2011.08.20-23

Bieszczady - sierpień 2011. Krótki wakacyjny urlop Roku Pańskiego 2011 postanowiliśmy spędzić w Bieszczadach. Przedwyjazdowa analiza potencjalnego terenu eksploracji spełniającego kryterium: „nowe nieznane miejsce oddalone od miejsc stanowiących tradycyjny cel wyjazdowy rodaków” wskazywało jednoznacznie na studencką bazę namiotową SGGW Warszawa w nieistniejącej wsi Łopienka. Powstał zatem cały plan „Operacji Łopienka'11” - który zakładał poza biwakowaniem na bazie i zwiedzaniem bliższej i dalszej okolicy także korzystanie z czegoś w rodzaju „budki z plackami i cóż piwem na Spisówce” (tak się bowiem składa, że przed laty takie produkty tam zapodawano). Toteż w dniu 20 sierpnia 2011 roku pod moim blokiem zapakowałem się do podstawionego przez przyjaciół samochodu. Pojechaliśmy na Tuchów, Biecz – jakieś tam „około jasielskie” wioski których nazw nie pamiętam – do Nowego Żmigrodu i stamtąd znaną trasą na Duklę, Komańczę do Cisnej. W tej miejscowości zjedliśmy bardzo dobry posiłek w Karczmie Łemkowskiej znajdującej się tuż obok słynnej (ale to już sława dość odległa w czasie) Siekierezady. W Dołżycy skręciliśmy w lokalną drogę na Bukowiec i po niecałych 8 km zameldowaliśmy się przy skręcie drogi szutrowej do odbudowanej cerkiewki w Łopience. Tu powitał nas ustawiony w wysokich chaszczach znak „zakaz ruchu”. Nie przyglądając mu się szczególnie - a kto wie jak potoczyłyby się losy wyprawy gdybyśmy wówczas zauważyli, że zakaz dotyczy rajdów samochodami terenowymi – wykręciliśmy i zjechaliśmy w kierunku oddalonego o 20m parkingu na wspomnianej Spisówce gdzie również można się rozbić na polu biwakowym. Nie specjalnie kombinując zostaliśmy na owym polu biwakowym za całe 60zł za trzy noce za dwa namioty. A miejsce biwaku było zaje...(fajne)! Na samym końcu polanki, na skarpie nad Solinką,  z własnym miejscem na ognisko i łagodnym zejściem do rzeki. Tak oto „Operacja Łopienka'11” automatycznie przekształciła się w TdP („Tour de Polanki” – żeby nie mylić z imprezą organizowaną przez Pana Czesława Langa, chodź co do zasady idea była zbieżna z wymienioną jeśli chodzi o robienie kółeczek po najbliższej okolicy). Po rozbiciu namiotów, powodowani troską wsiedliśmy do pojazdu i oddaliliśmy się po zaopatrzenie do sklepu w Terce. Pierwszy był na szczycie niewielkiego wzniesienia naprzeciwko ruin cerkwi. Namierzony lokal był takim polskim ubogim odpowiednikiem ukraińskiego sklepo-baru, bowiem w drugiej części budynku ulokowana była pijalnia piwa. Polewali Leżajska. No tośmy - poza kierowcą - mieli uciechę. Po powrocie na bazę noclegową rozpoczęliśmy poszukiwanie chrustu na ognisko. Okolica dość mocno przetrzebiona toteż po niektóre drewienka przyszło nam się nachodzić. Było nie było pierwsze ognisko zapłonęło i upiekły się pierwsze kiełbaski, no i był sobie pies – młody wilczur który się nie wiadomo skąd pojawił. Ponieważ nikt go nie przepędzał to się trochę rozbrykał i w zabawie zaczął używać delikatnie swoich ząbków. Po jakimś czasie oddalił się tak niepodziewanie jak się był pojawić. Następnego dnia o wakacyjnym poranku (godz. 9) zasiedliśmy do śniadania. Już po upływie godziny opuściliśmy pole biwakowe i drogą asfaltową oddaliśmy się w kierunku mjsc. Dołżyca. Po przejściu 6km namierzyliśmy szlak koloru czarnego (bardzo „czytelne” oznaczenie wejścia) i rozpoczęliśmy podchodzenie na Falową. Cóż wejście od tej strony nie jest specjalnie uciążliwe ale trzeba też podkreślić że i też niespecjalnie – ze względu na brak miejsc widokowych – urokliwe. W sumie najciekawiej jest na szczycie Falowej gdzie pojawia się odcinek ostrej jak tamtejsze warunki grani, którą miło schodzi się na przełączkę pod Czereniną (stanowiącej najwyższy punkt wycieczki). Sama polana szczytowa Czereniny odsłonięta ale widoków w dalszym ciągu brak. Na zejściu do Jaworzca po lewej stronie odsłoniła się niewielka polanka z