2012.09.17-20

Beskid i pies. Druga połowa września 2012 roku. Przyjaciele w Czarnogórze a pies przyjaciół na kwaterze. To cóż było robić. Z „przysposobionym” psiakiem w te najbliższe góry się uderzyło. Połowa wyposażenia w plecaku to żarcie Stefci. I od tej chwili wszystko co się w życiu psa wydarzyło było pierwsze. Zaczynamy od przyjazdu koleją do Nowego Sącza. Mała została uwiązana na krótkiej smyczy w przedziale bagażowym. Pełny luzik. Znudzony psiak przeleżał całą drogę. W Nowym Sączu przesiadamy się do busa zmierzającego do Krynicy. Bus pełny ale na szczęście w Nawojowej połowa wysiada. Pies ma trochę więcej miejsca toteż wykłada się jak długi w przejściu. Musi jednak podnieść zadek w Łabowej, bo oto na fotelu obok nas przysiadł się miejscowy człek. No to szczenie wykombinowało i położyło pysk na kolanach gościa. Tak przejechało do Krynicy. Wysiadamy na początku deptaka. Szybka lustracja rozkładu jazdy i już wiemy, że mamy 40 minut czasu do odjazdu busa pod gondole. Deptamy po deptaku na koniec tegoż. Znowu bus i już stoimy przy kasie. Ogólne zainteresowanie pieskiem – po części wymuszone przez małą, która postanowiła poznać pozostałych kupujących. Szczenie próbuje się dostać do pierwszego wagonika, razem z parą starszych kuracjuszy, ale niestety smycz jej na to nie pozwala. Wsiadamy do drugiego wagonika. Drzwi się zamykają, psiak zalega na podłodze. Zero zainteresowania okolicą. A pogoda jest prześliczna. Na górze wysiadamy i zaraz potem zasiadamy pod zielonym parasolem. Ściągam psu kaganiec. W oczach widzę wdzięczność wielką. Samoobsługa. Rozpoczyna się lekcja numer jeden pt.: „Co robić aby się nie zanudzić kiedy opiekun się nawadnia”. Odpowiedź wydaje się psu prosta – spowodować aby płyn został pochłonięty jak najszybciej, najlepiej do pięciu minut. W tym celu należy po upływie zapodanego czasu opiekuna szarpać łapą, zahaczać zębami a jak to jest niemożliwe to popiskiwać. I tu rada dla opiekuna: Nałożenie elastycznego kagańca powoduje uspokojenie się psiaka. Pies - z nieszczęśliwą wprawdzie miną – ale zalega. Po posileniu się ściągam Stefi kaganiec i jeszcze upiętą w smycz oddalamy się na szczyt. Fotka i dajemy dalej. Za „oślą łączką” dochodzę do wniosku, że można już psiaka spuścić ze smyczy. Niech sobie pobiega. Na szczęście nie jest to pies, który oddala się na dalej niż 20-30 metrów. Po 10ciu minutach pies namierza na małej polance biwakujących kuracjuszy, do których zamierza dołączyć. Na szczęście starsi ludzie są dla malca wyrozumiali. Mała przywołana wraca na szlak. Po kolejnych 10ciu minutach spotykamy parę turystów. Zanim zdążyłem krzyknąć psiak w szarży uderzył na dwójkę studentów AGH. Podszedłem kiedy mała w dalszym ciągu była przez wymienionych pieszczona. Młodzież się oddala a z tyłu nadciągają kolejni turyści, którzy już budzą zainteresowanie psa. Upinam małą w smycz. No niestety – zwłaszcza przy takiej pogodzie – odcinek szlaku między Jaworzyną Krynicką a Bacówką na Wierchomli jest dość mocno obciążony. Już do schroniska będziemy szli na smyczy. Przed Runkiem robimy jeden odpoczynek. Pies jest mocowany do pnia ściętego drzewa. Kolejny popas na Runku. Do Bacówki nad Wierchomlą docieramy ok. godz. 15ej. Meldujemy się i od razu zaczynamy korzystać z przysługujących mieszkańcom w kuchni zniżek. A pies upięty do ławki ma w nosie widoki, natomiast chętnie zaczepia turystów. W końcu zmęczony zasypia. W tym czasie jeden z psów schroniskowych postanawia się zaprzyjaźnić z psiakiem. Przebudzona Stefa reaguje wrzaskiem. Nie to nie. Pies się oddala bez pośpiechu. Po kolacji 1,5h godzinny spacer po wierchomlańskich polanach. Pies szaleje a ja częściej spoglądam na widoczne w zachodzącym słońcu tatrzańskie wierzchołki. Rano śniadanie. Pies schroniskowy podejmuje drugą próbę zapoznania się. Tym razem udaną. Udana psia zabawa. W drugim dniu trasa: Bacówka nad Wierchomlą – Schronisko