Cindrel 2004

Muntii Cindrel - sierpień 2004. Przełęcz Steflesti. To tu po przejściu Lotru w dniu wczorajszym zatrzymaliśmy się na nocleg. To tu zaczyna się ostatnie rumuńskie pasmo planowane do przejścia w tym roku. Na szczęście mamy – w przeciwieństwie do gór Lotru - wydrukowaną z netu mapę. No i na szczęście szlaki są znakowane (chociaż to nie jest najistotniejsze). Po śniadaniu zatem ruszamy w górę. Po 10- 5min. krzyżówka szlaków: do góry na Vf. Cindrel (najwyższy szczyt) lub w prawo trawersem w kierunku Cabany Cinaia. Wybieramy to drugie rozwiązanie. Według drogowskazu do schroniska mamy 1h. Czas zapodany nie wiadomo dla kogo. Mam to zajęło znacznie dłużej a dotychczas mieściliśmy się w podanych czasach. Początkowo fajny trawers z widokami na południową stronę na końcówkę Muntii Lotrului. No, ale wszystko co dobre czasami też i szybko się kończy. Przekleństwo na trasie nosi nazwę: kosówka. Jest miejscami wyższa od nas. Ścieżkę pod nogami przedzierając się jakoś wyczuwamy. Nie ma szans jej zobaczyć. I tak odgarniając te krzaczory w pewnej chwili stajemy "face to face" przed inną grupą rozchylającą kosówkę tyle, że w przeciwnym kierunku. No oczywiście, któż by inny: Czesi -:). To co nas połączyło z sąsiadami to napewno opinia na temat jakości szlaku (witryny google chyba nie zezwalają na tego rodzaju cytaty). Jakoś się wymijamy. Wychodzimy z kosówki i wchodzimy do normalnego lasu. Dochodzimy do schroniska Cinaia. Warto było przyjść aby ten relikt zobaczyć -:) ale ale... relikt ma piwo w puszkach. Takiej okazji się nie przepuszcza -;) Przy okazji focimy wnętrze. Pół godziny za schroniskiem wchodzimy na główny grzbiet pasma. W tej części Muntii Cindrel mają charakter połonin-ny (w okolicy Vf Cindrel mają charakter polodowcowy). Idąc sobie tak tą połoniną na wysokości między 1900 a 2000 m npm. Osiągamy Vf.  Batrina. Z polany Gaujoara widzimy mjsc. Paltinis gdzie zmierzamy na nocleg. Wydaje się być blisko, a zajmuje nam to jeszcze ok. 2h. W miejscowości okazuje się, że nie ma gdzie wymienić waluty a my nie posiadamy już tutejszych Lei -:(. Nie pozostaje nic innego jak odwołać się do sprawdzonych z czasów gdy dostęp do obcych środków pieniężnych był - przynajmniej oficjalnie - zamknięty. Namierzamy najdroższy w okolicy hotel i uderzamy do kelnera. Zgodnie z oczekiwaniami problemów nie było -:). Wracamy - meldujemy się w pensjonacie - i nie licząc zakłócania ciszy nocnej przez rumuńską kolonię, noc przesypiamy spokojnie po raz pierwszy od przeszło 10 dni w łóżku. Następnego dnia rano już siedzimy w busie do Sybina (Sybiu). Potem była jeszcze Sighisoara, knajpka na granicy rumuńsko-węgierskiej, Eger... ale to już materiał na inną - nie górską opowieść -;)

bottom corner