2011.03.05-06

Bieszczadzkie ostatki. Sobota 5.03.2011 roku godz. 513 przystanek autobusowy obok bloku przy Lwowskiej 67. Wsiadamy i od zrazu zapadamy. Uczestnicy wycieczki w drzemce. W ciszy i spokoju dojeżdżamy do „grossara” w Ładnej a potem do „grossara” w Pilźnie. Zabieramy stamtąd Natalie a z centrum Pilzna jeszcze Zdzisława i Artura. Jedziemy. Cały czas cisza w busie. Przed Jasłem zaglądam do małego plecaczka i wyciągam Mr Kasztelana. Smakuje. Gdzieś koło Leska Szaza zapodaje pytanie na które – przynajmniej jeśli chodzi o mnie – odpowiedź musi być jedna. Mnie po prostu wchodzi każde. Jeszcze po drodze dwie stacje benzynowe: na pierwszej potężny zawód (trzeba na mrozie z tyłu budynku) na drugiej w Cisnej można by rzec pełny wypas i już jesteśmy w Ustrzykach Górnych. Dosiadają się Beata z Marcinem. Wołosate. Wysiadamy. Zabieramy graty i rozpoczynamy wycieczkę. Jest pochmurnie. Przy moście na Wołosatce patrol Straży Granicznej w Jeep'ie. Chłopcy pilnują aby nikt przypadkiem nie zechciał przejść na ukraińską stronę przez Przełęcz Beskid. My pchamy się dalej w kierunku Przełęczy Bukowskiej. Trasa się delikatnie mówiąc ciągnie. Jak na razie tempo trzymają wszyscy ale nam coraz bardziej te wyścigi przeszkadzają. Zatrzymujemy się. Jest nalewka i do nalewki. Grupa znika w oddali a my dalej konsumujemy. Spokojnie - znowu zabezpieczamy tyły. Przed bukowską widzimy Marka. Wchodzimy już razem. W turystycznej wiacie popas kończy peleton. Zamieniamy się miejscami. Przyjaciele znikają w chmurach. My zaś rozpoczynamy drugie śniadanie. Fotka przy słupku z oznaczeniem „uwaga lawiny” i podążamy śladem „uciekinierów”. My też wchodzimy w chmury i mgłę. Okazuje się że powyżej czeka cała grupa. Warunki są takie że nikt nie chce ryzykować podziału grupy na mniejsze grupki zwłaszcza że widoczność jest taka że koniec grupy rzadko widzi jej początek. Mgłą, porywisty wiatr i do tego jeszcze łamliwa pokrywa śnieżna cały czas utrudniają sprawne przemieszczanie się. Orientacje w terenie utrzymujemy dzięki odbiornikowi GPS. Mozolnie gęsiego zmierzamy przez Rozsypaniec w kierunku Halicza. Na szczyt wchodzimy znienacka. Duże zdziwienie. Na szczycie nie wieje tak bardzo jak na podejściu. Następuje obrzęd wprowadzenia członka – hm choć należałoby chyba poprawnie patrząc przez pryzmat modnych dzisiaj parytetów – powiedzieć członkini. Zwyczajowe czołganie się pod kijami. Wręczenie legitymacji bez zdjęcia, uściski dłoni vice prezesów i tryumfalny powrót z podniesionym czołem w szpalerze. Schodzimy ze szczytu. Już wszyscy chyba są lekko zmrożeni a najciekawsze jak się okazuje dopiero przed nami. Dochodzimy do drogowskazu z oznaczeniem informującym o tym że do przełęczy mamy 45 minut. Przystajemy na chwilę. Przód grupy nam odjeżdża. Herbata czysta i z prądem. Po łyku nalewki. Fotka grupowa i już biegniemy dalej. Idziemy jednak sami. Peleton nam już zdążył mocno odjechać. Rozpoczynamy trawers połonin Krzemienia. Jest wąsko, stromo i ślisko. Nadto ta niestabilna pokrywa śnieżna. Mała nieuwaga i można polecieć parę metrów w dół. Zresztą o mały włos po tym jak się zapadłem w śniegu nie zjechałem ze ścieżki. Dochodzimy do pozostałych wycieczkowiczów przy krzyżówce szlaku niebieskiego dochodzącego z Bukowego Berda. Krótki popas ale na tyle z drugiej strony długi by Marek mógł wreszcie ubrać stuptuty. Grzaniec Killera występuje w roli głównej. Mimo trudnych warunków humory dopisują. Marzymy o grzanym piwie w bacówce „na rawkach”. Mamy świadomość tego że do przełączki pod Tarnicą jest już bardzo blisko. „Wspinamy” się do góry. Grupa znowu się rozciąga. W krótkim czasie już znowu się nie widzimy. W pewnym momencie zastanawiamy się nawet gdzie iść. Robimy dwa metry w górę i widzimy czekającą 10 metrów wyżej grupę przyjaciół. Jak się okazało weszliśmy zamiast na przełęcz, na Tarniczkę. Szybko schodzimy do przełęczy i od razu skręcamy w prawo w kierunku Wołosatego (sprinterzy oddalili się na najwyższy szczyt Bieszczadów) Na zejściu z Tarniczki wieje tak nieprzyjemnie ostry, lodowaty wiatr że wydaje się że mi nos odpadnie. Schodzimy w kierunku granicy lasu. I ulga . Wiatr ucichł. Ta cisza jest błogosławiona. Robimy fotkę grupową. W lesie piszczą dziewczyny. Dochodzimy do Wołosatego. Wsiadamy do czekającego busa. Bez przeszkód dojeżdżamy do Przełęczy Wyrzniańskiej. Zabieramy duże plecaki i w dwadzieścia parę minut meldujemy się w Bacówce PTTK pod Małą Rawką. Lokujemy się w pokojach i schodzimy na upragnionego grzańca. Obiadokolacja. Zimny browar ze zniżką dla mieszkańca. Robimy miejsce dla wycieczki młodzieży z zakładu poprawczego. „Skazani na niekoniecznie bluesa” po obiedzie oddalają się do swoich kwater a my zaczynamy biesiadę. Na początku Killer zapodał filmik z Nepalu. Potem życzenia i prezent odbierała Beatka. Biesiada jak to biesiada trwała do późnych godzin. Rano Msza Święta, śniadanie... i my zostajemy w bacówce. Reszta grupy szturmuje Rawki. Powrót do domu przebiegał a jakże w atmosferze biesiady. Znowu: rynek w Pilznie, Stacja paliw Grossar i już w Tarnowie pizza w pubie Desperados. I to by było – jak mawiały Szadoki – na tyle.

 

bottom corner