na Łabowskiej Hali. Wychodzimy ok. 9ej w kierunku na Runek. Zaraz za schroniskiem spuszczam małą ze smyczy (nie przewiduję bowiem aby o tej porze ktoś już od strony Krynicy zdążał na Wierchomlę). I rzeczywiście droga jest pusta. Na Runku tradycyjny postój, który psu się nie specjalnie podoba. Przypięta na smyczy do pniaka, zajęła się jakimś kijem. Do Łabowskiej zrobiliśmy jeszcze jeden postój - w przydrożnej wiacie. Na szlaku spotkaliśmy tylko troje turystów. Psa upinam w smycz, tuż przed schroniskiem. W Schronisku PTTK na Hali Łabowskiej pustki. Nikogo nie ma. Zamawiam niepasteryzowanego leżajska, nocleg w dwójce z zasiadam z małą przed schroniskiem. Pies jest przypięty smyczą do ławki. Pojawia tamtejszy pies przybłęda. Taki niedorodny mały skrzekliwy wypierdek. Stefi nie zwraca na jego wrzaski a raczej rzężenie uwagi (i słusznie) ale mnie ten jego warkot wyraźnie przeszkadza w konsumpcji. Wykorzystując przewagę wzrostu przeganiam gnojka na drugą stronę schroniska. Mam w tym momencie świadomość, że mogłem mu tą operacją uratować przy okazji życie bowiem słuchając jego rzężenia można było odnieść wrażenie, że za chwilę ów niedorodny mały wypierdek udławi się własną śliną. Co jakiś czas przychodzą turyści i odchodzą – między ich wizytami spuszczam pieska ze smyczy. Mała penetruje okolice schroniska. Przy kolacji niewielkie zamieszanie. Pojawia się znowu ten niedorodny mały skrzekliwy wypierdek. Stefi zjadła mokre a na suche – do czego już na wyprawie przyzwyczaiła – nie ma ochoty. No ale skoro zniosłem te kulki to postanowiłem z ręki zapodać drugiemu. Trochę nieśmiało ale zaczął jeść. I się zaczęło. Stefii oszalała. Nastał czas głośno artykułowanych żali – przerywanych a jakże konsumpcją swojej suchej karmy. Po kolacji do zmroku spacer między dwoma szlakami: żółtym i niebieskim. Rano 19ego września wyruszamy w kierunku Cyrli. Pies od początku bez bez smyczy. Dawno już nie byłem na Łabowskiej a pojawił się nowy drogowskaz prowadzący do miejsca w którym była baza oddziału Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej. Pogoda wyraźnie się zmienia. Już w południe słońce przesłoniły chmury ale jest jeszcze ciepło. Spokojnie podążamy raz czerwonym raz po raz zamieniając „główny beskidzki” na zimowy szlak narciarski. Wchodzimy na Halę Pisaną. Chwilka przerwy. Czas się napoić. Na polanach koło kapliczki na Jaworzynie Kokuszczańskiej próbuję zrobić przerwę – widzę bowiem, że psiak chyba ma dość. Przypinam więc psa do brzózki i wyciągam gazetę. Diagnoza chybiona, małej się to wyraźnie nie podoba. Po około 10 minutach ku zadowoleniu psa idziemy dalej tylko po ty by po kolejnych 10 minutach, na zejściu, w lesie Stefi mogła ogłosić że ma dość. Zaległa tak na ok. godzinę. Przerwę wykorzystuję na czytanie a psiak na czujny sen. Jeszcze tylko jedna próba wymuszenia postoju przy krzyżówce szlaków pod Makowicą (średnio udana)i po godzinie 14ej meldujemy się na werandzie ukwieconej Chaty Górskiej na Cyrli. Zamawiam „Okeja” i coś do jedzenia. Zasiadam koło psa i zaczyna padać deszcz. Robi się chłodno. Zmieniamy miejsce. Tym razem pies został przywiązany do stołu w jadalni. Jest tam też i Struga. Mała próbuje podchodzić tłustego psa ale Struga nie okazując entuzjazmu leży jak ta no struga. Deszcz leje całą noc i co gorsze rano też. A tu iść trzeba – nie tylko z psem za potrzebą. Po 10ej decydujemy się na wyjście w ulewę. Psu to raczej nie przeszkadza. Stara się opóźniać przejście próbując namawiać do różnego rodzaju zabaw zaczynających się od podskoków. Nic z tego. Psa „ściągamy” bez przerw do Rytra. Na przystanku autobusom jestem już totalnie przemoczony. Pół striptease na przystanku. W Nowym Sączu zdążamy na ogrzewanego „Nikifora”. Tym razem psa mocujemy na długiej smyczy do okna w przedziale. Przed 16ą kończymy wycieczkę w miejscu z którego trzy dni wcześniej wyruszyliśmy w Beskid Sądecki.

bottom corner