2009.08.01-12

Borżawa – sierpień 2009 roku. Dokładnie 1 sierpnia siedmioosobową grupą w godzinach porannych wyjechaliśmy z Tarnowa. Do Lwowa dotarliśmy ok. godz. 11ej kursowym ukraińskim autobusem relacji Przemyśl – Lwów. Po zwiedzaniu lwowskich knajpek o 21.30 wsiedliśmy do pociągu do Wołowca. W Wołowcu nocleg w tamtejszej położonej niedaleko dworca turbazie. W południe dnia 2 sierpnia ok. godziny 14ej (do tego czasu miło spędziliśmy czas pod parasolem) wsiedliśmy do marszrutki tj. ichniejszego busa do Mizghriji. W busie poznaliśmy podróżujących razem Czeszkę Haneczkę i Francuza z Nicei (imienia nie pamiętam). Przyjaźń między narodami została przypieczętowana polską cytrynówką przewożoną w opakowaniu po jakimś power bulu czy czymś równie ohydnym. Po przyjeździe do miejscowości Mizghrija naszym oczom ukazał się widok jakby żywcem przeniesiony z planu którejś z wojen światowych. W tym totalnym bałaganie jedno było poukładane – sklepobar na dworcu. Nie było innego wyjścia. Zasiedliśmy. Rozmowom – chyba – nie było końca a w zasadzie ich koniec miał miejsce w kolejnej knajpce, z kolejnymi Czechami, "kolejną kolejką" przy pierwszym tego dnia posiłku. Po rozstaniu się z przyjaciółmi zmierzającymi w Czarnohorę udaliśmy się na nocleg nad pobliską rzekę. Grupa zaczęła się docierać bowiem zanim się rozbiliśmy zdążyliśmy skorzystać z usług kolejnego sklepobaru, upiec sobie na ognisku zakupione kiełbaski (które popchnęliśmy tym co zawsze) i skonsumować je z – chciałbym wierzyć – użyczonym przez ukraińską młodzież majonezem, który smakował jak nigdy. W nocy trochę polało. Potrzeba związana z koniecznością wysuszenia tropików także po kolejnym opadzie deszczu sprawiła, że w trasę udaliśmy się dopiero ok. godz. 16.30. Wyszliśmy na najbliższe wzniesienie i tam zalegliśmy do spania. Dzięki pomocy miejscowych odnaleźliśmy źródło. Wydawało się, że nic nie cieknie ale ciągle ta woda się tam uzupełniała więc mimo że była z różnymi paprochami (a i nawet coś tam pływało czy pełzało) uznaliśmy że nadaje się do spożycia. Po kolacji, na którą złożył się tradycyjny glut – rozszalała się burza. O myciu w takim źródle nie było w ogóle mowy. Rano po śniadaniu na które składał się glut z drugim glutem o innym smaku, z niewielką ilością mętnej wody z tabletką multiwitaminy udaliśmy się w trasę z zamiarem namierzenia drogi na Mienczuła i Połoninę Kuka. Wyszliśmy na szczyt a po drugiej stronie ukazał się nam kolejny grzbiet z wyraźnie widocznymi zabudowaniami wioski – znaczy się musi być sklepobar -:). Był to jak się później okazało przysiółek Sopki mjsc Łozańskij. Pilniejszy jednak od sklepobaru wydawał się być brak wody do picia. Ukształtowanie terenu wskazywało na to że na pewno coś w tej materii się odnajdzie. Pierwsze podejście – jakaś gnojowica. Drugie (trochę dalej) pełnia szczęścia. Po napojeniu się przyszła kolej na mycie – w końcu mieliśmy w tej materii dobę w plecy. Po tym popasie który trwał ok. 1h udaliśmy się do pobliskiej wioski z zamiarem zaopatrzenia się na wieczór. Cały czas mieliśmy jeszcze nadzieję na wejście na Kuka lub w jego okolicę. Nadzieja okazała się po raz kolejny matką głupich koło najbliższego sklepobaru. I to bynajmniej nie dlatego żeśmy sobie tam na dłuższy postój pozwolili. Przyczyną odejścia od założonego planu była nieobecność właścicielki sklepu a właściwe niemożność namierzenia kluczy do obiektu przez małżonka wymienionej. To spowodowało, że zostaliśmy zmuszeni do poszukiwania innego sklepobaru a ten był już znacznie niżej. W upale i takiej przedburzowej duchocie odnaleźliśmy upragniony obiekt. Musiał być popas – zwłaszcza że było schłodzone -:) Przeczekaliśmy w tym