2010.02.04-07

Backcountry (04-07 lutego 2010r.). Ślady, ślady wreszcie udało się wyrwać na narty. Plecaki spakowane, narty w nosidełkach i już ok. 10ej lądujemy w Krościenku w tamtejszym "Przełomie". Dość wcześnie na obiad ale się decydujemy, w końcu dzisiaj zamierzamy czerwonym dotrzeć na Prehybe. Po 11ej wychodzimy z knajpki i po przekroczeniu Dunajca skręcamy za mostem w ulicę Zdrojową. Potem jeszcze skręt w prawo i w słońcu, powyżej zabudowań na ścieżce wpinamy się w wiązania. Początkowo do góry łagodnie i pewnie bo śnieg lepi się do narty dzięki czemu nie zjeżdżamy do tyłu. Na płaskim już nie jest tak wesoło, nie ma ślizgu. Zatrzymujemy się i traktujemy spody nart świeczką. Od razu lepiej. Szczęścia nie było za wiele. Znowu do góry, tym razem stromo. Zaczyna się podejście na Dzwonkówkę. Bluzgamy - tak jest zajefajnie. Obok takiej chatki w lesie mniej więcej w 2/3 podejścia (cholera - ktoś rzeczywiście miał pomysł) dochodzimy do wniosku, że osiągniecie Schroniska na Prehybie będzie trudne przed zmrokiem. Ale jeszcze się łudzimy. Na szczycie, napotkawszy znaki żółte i całkowicie nieprzetarty szlak już wiemy że porwaliśmy się na zbyt wiele. Zaczynamy wierzyć w tymbarkowe wróżby (na zakrętce z napoju otwartym obok wspomnianej chatki czarno na białym stało: "daleko jeszcze"). Kiedy żółty odchodzi w kierunku Szczawnicy, my udajemy się za jego znakami do Schroniska pod Bereśnikiem. Na przemian jadąc na nartach bądź je niosąc w rękach - gdy nachylenie nie pozwala na zjazd już po ciemku docieramy do schroniska. Tam wita nas "markotna maska marudzącego chatara". Zgrzeszyłby jednak ten kto owe "zrzędzenie" brałby na poważnie. Ot trafiliśmy do ostoi szyderców, mekki sarkazmu. Spotykamy tam ziomala Piotra, który przybył tam z grupą osób których oprowadzał po górach w ramach prowadzonej przez siebie działalności gospodarczej. Kolejny gość starający się zarobić na hobby. Kolega zaprasza na organizowane tuż przed walentynkami "I mistrzostwa w Zawodowych Zjazdach na workach ze słomą do Paryi". Cóż kibicujemy. Wieczór upływa miło - jak to w chrześcijańskim schronisku hołdującym zasadzie "spragnionych napoić" bywa. Rano ciąg dalszy przepychanki słownej z zarządzającymi schroniskiem. Wychodzimy ok. 10ej. Schodzimy do Szczawnicy i wsiadamy do busa do Jaworek. Nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego korygujemy plany i zamiast przemierzać świat od Wysokiej wybieramy opcje szlaku czerwonego na Obidze. Przebieg szlaku jakiś czas temu został zmieniony i teraz podejście w górę rozpoczyna się na początku rezerwatu Biała Woda. Teraz jest zdecydowanie korzystniej szlak i owszem robi tę samą wysokość ale... to już nie jest ta stara rynna. Teraz można się delektować ślicznymi widokami, szlak bowiem kluczy trawersując zbocze. Ten etap wyprawy narciarskiej wymaga od nas doskonalenia się w noszeniu nart do góry. Uderza też ilość śniegu przez który przebijają się zeszłoroczne trawy. Robimy popas na stokówce obok poukładanych kłód drewna. Jeszcze tylko 10 minut w górę i wpinamy się w narty. Jest super dalszą część trasy pokonujemy na nartach. Nocleg dostajemy w Chałupce. Kurcze... prosto z ganku możemy wjechać na szlak. Decydujemy się żeby zostać tam dwie noce. I to jest strzał w dziesiątkę. Posiłki i to co do posiłków konsumujemy w znajdującej się poniżej (5-10minut) bacówce. W sobotę 6ego decydujemy się na wariant słowacki trasy. Jedziemy do Litmanowej, no nie do samej miejscowości ale w okolice. Trasa w większości rozjeżdżona przez skutery śnieżne, więc trochę źle się ślizga. Nadto spod śniegu wystają miejscami i trawy i kamienie. Dojeżdżamy do grzbietu nad dolną stacją narciarską. Trawersujemy stok w lewo do drogi asfaltowej. Naszym celem jest "Pokutne Mesto". Na dróżki nie wstępujemy. Poruszamy się wgłąb doliny. Na jej końcu odpinamy narty i krótkim ale stromym podejściem wychodzimy na polany w okolicy wiaty na słomę. Wracamy na kwaterę znanymi już polanami. Znowu popas w bacówce. Rano pobudka, pakowanie i schodzimy do bacówki na śniadanie.Pogoda wyraźnie się pogorszyła. O 11.36 z dołu, z Kosarzysk mamy busa do Nowego Sącza. Po 12ej jesteśmy na dworcu PKP w Nowym Sączu i... ciekawostka, pierwszy pociąg do Tarnowa dopiero ok. 16ej. Dramat. Mamy na szczęście Trans-Freja o 13.40. Mamy 50 minut. Zasiadamy w barze typu "mordownia". Konsumujemy wątróbkę i udko (barman nie ma szans na zostanie mistrzem kuchni to pewne). Dojeżdżamy do Brzeska i od razu łapiemy busa do Tarnowa. 15.57 Aga wyjeżdża do Trzciany osobowym a my na obiad do Mimozy. Po 17ej już jesteśmy w miejscu stałego zakwaterowania.

 

bottom corner