której roztaczał się widok na Korbanię, Przełęcz Hyrczą oraz Łopiennik i Durną. Wcześniej między drzewami można było focić Smerek. W pewnym momencie odnajdujemy pozostałości okopów z pierwszej wojny światowej, z „wyremontowanym” stanowiskiem dowodzenia. Ze szlaku schodzimy w okolicy brodu na Wetlince prawie naprzeciwko Bacówki PTTK w Jaworzcu. Pokonujemy rzekę wpław i wpadamy na obiad do schroniska. W schronisku oczywiście pustki ale mają żurek i niepasteryzowanego Leżajska. Droga powrotna do rzeki bez zmian. Na brzegiem decydujemy się jednak przemieszczać prawym brzegiem w kierunku na Sine Wiry do mostu na Wetlince przy nieistniejącej już wiosce Łuh. Początkowo fajnie brzegiem, potem małociekawie przyrzecznymi chaszczami (mocno up... (ups)), znowu rzeką i znowu chaszczami aż do mostu na Wetlince. Bezcennym na trasie było okazane nam zdziwienie biwakującej na zakolu rzeki rodzinki. Od mostu już drogą szutrową w kierunku na Sine Wiry. Uh, trzeba było zrobić jeszcze podejście do nieistniejącej miejscowości Zawój powyżej Sinych Wirów i już jesteśmy przy pierwszym progu skalnym na Wetlince. Zaczynają się owe Sine Wiry. Od razu widzę, że moje dotychczasowe deklaracje, że na nich byłem nijak mają się do faktów. Prawda okazała się „półprawdą”: owszem byłem ale dotarłem tylko do miejsca w którym osuwisko utworzyło niewidoczne już dzisiaj „szmaragdowe jeziorko”. Niestety żeby zobaczyć atrakcyjniejsze progi trzeba udać się w górę rzeki. My mamy to szczęście, że właśnie z tamtej strony schodzimy. Wreszcie więc zobaczyliśmy te „porohy” w całej okazałości. Zwieńczeniem udanej wycieczki była relaksacyjna kąpiel w nurcie Solinki. Wieczorem ognisko i kiełbaski (tym razem młodego wilka nie było). W poniedziałek wstaliśmy o godzinę wcześniej niż w niedzielę. Po śniadaniu – do którego wrzątek braliśmy z kuchni Pana Janusza (szefa parkingu, pola biwakowego) udaliśmy się „asfaltem” w kierunku Terki. Po drodze minęliśmy kapliczkę Matki Boskiej Bieszczadzkiej. Do przejścia mieliśmy 5km. Droga nie dłużyła się tak bardzo jak dzień wcześniej, no ale na jej końcu czekał ten „nasz rodzimy ubogi odpowiednik ukraińskiego sklepo-baru”. Na miejscu nie mogliśmy przejść obojętnie obok lanego Leżajska. Zamówiliśmy też u Pani w sklepie chleb i umówiliśmy się na odbiór wymienionego wieczorem. Dysponowaliśmy trzema mapami o różnych dokładnościach , z trzema różnymi wskazaniami w zakresie celu wycieczki. Początkowo udaliśmy się za znakami zielonymi (od ruin cerkiewki szlak poprowadzony w kierunki przeciwnym niż wskazania na mapie). Wróciliśmy się więc ok. 500m w kierunku Dołżycy do mostu na Solince. W czasie naszej przeprawy mostem jakaś grupa rekonstrukcyjna przebrana w mundury KBW forsowała rzekę wpław obok mostu. Za mostem „do góry” do grzbietu gdzie zaznaczone jest miejsce widokowe. Ponieważ szlak jest poprowadzony inaczej niż to wynika z dostępnych map, po drodze wpadamy jeszcze na małą polankę z amboną myśliwską z której roznosi się ładny widok na przeciwległy grzbiet po którym poprowadzony jest szlak w kierunku Krysowej i dalej przełęczy Orłowicza. Póki co rozglądamy się za wyznaczoną na mapie „ścieżką dydaktyczną” koloru "biało-czerwonego". Na grzbiecie niestety brak wymienionych znaczków – a z mapy wynika że tam właśnie powinny być. Idziemy zatem dalej zielonym w kierunku Bukowca. Po 10 minutach na zejściu napotykamy na znaki naszej ścieżki. Mały popas i ruszamy w lewo w kierunku Korbani. Idąc tak lasem co i rusz napotykamy na „zdziczałe” drzewa owocowe. Powoli pchamy się do góry. Wchodzimy na grzbiet. Zaczynamy się powoli rozglądać za możliwością wejścia na szczyt. Z mapy W. Krukara jasno wynika, że ścieżka którą się poruszamy na sam szczyt nie wchodzi. W pewnym  momencie wchodzimy na stare okopy, pozostałość po którejś z wojen światowych. Obok dość ciekawe wbite w pień drzewa dwie zardzewiałe saperki (czyżby jakiś