Lotrului 2004

Muntii Lotrului - sierpień 2004. Lotru. Turysta, któremu w roku 2004 udałoby się nabyć (a z dużą dozą prawdopodobieństwa także i w 2009 roku) mapę tego pasma miałby pełne prawo zrobić sobie koszulkę z napisem "santo subbito" i żadna komisja speców nie byłaby potrzebna do tego by tą oczywistość zaklepać. Ale do rzeczy. Po przespanej w Obarsi Lotrului nocy znając tylko ogólny kierunek marszu (w zasadzie wiedzieliśmy tylko, że trzeba się pchać do góry na przeciwległy do tego z którego nadeszliśmy grzbiet) wyruszamy z duszą na ramieniu. Droga rozjeżdżona przez ciągniki widać gospodarka drzewna kwitnie. Na jednym ze zwalonych drzew był namalowany nawet ledwo widoczny znak szlaku turystycznego i to całe napotkane na początku szlaku oznaczenie drogi. Klucząc między drzewami cały czas drogą, z biegiem czasu coraz bardziej zanikającą dochodzimy do końcówki lasu. Mamy do wyboru: albo iść dalej ścieżką w lesie albo poza ścieżką polanami przedrzeć się na środek grzbietu. Wybieramy to drugie. Na grzbiecie wyraźna droga. Rozstaw kolein wskazuje, że może nawet jeździć tędy jakiś pojazd. Na razie się tym jednak nie przejmujemy. Ważne że droga zmierza we właściwym kierunku -:) Z grzbietu widać że oprócz tego na który weszliśmy z prawej strony drugi równoległy. W oddali widać też jakiś zalew.  Idziemy ścieżką. Robimy sobie jakiś popas. Nagle naszym oczom ukazują się jakieś zabudowania. Jest jakiś dom. Obok pasą się świnie. W pewnym oddaleniu od domu stoi półciężarówka. Mijając samochód zaczyna ujadać jakiś kundel. Spoko jest uwiązany na łańcuchu -:) Po przejściu jednak kilku metrów w kierunku domu zza pojazdu wypada drugi pies, zresztą jaki pies to jest jakieś takie nasrożone bydle, niemałe bydle bo sięgające do pasa. No dobrze, że mieliśmy kije trekkingowe i trzymaliśmy go na dystans. Ale ile strachu się najedliśmy to nasze. Nawiasem refleksja przyszła później, gdyby nas dopadł i zakładając nie zjadł od razu tylko tak każdemu coś tam sobie odgryzł to nie byłoby jak wezwać pomocy. Do Obarsi Lotrului - jedynego znanego nam miejsca ze 3 godziny - może trochę więcej. Na szczęście "piesiunio" odpuszcza po 200m wściekłych ataków i wraca do "siebie". Na wzniesieniu spotykamy pasterza ze stadem, jego psy zachowują się poprawnie - zresztą w porównaniu z tym tam wcześniej to jamniki -:). Pytamy po pierwsze o znany nam szczyt nad przełęczą Steflesti, po drugie czy ta chatka, koło której przechodziliśmy należy do niego. Tego drugiego i tak pewnie nie zrozumiał, ale jeśli chodzi o szczyt to wskazał w kierunku w którym idziemy. Schodzimy na przełęcz a tam naszym oczom ukazuje się drogowskaz na krzyżówce szlaków. Nie wiemy jakich bo jest zardzewiały i powykrzywiamy. Nie ważne i tak podniósł nas na duchu. Okazało się bowiem, że jednak szliśmy szlakiem. Na podejściu na szczyt o nieznanej nam nazwie spotykamy idących w przeciwnym kierunku: mężczyznę lat ok. 60 i niewiastę lat ok. 25-30. Znaczy się tatuś z córą. Żeby było jasne. Z fajną córą!. Tatuś w english ni hu hu, za to ona perfect znaczy się Łukasz, który ten język bardzo dobrze zna rozmawia swobodnie. Ja wyłapuję z tego zdecydowanie za szybkiego dla mnie potoku słów, frazę: "This my husband". Jest pewien zasób słów, które jednak warto znać. "Husband" do nich niewątpliwie się zalicza. Może uchronić od dostania po - czytający wybaczą - mordzie albo stanowić cenną wskazówkę na kogo uważać. Zależy oczywiście od sytuacji -;). W każdym bądź razie Państwo przemierzali szlak z urządzeniem GPS rejestrując swoje przejście do celów ich zimowej wycieczki na nartach! Uzyskaliśmy też informacje, że nie musimy wchodzić na sam szczyt, że lepiej go trawersować z lewej strony i że jak miniemy wzniesienie na następnej przełęczy zobaczymy tyczki starego szlaku. My dzielimy się naszą wiedzą o szlaku zwracając szczególną uwagę na okazującego specyficzną radość ze spotkania pieska. Hm, rzeczywiście na przełęczy są tyczki. Oczywiście zardzewiałe i oczywiście niektóre połamane. Trawersując kolejny szczyt naszym oczom ukazuje się przełęcz Steflesti, oddzielająca góry Lotru od gór Cindrel. Jeszcze na zejściu otacza nas (dosłownie) stado takich samych (z wyglądu) psów jaki nas zaatakował, ale te poza szczekaniem i warczeniem gdy chcemy się ruszyć nic nie robią. Niespiesznie nadciąga Pan i władca, a co ważniejsze Pan wybawiciel. Pasterz językiem migowym pokazuje, że chciałby papierosa. Krótka wymiana zdań we własnych językach i już zmierzamy do bacówki. Wymieniamy Marlboro na biały ser. Niestety nie miał chłop palinki a wyraźnie pytaliśmy -:). Wychodzimy z bacówki, te gady są obok i mają nas teraz najwyraźniej w swoich zapchlonych, brudnych, i niemytych przez pasterzy tyłkach. Rozbijamy się na przełęczy koło drogi (takiej szutrowej po której przejechał tylkom jeden crossowiec). Od strony gór Cindrel schodzi czeski turysta. Jest sam. Pyta czy może się obok rozbić. W grupie jak twierdzi bezpieczniej. Co racja to racja. Okazuje się, że realizuje projekt dokładnie odwrotny do naszego. Zmierza od gór Cindrel do Retezatu. Trochę rozmawiamy o trasie i kładziemy się spać. Rano gdy się obudzimy Czecha już nie będzie.

 

bottom corner