2015.01.01-05

Beskid Wyspowy. 1 stycznia 2015 roku około południa wyjeżdżamy z podrzeszowskiej Trzciany. Obieramy kierunek na Jurków w Beskidzie Wyspowym, gdzie mamy zarezerwowaną metę w Karczmie „Baranówka”. W mediach straszą gołoledzią. Zastanawiamy się czy jechać najkrótszą drogą na Limanową skręcając w Łososinie Dolnej, czy też dotrzeć do Limanowej via Nowy Sącz. Wybieramy to drugie rozwiązanie wychodząc z założenia, że ta droga będzie lepiej utrzymana. Z trasy dzwonimy do Adama z zapytaniem czy jedzie czy nie, czy sam czy z Anią i czy czym – w kontekście tego czy mamy po niego do Mszany Dolnej podjechać. Kolega zadaje jedno pytanie, czy mam tam zarezerwowaną oddzielną dwójkę. Potwierdzamy że są zarezerwowane trzy pokoje dwuosobowe. Zatem jedzie z Anką. Przyjadą własnym pojazdem. Ruch na trasie jest niewielki. Dość szybko osiągamy Nowy Sącz i zaczynamy pierwszy podjazd pod Biczyce Górne. Wjeżdżamy w chmury, ale droga czarna. Pierwsze fajne widoki na Beskid Wyspowy ukazują się na zjeździe do Limanowej. Pogoda sprzyja. Nie ma rewelacji ale nie ma co narzekać. W Dobrej skręcamy z drogi głównej na południe. Po paru kilometrach parkujemy pod karczmą. Przybytek otwarty więc wchodzimy. Zamawiamy po browarku i informujemy obsługę, że przyjechaliśmy na pobyt i że mamy rezerwacje. Zapoznajemy się też z menu. Coś by się bowiem przekąsiło. Pada na bogacz jagnięcy, flaczki i coś tam jeszcze. O 17ej dojeżdżają AA (Anka i Adam). Zamawiamy kolację. Konsumujemy i przepijamy kolejnym browarkiem. „Stefka” dostaje od właściciela całą kość. Psiak jest szczęśliwy. Po 18ej do lokalu wchodzi grupka miejscowych chłopaków. Zamawiają po piwie, wyciągają harmonię i… zaczynają kolędować. Coś niesamowitego. Dość szybko się bratamy, coś tam też te kolędy które znamy śpiewamy razem. Lokalne pastorałki jeden z kolędników próbuje nam szukać w Internecie. Na naszym stole pojawią się sześć świeżych piw. To poczęstunek od chłopaków. Chwilę potem rewanżujemy się tym samym i tak powtórzyliśmy obustronnie operacje raz jeszcze. Rano 2 stycznia 2015 roku po śniadanku, o godz. 11ej wychodzimy na świeże powietrze. Dzisiejszym celem jest Mogielica. Pniemy się monotonnie do góry, co chwilę przystając, czekając aż się grupa zejdzie. Z coraz większej – w miarę „łapania” wysokości – ilości śniegu cieszy się „Stefka”m, raz po raz tarzając w białym puchu. Z polan „na cyrli” rozciąga się piękna panorama. Widać Luboń Wielki a w dali Babią Górę. Ostatni stromy odcinek do krzyżówki ze szlakiem zielonym już w większym śniegu. Pokrywa ma ok. 25cm. W miejscu połączenia się szlaków krajobraz zmienia się radykalnie. Przede wszystkim nie jesteśmy już w lesie liściastym, tu dominują świerki, których gałęzie utrzymują spore ilości śniegu. Na Mogielicę wchodzimy ok.. godz. 14ej. Parę fot na dole i wychodzimy na wieżę widokową. Schodki są oblodzone. Trzeba uważać. Kończymy na drugim podeście. Wieje nieprzyjemnie zimny wiatr, który strąca z górnego poziomu wieży grudki lodu. Ale widok i tak jest fantastyczny. Jedno słowo: Tatry. Chowamy się przed wiatrem po północnej stronie szczytu, bo i czas na planowane szczytowanie. Odpalamy pierwsze „Igristoje”. Jest też herbatka z… O 1430 rozpoczynamy zejście w dół. Wracamy tą samą trasą. Przez moment zastanawialiśmy się czy aby nie robić petli i wyjść gdzieś w okolicy Półrzeczek, ale z uwagi na to, iż byłoby trochę dymania po asfalcie na którym trzeba by było upiąć Steffi rezygnujemy. Niech „mała” pobiega sobie luzem. Zejście przebiega sprawnie. Na samym dole, tam gdzie jeszcze rano leżała warstwa zlodowaciałego śniegu, zrobiła się nieprzyjemna błotna breja. Obok karczmy jesteśmy o 16ej. I wtedy właśnie zaczął padać deszcz. Wszystkim już w brzuchu burczu a tu niemiłe zaskoczenie. Karczma jest zamknięta. Dzwonimy do właściciela. Okazuje się że obsługa zapomniała nam o tym wczoraj powiedzieć. W necie znajdujemy namiary na Pizzerie w Dobrej. Dostarczają nam trzy mega duże pizze. Chce się żyć. Wieczór spędzamy na konsumpcji i serfowaniu po darmowym dzięki wifi karczmy Internecie. 