2012.02.18-19

Banica. Urocze miejsce w Beskidzie Niskim nieopodal Małastowa. Turystyczna mekka „śladowców”. To miejsce – po raz kolejny zresztą - wyznaczyliśmy sobie na spotkania z zimą, tym razem z zamiarem zamieszkania na miejscu. 18ego lutego 2012 roku ok. godz. 7.30 wpakowałem plecak i obuwie narciarskie do bagażnika, po czy razem z kierowcą przystąpiliśmy do mocowania się z bagażnikiem na dachu. Mocowanie jest określeniem jak najbardziej na miejscu. W żaden sposób to cholerstwo nie dawało się otworzyć. Konsultacje telefoniczne z właścicielem bagażnika tylko utwierdziły nas w dotychczasowym wyborze (instrukcja słowna brzmiała: „galon kluczyk ma być równolegle do dachu i wtedy trzeba pociągnąć za ten dzyndzelek). No to ciągniemy a tu żadnego – znaczy się tej przyjemności. Nie ma rady pakujemy narty do środka i jedziemy do oczekującego nas „Twittera”. Dochodzimy do wniosku, że trzy ciągnące za wypustek osoby to nie dwie. Cóż Marek ustawił kluczyk prostopadle do dachu i stał się cud (nawiasem nieco później właściciel bagażnika informacje o działającym ustawieniu kluczyka skwitował „oj tam oj tam”). Uporawszy się z mocowaniem bez specjalnych wydarzeń zabieramy pozostałych uczestników wycieczki i ok. 9ej lądujemy na tarnowskiej południowej obwodnicy wjeżdżając nań od strony zachodniej. Już na zjeździe przy „tuchowskiej” z powrotem wjeżdżamy do miasta i parkujemy na Orlenie (no bo jak to tak o suchym baku i pysku). Zaopatrzeni dalej bez przeszkód dojeżdżamy do Małastowa. Tam tuż przed skrętem na Banicę jest lokalny sklep słusznie zwany wielobranżowym. Z tej wielości branż naszym szczególnym zainteresowaniem cieszyły się produkty wytworzone z procesie fermentacji, wędzenia i wypiekania. Do gościńca dojeżdżamy tuz po 11ej. Rzeczy do pokoju i zamawiamy żurek oraz po „spragnionym zakonniku”. Ok. 12ej dopinamy narty i wyruszamy za znakami szlaku zielonego w kierunku „Kanady”. Już na początku mamy „pod górkę”. Forsujemy zaspę śnieżną o wysokości ok. 1 metra. Po przejściu 300 metrów – na mostku – smarujemy narty. Dalej przez polany od tyczki do tyczki coraz głębiej zapadamy się w śniegu. Jacek, Maciek i Marek odbijają w prawo do chorągiewek trasy sportowej. Ja i Aga z uporem maniaka dalej i w miarę upływu odległości coraz głębiej zapadamy się w śniegu. Kurcze w sumie nie bardzo wiemy czy to co wyprawiamy to jest jeszcze narciarstwo turystyczne czy już odśnieżanie pługiem. W końcu też trafiamy na trasę sportową ale koledzy już trochę z przodu. Jest węzeł szlaków nr 8 „Kanada”. Trasa sportowa pomyka w lewo a my na wprost w las. W końcu ma być „back country”. Oj jest. Szlak tak sobie idzie nie bardzo wiadomo między którymi drzewami więc raz po raz wpadamy na jakiś zawiany obszar i zapadamy się dosłownie prawie po uda. To właśnie tu na początku nasz „twitterek” rozpoczął swoją golgotę na nartach biegowych. Jak już wydostajemy się na ścieżkę z wyraźnym oznaczeniem szlaku robimy postój na przepłukanie gardła (są winogronka). W międzyczasie dochodzi trzech turystów ale nie są zainteresowani wspólnym przecieraniem szlaku a my z kolei jakoś nie bardzo chcemy dać się robić „w wała” toteż goście się oddalają z powrotem a my chwilę potem przedzieramy się dalej. „Twitter” raz po raz ląduje w śniegu. Oj wyraźne w głębokim śniegu Mareczkowi nie idzie. Nie pomaga nawet spotkany na trasie „szwagier”. Robi się późno a Wołowiec jakby nie bliżej. Wreszcie dochodzimy do miejsca w którym nasz szlak łączy się z czerwonym zmierzającego do Bartnego przez Wołowiec. Postój . Kanapki, cytrynówka, napój izotoniczny, kanapki itd. od początku. Zaproponowałem wykonanie takiej pętelki przy wykorzystaniu napotkanego szlaku pieszego. Plan za(...)ty bo trasa wyglądała na przetartą. No to poszliśmy za śladami. Po ok. 100m czerwony w prawo do góry (co nam się upsnęło), a wyznaczone ślady w lewo. I tak sobie po tych śladach – z przerwą na smarowanie bo plusowa temperatura nie najlepiej służyła spodom nart – przeszliśmy taki odcinek jak mniej więcej od spotkania szlaku czerwonego do Wołowca. Ślad po którym się przemieszczaliśmy oddalił się w lewo a nasza wyraźna droga zaczęła jakby zanikać. Szlaku czerwonego nie było widać już od dawna, było już ok. 15.30 toteż postanowiliśmy się wrócić do gościńca po naszych śladach. Droga powrotna – nie licząc stanowiących normę wywrotek „Twittera” - przebiegła bez specjalnych zakłóceń. Na kwaterze byliśmy ok. 18ej. Obiadokolacja (barszcz z uszkami, kapuśniak z ziemniakiem i pulpetem, gulasz oraz pieczeń z ziemniakami oraz oblohom w postaci m.in. marynowanej nadziewanej kapustą papryki oraz kapustą z olejem balsamicznym). Imprezka w pokoju a potem na dole w jadalni. W jadalni Maciek zrobił gitarowy „jam session”. Śniadanie o 9ej (jajecznica plus kiełbaska wiejska) w towarzystwie „Smadnego Mnicha”. Po śniadaniu udajemy się na krótką ok. 3,5 km trasę okrężną. Początkowo za gościńcem w lewo za znakami zielonymi do węzła szlaków na Wypale (nr 7). Trasa przetarta więc nie musimy się przedzierać. Jedyny problem to wiatr w porywach dość uciążliwy ale za to narty, narty jadą! Przy węźle szlaków nr 7 próbujemy pomóc wypchnąć samochód który się zakopał w zaspie. Całe szczęście, że nadjechał jakich 4x4 mający na wyposażeniu linę. Oddalamy się za znakami czerwonymi w kierunku węzła szlaków nr 8 (Kanada). W lesie popas, degustacja nalewki. Od postoju cały czas aż do Kanady zjeżdżamy. Fajna prędkość i wszyscy bez kontaktu z podłożem meldujemy się przy węźle szlaków. Powrót do gościńca z niewielką korektą trasy sportowej znanej nam z dnia poprzedniego. W gościńcu żurek, Kelt i mnich. Wyjeżdżamy ok. 13.30. Na górze na polanach droga już częściowo zawiana ale jeszcze przejezdna. Zatrzymujemy się jeszcze koło znanego nam sklepu wielobranżowego i po godzinie lądujemy „u Martusia” w Ciężkowicach na obiedzie. O 17ej jestem w domu, można odpocząć.

bottom corner