Munti Rodnei

Munti Rodnei (Alpy Rodniańskie). Pomysł wyjazdu do Rumunii zrodził się gdzieś tak w okolicy dużego majowego weekendu 2003 roku. Przygotowania jak to przygotowania trwały do samego końca. Ostatecznie ekipa wyjazdowa w przeważającej większości zameldowała się rano w Krakowie (poza Kasią, która wracając z Chorwacji dojechała do Debreczyna), skąd dojechaliśmy do Zakopanego i niezwłocznie wsiedliśmy do busa na Łysą Polanę (kierunek Morskie Oko). Po odprawie paszportowej, po słowackiej stronie wsiedliśmy do autobusu do Popradu. Chwila oczekiwania i mamy pociąg do Koszyc. Z Koszyc też koleją udaliśmy się do mjsc. Slovenske Nove Mesto. Zamierzaliśmy tam przekroczyć węgierko-słowacko granicą. I rzeczywiście obok stacji kolejowej, na moście nad potokiem przejście graniczne. Tyle, że tylko dla obywateli Słowacji i Węgier -:). Kurcze musimy dymać w upale 5km za wioskę do przejścia drogowego i z powrotem 5km po węgierskiej stronie do mjsc. Satoraljaujhely. Na węgierskim dworcu kolejowym jak to w tym kraju bywa wymiany zdań z tubylcami nie znają granic, jest takie zrozumienie, że ślina w gardle zasycha z nadmiaru konwersacji. Taa... babci w kasie trzeba było na mapie pokazywać gdzie jedziemy i przez jakie miejscowości. Dostajemy bilet. Na nim tylko nazwa stacji wyjazdowej i odległość. Dojeżdżamy do Nyiregyhazy. Czekamy na dworcu na pociąg do mjsc. Puspokladany. Jest już ciemno gdy wyjeżdżamy. Do Debreczyna docieramy na ok. 22ą. Ok. 23ej dojeżdża Kasia. Do 5ej rano kwitniemy na dworcu. Dworzec obskurny, na automatach do gry grają tamtejsi Romowie (na całym świecie jest tak samo trzeba uważać). Ok. 5ej ciufa do Biharkeresztes. Do granicy mamy ok. 5km. Idziemy - sama nie przyjdzie. Po drodze w wiosce sklep. Nie zamieniwszy słowa kupujemy to i tamto. Idziemy do granicy, wymijamy się w rodakami wracającymi z Rumunii. Jesteśmy na drogowym przejściu granicznym. Po przekroczeniu granicy jest dylemat: jak się dostać do Oradei. Niestety w grę wchodzi tylko taxi. Dwoma podjeżdżamy pod dworzec kolejowy. Kupujemy bilety do Cluj-Napocia (Kluż). Mamy trochę czasu więc połowa grupy wpada na moment do centrum Oradei druga koczuje w knajpce. Po połączeniu sił wspólne piwo. Co jakiś czas podchodzą "mamadaje" (żebrzące romskie dzieci nazywane tak od wymawianych w kółko słów: mama daj) skutecznie odstraszane przez miejscowych. Tam przesiadamy się na pociąg do Bukaresztu. Wysiadamy w Salvie. Jest znowu 22a. Jesteśmy dzień i drugą noc w podroży. Zasypiamy. O 4ej wsiadamy do pociągu do Sigietu Marmaroskiego. Przychodzi konduktor - jest szczęśliwy, że ktoś w tym pociągu ma bilety. Wysiadamy na stacji Dealu Stefanitei. Jest jeszcze ciemno a nam się chce spać. Drzymiemy na dworcu. Zawiadowca stacji uruchamia nam prąd w poczekalni. Śniadanie i o świcie wychodzimy w góry. Mamy jeden zamiar jak najszybciej gdzieś powyżej koło wody położyć się spać. Jakieś namiastki szlaku są, ale i tak je za chwil parę je zgubimy. "Na czuja" wchodzimy do góry byle do grzbietu. Na grzbiecie łapiemy szlak. Wchodzimy na pierwszą polanę. Jest woda. Stawiamy namioty (pierwszy nocleg po lewej). Wyciągamy karimaty i niemal od razu zasypiamy. Budzą nas przechodzące przez obozowisko owce. Kolacja i spać. Rano jest trochę niewyraźnie. Duszno, może padać. I rzeczywiście jak tylko spakowaliśmy ekwipunek zaczęło grzmieć. Deszcz złapał nas parę chwil później na grzbiecie. Poniżej chata pasterska. Postanawiamy się tam schronić. Drzwi otwiera mały pastuszek (na zdjęciu po lewej). Zachęcająco macha ręką. Wchodzimy. On częstuje nas żętycą, my rewanżujemy się malborasami. Dziewczyny odmawiają - być może dlatego, że swoją brudną łapkę razem z kubkiem zanurzył