozbici. Uzbrojeni w tą wiedzę w spokoju konsumujemy. Potem wsiadamy na rowery, podjeżdżamy kawałek i wykonujemy połączenie do Joli. Odbiera i wychodzi na drogę żeby wskazać nam drogę. Jest ok. 1830. Jesteśmy na miejscu. Licznik rowerowy wskazuje 121,72km. Poznajemy się z uczestnikami spływu. Taa... zasiadamy jeszcze w pampersach i odpalamy puszki. Luźne rozmowy. Każdy ma jakieś wrażenia i dzieli się nimi z dnia dzisiejszego. Ogólnie szczere wzajemne zainteresowanie. Kąpiel w Nidzie. Woda działa kojąco. Jest przyjemnie tylko te kąsające bąki. Zaczyna się wieczorna impreza: ognisko, kiełbaski, alkohol, ognisko, alkohol, kiełbaski (ale tego nie jestem do końca pewien), gitara, śpiew głównie Bożenki i Jolki. Słowem „szala lala la” zabawa trwa. Gdzieś na horyzoncie błyskają pioruny. Zapada noc. Kładziemy się spać „w szafie” ale nie jest źle bo dostajemy taką nieprzemakalną kołderkę w rozmiarze 5x6 metrów. Ktoś na polu biwakowym chrapie. Budzimy się ok. 7ej. Śniadanie. Podwójna kawa. Jeszcze tylko kręcimy instruktażowy film pod roboczym tytułem: „Jak pod nieobecność samca złożyć duży namiot – czyli „blondynka” na biwaku reaktywacja”, robimy bliźniacze nieustawiane fotki przy kajakach i kurcze czas się zbierać. Jest po 9ej. Żegnamy się z żeglarzami (z jednym będziemy się zapewne mijać na krzyżówkach leśnych duktów z drogą asfaltową na naszym obszarze). Mając w pamięci uwagi emerytowanego górnika nie wracamy się drogą którą przyjechaliśmy tylko podążamy dalej w nieznane. Tylko co wyjechaliśmy z biwaku a naszym oczom ukazał się zamek w Sobkowie. Przez myśl przemknęło: „a to się dziewczyny namachają”. Chwile dalej przepuszczamy pojazd organizatorów spływu i wyjeżdżamy na drogę asfaltową w mjsc. Mokrsko Dolne. Między miejscowością Stare Kotlice a Borszowice w lesie droga gruntowa. Z tej strony bardzo szybko dojeżdżamy do Imielna. Do Pińczowa po drodze odwiedzamy te same sklepy i robimy w tym samym miejscu nad Nidą mały popas. W Pińczowie postanawiamy przemieszczać się po lewej stronie Nidy. Wjeżdżamy na drogę krajową nr 767 podążając wymienioną do miejscowości Bogucice gdzie skręcamy w kierunku na Gacki. Tam „łapiemy” drogowskaz na Wiślice. Za miejscowością Stara Zagość upał daje się już mocno we znaki. Robimy przerwę na drugie śniadanie. Tym razem serek topiony (opakowanie w wersji long) mamy na dwóch ale w dalszym ciągu każdy ma bułeczkę. Dojeżdżamy do mjsc. Wiślica. Na rynku obok Bazyliki Mniejszej krótka przerwa na batony, snickersa i powerade'a. Dojeżdżamy do skrzyżowania za mostem na Nidzie i skręcamy w kierunku na Opatowiec. Jeszcze 13km i będziemy po naszej stronie cienia. Kiedy z mozołem wyjechaliśmy na grzbiet przed mjsc. Ksany naszym oczom ukazuje się granatowy horyzont co i raz przeplatany wyładowaniami atmosferycznymi. Jedziemy do tego piekła. Pojawiają się dwie koncepcje na przeczekanie burzy: Marek proponuje nawiedzanie domostw miejscowego chłopstwa, ja natomiast opowiadam się za postojem w mijanych przystankach autobusowych (i nie ma znaczenia że są one wykonane z blachy). W Ksanach pojawia się kompromisowe rozwiązanie. Zostajemy pod balkonem budynku miejscowego OSP. Burza przeszła jakoś bokiem, koło nas trochę popadało i tyle. Niestety straciliśmy przeszło godzinę. W Opatowcu widać że lało dobrze. Prom na szczęście działa. Przeprawiamy się na drugą stronę. Nie sposób się nie cieszyć. Witajcie sklepy z lodówkami i zimnymi napojami. Do Żabna dojeżdżamy jeszcze w formie. Te ostatnie 20km były jednak najgorsze w moim rowerowym życiu. Do pizzerii „Desperados” dociągnęliśmy dosłownie na oparach paliwa. Niestety nie ma miejsca pod parasolami, musieliśmy na obiadokolacje podjechać do restauracji na osiedlu Zielonym. Jest godz. 1830. Zdążyłem jeszcze na historyczny finał Ligi Światowej. Wskazanie licznika: 234,28km.

bottom corner