sklepobarze największy upał i ok. godz. 16ej wyruszyliśmy w drogę korzystając ze wskazówek personelu sklepu. Przeskoczyliśmy zatem kolejny grzbiet i wkroczyliśmy do mjsc. Łozańskij. Odnalezienie sklepobaru nie sprawiło problemu ale tu niespodzianka. Nie było chłodnego piwa -:( Sklepowa poinformowała jednak, że na końcu wsi jest kolejny punkt w którym na pewno jest chłodne piwo. Nie kłamała. Było i to z beczki -:) Obok na pobliskiej rzece spiętrzenie. Można było się popluskać. Część ekipy skorzystała z zaproszenia. Nasyciwszy się płynami lub kąpielą (względnie jednym i drugim) udaliśmy się na nocleg poza wioskę. Biwak rozbiliśmy nad wspomnianą rzeczką. Ledwo weszliśmy do wody żeby się wykąpać rozpętała się burza. Po ulewie zrobiliśmy sobie dwa gluty i herbatkę z gripexem. Znowu się rozpadało. Jak zaczęło to skończyło w dniu następnym ok. 15ej. Cóż było robić? Wzięliśmy palniki, paliwo, gary i produkty na gluta i udaliśmy się do sklepobaru. Radości z gotowania i konsumpcji nie było końca, zwłaszcza że popychaliśmy to wszystko na początku piwem później ukraińskim winem -:) Po powrocie na obozowisko, przyplątał się z własnym koniem młody Ukrainiec. Niektórzy pojeździli, inni pozowali, jeszcze inni mieli to w „de” i ci ostatni chyba dobrze zrobili bo po tym koniu trzeba było z siebie kłaki zmywać. 6 sierpnia wychodzimy w góry. Z mapy wynika, że nic nas na trasie nie powinno już  zatrzymywać (czyt. nie ma na trasie miejscowości). Wchodzimy ścieżką strono do góry na grzbiet. Mamy dość. Idziemy w prawo – gdzieś tam powinna być linia wysokiego napięcia. Jak ją znajdziemy będzie to potwierdzenie, że jesteśmy na właściwym szlaku. Po 30 minutach jest linia. Jaka ulga. Wychodzimy na główny grzbiet za połoniną Kuka. Zaczynają się widoki - jak to na polanach i jak to dotychczas jest zaczyna się deszcz. W odzieży przeciwdeszczowej przeczekujemy nawałnicę w lesie. Po deszczu wychodzimy na szlak. Pogoda jednak dalej niewyraźna. Za najbliższym wzniesieniem – w obliczu zbliżających się odgłosów burzy podejmujemy decyzje: zostajemy na nocleg. Rozbijamy się między drzewami. W międzyczasie burza się gdzieś rozchodzi. Zaczynamy szukać wody. W najbliższej okolicy kicha. Dzięki informacjom od dwóch ukraińskich zbieraczek jagód namierzamy źródło poniżej, ok. 1 km w dole. Wynosimy 15 litrów wody do góry. Robimy gluta. Równocześnie na borowinowych krzaczkach rozkładamy do słońca mokre rzeczy. Młodzież udaje się po wodę – jak się okazuje do innego źródła. Jeszcze niżej od „naszego” -:). Rano 7 sierpnia glucio i w drogę. Rosyjska mapa wykazuje, że trzeba wejść na szczyt Prisłop bo stamtąd odchodzi trawersem w bok droga. Wchodzimy. Hm, zajebiście dokładna ta sowiecka mapa. Przedzieramy się przez chaszcze – trzymając się grzbietu - w dół. Wychodzimy na polanę. Jest też jakaś droga. Mały popas. Pchamy się do góry. Upał daje się we znaki. Na szczycie mamy dość. Z borowinowej polany za szczytem po raz pierwszy tak blisko widzimy połoninę Borżawę – a konkretnie szczyty: Grab i Żydowską Magurę. Zaczyna brakować wody. Zatrzymujemy się przed szczytem Opołonok. Poszukiwanie wody na własną rękę nie przynosi zadowalających efektów. Prawdę powiedziawszy żadnych. Znowu życie ratują zbieracze. Wskazują dokładnie miejsce w którym jest woda. Napełnianie 15 litrowego zbiornika trwa godzinę. W międzyczasie focimy. Rozbijamy obóz. Pada pomysł żeby uzbierać jagody i zrobić je na słodko z ryżem na kolacje. Zbieranie idzie nader łatwo. Jeden, potem drugi zbieracz użyczył po garnuszku -:) Oczywiście nie była to jedyna potrawa tego wieczoru. Gdzież byśmy się obeszli bez naszego gluta powszedniego. Po posiłku ktoś coś słyszy a