w takiej bani z żętycą po łokcie. My trzymamy fason. Wzięło się tego Nifuroxazytu full -:). Po deszczu idziemy dalej. Droga raz lasem, raz polaną ale na razie w większości między drzewami. Wychodzimy na przełęcz (Pasul Pietri). Z mapy którą posiadamy wynika, że tam powinna być droga i to chyba większa (no przynajmniej u nas na żółto takie znaczą). Jest droga i nawet możną nią przejechać - najlepiej quadem -;). Wychodzimy z przełęczy na grzbiet i... wreszcie widzimy całą rozległą połoninę gór rodniańskich. Przechodząc grzbietem mijamy wolno pasące się konie. Na nocleg zatrzymujemy się w okolicy Vf. Batrina. Nocleg trochę wymuszony burzą ale cóż nie chciało nam się już później zwijać. Mamy gościa (na zdjęciu po prawej). Ukrainiec na koniu - jak twierdzi a my mu ufamy - jest właścicielem tego stada liczącego blisko 200 koni. Ma coś czego nie mamy, a my mamy coś czego on tu w górach potrzebuje. Następuje wymiana barterowa: alkohol za papierosy. Po śniadaniu idziemy dalej w kierunku najwyższego szczytu Alp Rodniańskich Pietrosa Rodniańskiego. Rozbijamy się poniżej przełęczy o nazwie Tarnita "La Cruce". Rozbijamy się koło małego stawku. Większość atakuje szczyt, ja zostaję pilnować dobytku. Czas mija miło. Obok zwijają się Czesi. Mają, więc przypieczętujemy przyjaźń tym czymś. Po odejściu Czechów przyłączył się mały pasterz kóz - nie nie przyłączył się do tego czegoś bo już go nie było ale załapał się na czekoladkę. Z tym rozbiciem się nad stawkiem to był dobry pomysł. Ze stawu woda strono spływała kaskadami w dół. Oj każdy miał swoją prywatną wyżłobioną w skale wanienkę -:). Następnego dnia nocujemy na przełęczy (Saua) Galatului. Po raz pierwszy kiepsko z wodą, tzn. źródło jest ale niezbyt obfite. Widok na zachód słońca przesłania szczyt o tej samej nazwie co przełęcz. Gotowanie gluta, kawy, budyni i co tam jeszcze mamy i do namiotu spać. Celem dnia następnego jest Ineu - drugi co do wysokości szczyt gór Rodniańskich. Niestety, kiedy doszliśmy do przełęczy Saua du Lac zaczęło bardzo mocno wiać i zrezygnowaliśmy z pchania się granią do góry. Zeszliśmy na nocleg nad jeziorko po północnej stronie przełęczy tuż pod ścianami Ineu. W nocy trochę polało i przez cały czas wiało. Połamaliśmy maszty, gdy zaczęliśmy naciągać namiot bez odczepienia odciągów -:). Rano się wypogodziło. Z powrotem wychodzimy na Saua du Lac i rozpoczynamy odwrót z gór. Na podejściu Kasia zwichnęła czy skręciła - w każdym razie musieliśmy jej usztywnić kolano. Dziewczyny zaproponowały abyśmy szybciej zeszli do miejscowości Valea Vinului. Po drodze spotykamy dwóch sympatycznych Rumunów, ojca z synem - cecha rozpoznawcza siekiera za szlówką u pasa. Niczym Chrystus na piasku, mężczyzna narysował nam na ścieżce jak idzie nasz szlak (takie serpentyny) i proponowaną przez siebie trasę. Skrót był oczywisty, więc poszliśmy razem -:) a na miejscu zasiedliśmy w barze gdzie dopadły nas koleżanki -:) Miły Pan zaprowadził nas później do Cabany i załatwił nam nocleg. Po kąpieli poszliśmy z powrotem do tej knajpki na piwo. Ok. północy przyszedł nawet szef schroniska - zamówił kawę wypił szybko i się oddalił. Rano dowodził, że już tak ma. Cóż a my mieliśmy wrażenie że przyszedł sprawdzić czy wszystko u nas w porządku. Rano następnego dnia - no może nie tak całkiem rano dotarliśmy do miejscowości Rodna. Stamtąd koleją dojechaliśmy na nocleg do mjsc. Vatra Dornei (takiej w naszej nomenklaturze Krynicy Karpat). Piwo, wino w międzyczasie zwiedzanie miasta i poszliśmy spać. Przez Suczawę gdzie wsiedliśmy do ukraińskiego busa dotarliśmy do Czerniowiec na Ukrainie. Później był Lwów ale to już całkiem inna historia. No i Munti Rodnei daleko. 

bottom corner