znak dla wtajemniczonych???). Dochodzimy do miejsca, w którym szlak wyraźnie zaczyna odchodzić w prawo zaczynając tracić wysokość a w dalszym ciągu nie widać żadnej ścieżynki w lewo. Kiedy już między sobą ustalamy, że przez chaszcze nie będziemy się przebijać i najwyżej zejdziemy sobie do Bukowca, napotykamy drogowskazy szlaku z których wynika, że do Bukowca mamy tak ze 2,5h. Informacja ta jest jednak już nieistotna. Na jednym z drzew zauważamy wymalowany tekst: „Korbania 250m”. Kurcze jesteśmy w domu. Samo wejście na szczyt też jest oznaczone znakiem czerwonego trójkąta. Wchodzimy na szczyt i... mamy w oddali widok na Jezioro Solińskie oraz także na Połoniny Caryńską i Wetlińską. Focimy a ponieważ muchy nam zdecydowanie przeszkadzają postanawiamy specjalnie na szczycie nie barłożyć. Kiedy postanawiamy oddalić się ścieżką w kierunku – jak na się wydaje przełęczy Hyrczej – na szczyt wchodzi miła osóbka z młodym owczarkiem niemieckim. Okazuje się, że właśnie skończyła „bazowanie” w Łopience. Upewniwszy się, że ścieżka doprowadzi nas do rzeczonej przełęczy się oddalamy w dół. Okazuje się że drzewa są pomazane czerwoną farbą i od czasu do czasu mają też też zakreślone strzałki. Widać, że studenci z SGGW Warszawa oznaczyli sobie szlak na Korbanie z Łopienki. Tym łatwiej nam się schodzi do polan na przełęczy. Przemieszczając się polanami focimy od czasu do czasu w obu kierunkach. Widać połoniny i obszar nieistniejącej wsi Tyskowa. Na końcu polan dochodzimy do drogi gruntowej tzw. starej drogi pielgrzymiej. Obok odrestaurowana kapliczka. Chwila dla reporterów. Idziemy dalej, a po dojściu do drogowskazu wyznaczonej przez SGGW Warszawa okrężnej ścieżki dydaktycznej wokół Łopienki wybieramy lewą jej odnogę. Schodząc robimy jeszcze ostatnie fotki Smereka. Jak tylko wychodzimy na polany powyżej Cerkwi w Łopience decydujemy się na skrót do cerkiewki. Stromo w dół, w wysokiej trawie między krzakami Tarniny docieramy do miejsce w którym wyraźnie słychać płynący w dole potok. Hm, znowu przeprawa wodna. Ku mojemu rozczarowaniu to co przyszło nam forsować nawet mocno naciągając nie można by nazwać przeprawą rzeczną. Na chwilę zatrzymujemy się koło Cerkiewki (grekokatolickiej – dzisiaj w zarządzie kościoła rzymsko-katolickiego). Jest wcześnie – postanawiamy zatem po przyjściu na biwak podjechać gdzieś na obiad do Terki czy trochę dalej jak niczego nie namierzymy. Po drodze do Spisówki mijamy czynne stanowiska produkcji węgla drzewnego. Na biwaku bardzo niemiła niespodzianka. Nasze namioty są uszkodzone. W trójce złamany jest jeden pałąk a moja dwójka ma ślady nacięć na kołnierzu. Ktoś ewidentnie się bawił. Lekki wk(...) ale co tam mogło być gorzej. Wsiadamy do pojazdu i podjeżdżamy do Terki do  Smażalni Pstrąga. Rybka znakomita, naprawdę... tylko ta zastawa... plastik i papierowe talerzyki. No nie wiem rybkę jeszcze jestem w stanie zdzierżyć ale browar w plastikowym kubku to jakaś profanacja. Nie ma wyjścia. Wracając wpadliśmy do sklepu po zamówiony chleb iii... korzystając z okazji na Leżajska z beczki. Oczywiście w szklanej szklance. Po powrocie na biwak wpadamy do Solinki na krótką prasówkę, potem rozpoczynamy przygotowania do ostatniego już ogniska. Robi się coraz cieplej, wręcz duszno. Co jakiś czas spoglądamy na niebo. Nie jest wesoło. Z nad szczytów nadciągają chmury. Kiedy z oddali zaczynają dochodzić odgłosy burzy zaczynamy inaczej naciągać linki namiotu tak aby zniwelować brak naprężenia wynikający z utraty jednego masztu. Udaje się na czas. Kładziemy się do namiotów kiedy pierwsze krople deszczu spadają na ziemię. W sumie były dwie niezbyt intensywne tury. Rano śniadanko i oczekiwanie na wyschnięcie namiotów. W międzyczasie ma miejsce ściśle tajna operacja o kryptonimie "Żółty kolec". Wyjeżdżamy przez 12tą w południe. W Tarnowie pizza w Desperado's i to by było na tyle na teraz.

bottom corner