konkretnie słyszy ludzkie głosy dochodzące z góry. Wychodzi ekipa poszukiwawcza, potem ekipa poszukiwawcza ekipy poszukiwawczej -:) Ludzi oczywiście jak na lekarstwo. Taa... niektórych dopadł widać syndrom „SKS”. Około południa dnia następnego (8 sierpnia) wchodzimy na szczyt Kruła. Trawersujemy następny i rozpoczynamy podejście na Graba. Wieje nieprzyjemny zimny wiatr. Przydałaby się odzież z długim rękawem i rękawiczki. Ze szczytu Graba widać już wyraźnie po przeciwległej stronie ruiny budowli poniżej Stoha. To pozostałość po niedokończonej radzieckiej bazie rakietowej. Schodzimy z Graba i niemalże od razy rozpoczynamy podejście na Żydowską Magurę. Grupa się rozdziela: 2 osoby obchodzą górę trawersem z lewej strony, pozostali wchodzą na szczyt. Grupa trawersująca zatrzymuje się na chwilę koło źródełka. Robimy popas poniżej szczytu. Idąc dalej zaczynamy rozglądać się za miejscem gdzie jest woda. Poszukiwania na wielką skalę prowadzimy na przełączce przed Biełym Wierchem. Woda jest a i owszem. Po północnej stronie. 300m stromego zejścia. Dwie osoby schodzą. Wynoszą ponad 20 litrów wody. Jesteśmy uratowani. Glucio i lulu. W nocy mocno wieje. Nie jest najcieplej. Rano (9 sierpnia) śniadanko i wyruszamy na Stoha. Osiągamy ten szczyt po niecałych 2h. Na szczycie dalsza część sowieckiej bazy. Trzy silosy na ładunki rakietowe. „Focimy” i spadamy w dół. Wybieramy drogę przez szczyt Jeołowo. Początkowo bez zarzutu. Potem droga zanika całkowicie. Przedzieramy się przez las stromo w dół do potoku, dalej wzdłuż potoku zmieniając drogę przejścia raz z jednej raz drugiej jego strony. Przez długi czasu nic się nie dzieje, nic też nie wskazuje na to, że pojawi się jakaś wyraźna ścieżka. Mamy dość. Jest wprawdzie gdzie się wykąpać (wody pod dostatkiem) ale na razie nie ma gdzie się rozbić. Wychodzimy na wyraźną drogę, zaraz potem na drogę w ogóle. Przy drodze biesiadują Rosjanie. Dowiadujemy się, że niżej jest hotel, można zjeść rybę bo tam jest równocześnie hodowla pstrąga. Brzmi obiecująco. Podkręcamy tempo. Jest drogowskaz a na nim że leją też piwo. Decydujemy się. Idziemy na jedno – w końcu po tym hardcorze należy się. Wchodzimy – część obiektów w budowie. Już powinna się włączyć lampka ostrzegawcza. Zamawiamy piwo. Kelnerka pyta się czy zamawiamy też coś do jedzenia. Wpadliśmy na piwo ale Pani kusi rybką. Ustalamy, że rybka kosztuje 25 UHR. Pytamy co do rybki. Uzyskujemy odpowiedź, że sałatka, ziemniaczki, chleb. Nie pytamy o nic więcej. Zamawiamy piwo – 10UHR!!! Rozbój w biały dzień i to za Stelle. Dostajemy zamówione produkty: talerz sałatkowego mixa - po 2 minutach nie ma sałatek -:), koszyk chleba, po przypominającym wyrośniętą ukleje pstrągu i jeden szaszłyk dla niejadających ryb oraz po jednym ziemniaku. W międzyczasie przeliczyliśmy Hrywnie i wychodzi na to, że stać nas na jeszcze jedno piwo. Nie zastanawiamy się – kupujemy. Jedzenie było dobre ale śmierdziało malizną. Dostajemy rachunek. O ja p... wyrywa się czytającym. Każdy ze składników był liczony oddzielnie. Złorzecząc, wyciągamy ostatnie tamtejsze pieniążki, płacimy i opuszczamy to miejsce. Cóż Anthony Bourdain w "Kill Grillu" radził - a my nie posłuchaliśmy - żeby nie jadać w knajpach na dorobku. Dają zawsze mało za zawsze znacznie większą opłatą. Rozbijamy się na polanie ok. 100 m za hotelem. Ważne, że nad rzeką. Można się będzie wykąpać. Szybko uzgadniamy z miejscowym że nieopodal jest cafe-bar ale dostaniemy tam także i chleb i kiełbasę. Wprowadza nas w środowisko. Dostajemy co chcemy i za właściwe pieniądze. Jest wieczór 9 sierpnia. Podejmujemy decyzje, że w tym miejscu pozostajemy przez dwa dni. Imprezujemy, po czym spróbujemy się dostać do Chyrowa, żeby granicę przekroczyć przemytniczym pociągiem do Ustrzyk Dolnych. 