3 stycznia w planach mamy Łopień. O poranku – tak jak my go definiujemy tj. ok. godz. 11ej wsiadamy do samochodów i wywozimy tyłki oraz psa na Przełęcz Rydza Śmigłego. Plan jest analogiczny do wczorajszego. Wejść, „obalić” „Igristoje” i zejść. Zresztą sam szlak nie jest zbyt atrakcyjny na podejściu. To co najlepsze jest na samej górze, więc spokojnie pokonujemy. Po godzinie jesteśmy na szczycie. Chyba w sylwestra było tu ognisko, bo jest jeszcze świeże palenisko, jakieś korki od szampana oraz mnóstwo kijków na kiełbaski. Pojawiło się na chwilę słońce. Zmykamy więc na punkt widokowy skąd roztacza się widok na cel naszych kolejnych wejść podczas tego „ponoworocznego spaceru”. Focimy i długo tam nie zabawiamy. Zimny wiatr trochę jednak przeszkadza. Na szczycie natomiast jest spokojniej. Można się delektować „Igristoje”. Jest wcześnie toteż postanawiamy wejść sobie jeszcze na Łopień Środkowy. Na Przełęcz Rydza Śmigłego wracamy szlakiem narciarskim. O 1430 jesteśmy w karczmie. Ostatni taki obiad w tym gronie, w tym miejscu. Ania i Adam wyjeżdżają do Krakowa. 4 stycznia zgodnie z prognozą pogody mają być zawieje i zamiecie śnieżne. I tak od rana jest. Dmucha aż miło. Odpuszczamy zatem Ćwilin i zamierzamy „zdobyć” Śnieżnicę. Planujemy wstrzelić się w okno pogodowe między jedną a kolejną zamiecią. Wychodzimy ze słusznego założenia że jakby co to zawieruchę przeczekamy w Barze „Pod Cyckiem” na Przełęczy Gruszowie. Spod karczmy wyjeżdżamy po w pół do 12ej. Nie sypie. Jest okno pogodowe. Na przełęczy okno się zamknęło a bar czynny od 12ej. Parę minut musieliśmy w zadymce poczekać pod drzwiami. Po otwarciu baru zamawiamy grzane piwo i żurek dla Agi – która na ten czas „robi za drwala”. Kiedy zapodano drugiego grzańca robi się okno pogodowe. W miarę sprawnie go wypijamy ale mamy świadomość tego, że parę minut na uciekło. Wychodzimy. Do Ośrodka Rekolekcyjnego na Śnieżnicy wszystko przebiega zgodnie z planem. Jednak 15 minut dalej, okno się zamknęło i zaczęło mocno sypać. W lesie to nie było aż tak odczuwalne ale kiedy doszliśmy do górnej stacji Ośrodka Narciarskiego „Śnieżnica” zamieć śnieżna wyraźnie przeszkadzała. Czym prędzej zatem schowaliśmy się z powrotem w las. Na Śnieżnicy już nie sypie.  Odpalamy „Igristoje”. Igraszki z psem w kopnym śniegu i schodzimy na przełęcz Gruszowiec. W tych nie najlepszych warunkach atmosferycznych udało się zrobić fajną pętelkę przy wykorzystaniu „zielonego” i „niebieskiego”. W Barze „Pod Cyckiem” konsumujemy pierwsze danie i nie była to bynajmniej zupa – przynajmniej w moim przypadku. „Stefka” znowu załapała się na kość. Chyba od moich żeberek bo były ich pozbawione. Kiedy wychodzimy z baru, kolejne okno pogodowe się właśnie zamyka. Wieczorem kolacja w „naszej” karczmie. 5 styczeń to ostatni dzień zmagań ze szczytami Beskidu Wyspowego. Pozostał już tylko Ćwilin. Zamierzam przetestować moje plastikowe obuwie do turystyki wysokogórskiej. Przeleżały się buciki lat parę w garażu u „Mecenasa” w końcu przyszedł czas próby. Zatem o poranku – tym razem ok. godz. 12ej – wychodzimy z kwatery. Idzie się prawdę mówiąc tak sobie. Czuję podeszwę. Nogi muszą się przyzwyczaić. Im wyżej tym lepiej, w końcu w połowie podejścia mogę powiedzieć, że jest dobrze. Zaczyna sypać. No to widoków nie będzie. W okolicach szczytu śniegu jest nawet i ok. 30cm. Oszronione gałęzie drzew liściastych, razem z obłożonymi śniegiem ramionami świerków tworzą taką prawdziwą zimową atmosferę. Na szczycie zabawa z nienasyconą „Stefką” która nie wiadomo skąd czerpie tyle siły na te zmagania. A wystarczy tylko zaczepić. Odpalamy przedostatnie „Igristoje”. W butach schodzi mi się jeszcze lepiej niż wychodziło. Znaczy się będą oki. Na dole w karczmie, z właścicielem przed obiadem kończymy ostatniego „szampana”. Wieczorem przy kolacji wylądowała na naszym stole decha wędlin. Skończyliśmy ją rano na śniadanie. Aha wieczorem w karczmie odbyła się pierwsza karnawałowa zabawa. Wprawdzie na byliśmy jej czynnymi uczestnikami, ale pośrednio zważywszy że mieszkaliśmy nad karczmą muzyka i gwizdy miejscowych górali do nas docierały. Impreza skończyła się ok. 2ej nad ranem. 6 stycznia ok. godz. 10ej wyjeżdżamy z gościnnego Jurkowa. Wracamy tą samą drogą, na sącz. Po drodze w Melsztynie wtranżoliliśmy jeszcze pełny obiad. Nie odważyłem się wejść na wagę po powrocie do miejsca stałego zakwaterowania.

 

bottom corner