10 sierpnia dzień na luzaku. Trochę śpimy, trochę siedzimy w cafe-barze. Dwójka jedzie do najbliższego sklepu po zapasy. Przywożą. Jemy, pijemy idziemy spać. 11 sierpnia ok. 10ej wyruszamy. Po przejściu ok. 8-9 km dochodzimy do mjsc. Sasowka. W sklepie dowiadujemy się, że najlepiej do Lwowa dostaniemy się ze Swalawy i że bus do Swalawy odjeżdża z placu przed następnym sklepobarem. Idziemy tam. Leją z beczki -:) jest też i gdzie usiąść wewnątrz. Dowiadujemy się że marszrutka będzie „czeriez hodinu”. To wystarczy żeby bez pośpiechu spożyć. Wsiadamy i dojeżdżamy do Swalawy. W busie ze 2 – 3 ciekawe towary -;) Koło dworca autobusowego dopada nas gość oferujący okazyjny przejazd do Stryja za 500UHR, nie reagujemy, spuszcza do 400UHR, też go spuszczamy -:) Wchodzimy na dworzec kolejowy. Najbliższy pociąg do Stryja o 15.34, do Lwowa po 18ej. Pozorny dramat. Nie zdążymy do Chyrowa na "przemytniczy". Musimy wracać przez Lwów. Póki co jest coś koło 12.00. Dzielimy się na dwie grupy. Jedna pilnuje plecaków, druga buszuje po mieście (wymienia waluty, je, pije) potem zmiana. Po wymianie walut w niezbyt odległej knajpce genialna zupa z kaszą, grochem i mięsiwem oraz browar. Całość 11UHR. Można żyć. Wracamy. Druga grupa w tej samej knajpce zamówiła pizze (jakiś dramat). Po powrocie na dworzec mamy jeszcze przeszło 2 godziny czasu do odjazdu naszego pociągu. Szybko ustalamy, że nasza grupa dzieli się znowu na dwie grupy: aktywną i czuwającą. Idziemy na targ. Z doświadczenia wiemy, że jest tam zapewne knajpka z miejscowym „klimatem i klientelą”. Przeczucie nie zawiodło. Jest i ma to co trzeba. Podłoga trochę pofałdowana tzn. w sposób wyraźnie widoczny. "Walimy" i idziemy na stoły. Kurcze co to znaczy wolność, żadnych pieprzonych unijnych nakazów i zakazów. Kupujesz co chcesz prosto od chłopa i co może zdziwić „biurwokratę” wszystko smaczne. Szynka smakuje jak szynka a ryba jak ryba a nie tak samo. Przejaskrawiam ale każdy kto zastanawia się żując u nas cokolwiek dlaczego szynka smakuje tak samo jak baleron, baleron jak schab a schab jak karkówka musi zauważać te różnice. Ze Swalawy wyjeżdżamy o czasie. Do Stryja też przyjeżdżamy o czasie. Browar i hot dog koło dworca i już mamy pociąg relacji Truskawiec – Lwów. Sadowimy się koło poznanego na dworcu starszego małżeństwa. Rozmawiamy w pociągu o wszystkim i o niczym ale głównie o górach. O Gorganach - naszym przyszłorocznym celu. Podkręciliśmy się jeszcze bardziej. Wysiadamy we Lwowie. „Jeszcze jeden browar dzisiaj nim dzionek zaświta” nucimy starą piosenkę w knajpce koło dworca po czym wsiadamy do ekstra wynajętego busa na granicę. Dojeżdżamy. Pustki. Czynny tylko jeden sklep. Po krótkich zakupach idziemy do ukraińskiej odprawy paszportowej. Miła dziewczyna z tamtejszej SG cofa nas do drugiego wejścia – okazało się, że weszliśmy na bramkę dla wchodzących na Ukrainę. Zdarza się. Właściwe drzwi są jednak zamknięte. Krótkie szarpnięcia i pojawia się on: Ukraiński pogranicznik całkowite przeciwieństwo dziewczyny z sąsiedniego okienka. Z wyglądu typowy tępy "upowiec". Nie dość, że dupek spał na służbie to jeszcze ma ale, ale my też stopujemy nie wiadomo bowiem co potomek Bandery wymyśli – a źle mu z zaspanych oczu patrzy. Przepuszczają. Idziemy do naszych. Przechodzimy i kwitniemy do piątej rano w knajpce po polskiej stronie. Jakże prorocze było to nasze lwowskie nucenie -;). Do Tarnowa przyjeżdżamy na 9 rano. Pożegnalny – a jakże browar - w dopiero co otwartej Mimozie i wyprawę można uznać za zamkniętą oraz ze wszech miar udaną.

 

bottom corner