Paring 2004

Muntii Paring - sierpień 2004. Penetracje głównego grzbietu rozpoczynamy od zameldowania się w mjsc. Petrosany. Dotarliśmy tam od strony Retezatu wczesnym popołudniem. Wsadziliśmy kolegę Darka - który w owym Retezacie zaniemógł - do międzynarodowego pociągu do Budapesztu i poszliśmy coś zjeść. Była pizza i browar. Cóż pizza, tak wiem na bezrybiu i rak rybą więc niespecjalnie ... ot czasami i "fast fooda" można wchłonąć. Po posiłku wynajmujemy busa i zmierzamy w kierunku Cabany Rusu. Wysiadamy koło dolnej stacji wyciągu krzesełkowego. Ponieważ leje - opad deszczu przeczekujemy pod okapem budynku dolnej stacji. Po deszczu drogą asfaltową zmierzamy z zamiarem zanocowania do schroniska. Niestety schronisko to tylko "gołe" ściany. Trwa jego przebudowa, praca mimo niesprzyjających warunków wre. Obok leżą części wyciągu orczyka, znaczy się będzie można tu poszusować na nartach. Może kiedyś. Teraz zbliża się wieczór i ważniejszym od późniejszym planów staje się potrzeba znalezienia miejsca do rozbicia namiotu. Udaje się to w ogrodzie sąsiedniej posesji. Leje w nocy. Rano po wysuszeniu tropików zwijamy się z powrotem do dolnej stacji wyciągu krzesełkowego. Wyjeżdżamy i pierwsze przewyższenie możemy dotknąć nogą. Tak nisko bowiem znajduje się krzesło wyciągu. Potem jest jeszcze ciekawiej - można przećwiczyć skoki precyzyjne... do ciężarówki. Blisko szczytu coś w rodzaju stacji pośredniej. Wyciąg jest na takiej wysokości, że oczami wyobraźni widzę możliwość jego opuszczenia, natomiast bez wsparcia którego niestety nie ma moja wyobraźnia w drugim kierunku nie działa -;) Po lewej są czynne jakieś domki - może i nawet jakaś cabana. Zresztą nieistotne i tak jedziemy do końca. Na górze wita nas rumuński pracownik wyciągu. Okazuje się że jakiś czas temu pracował w Zakopanem. Trochę pogadaliśmy po polsku. Otrzymaliśmy też cenną wskazówkę: "weźcie sobie wodę na drogę bo tam w górze nie ma źródeł". Pogoda jakaś taka niewyraźna. Przemieszczają się chmurzyska. Opuszczamy górną stację wyciągu krzesełkowego. Najbliższa okolica robi dokładnie takie samo wrażenie jak panujące warunki atmosferyczne. Jest paskudnie - totalny urbanistyczny bałagan. Wchodzimy na nasz pierwszy dwutysięcznik w Paringu (Paringul Mic), zresztą jest to pierwszy szczyt na który weszliśmy tu używając własnych nóg. Dalej grzbietem zmierzamy w kierunku najwyższego szczytu pasma. Pod szczytem Cirja (2406) łapie nas ulewa. Przeczekujemy ją kucając obok jakiegoś głazu. Dochodzimy do przełęczy przed Paringul Mare. Poniżej jest jeziorko, przy którym jeśli wierzyć mapie możemy się rozbić. Jest cholera jednak wcześnie (przed południem). Decydujemy, że idziemy dalej. Wchodzimy na Paringul Mare (2519). Wyżej już nie będziemy. Focimy. I ku(rcze) znowu burza. Tym razem siedzimy pod wierzchołkiem w jakimś zagłębieniu skalnym. Z Łukaszem trzymamy nad naszymi głowami jakiś płaski kawałek "granitu". To ochrona przed deszczem - bo chyba nie przed piorunem. Teraz i tak nikt nie dojdzie do tego co było motywacją do zrobienia sobie takiej parasolki. Wchodzimy na Gruiul i dalej dochodzimy do przełęczy przed szczytem Setea Mare. Mam rzeczywiście dość. Ponieważ chwilę niżej była jakaś sadzawka jestem zdeterminowany co do tego aby zostać tam na nocleg - chyba, że wreszcie pojawi się jakiś drogowskaz, nie wiem duszek górski w każdym razie coś co wskaże drogę do następnego pola biwakowego. Na szczęście jest. Na skale palcem malowane. Rozpoczynamy schodzenie. Próbując skrócić sobie drogę - jak to ze skrótami bywa nadkładamy drogę. W każdym bądź razie poza szlakiem wchodzimy między rozbite już namioty rumuńskich turystów. Mają jakąś balangę. Rozbijamy się na przeciwko po drugiej stronie Lacul Clicescu. Myjemy się ostrożnie nie wchodząc do wody. Są bowiem pijawki, a nam nie chce się później z nimi męczyć. Po spokojnej przespanej nocy robimy odbój w dół (w końcu Paring robimy jako część tury z zamiarem rozpoznania walką terenu do którego kiedyś tam może wrócimy). Schodzimy szlakiem wzdłuż potoku Lotru. Miła trasa. Nawet przekraczanie przez powalone drzewo zaliczamy. Dochodzimy do drogi asfaltowej. Na skrzyżowaniu jakieś zebranie "romskiego klanu". Drogą spokojnie dochodzimy do Cabany Obirsia Lotrului. Jest sobota. Tłum ludzi, jakaś grupa chorwackich motocyklistów i jedna motocyklistka. Udaje nam się dostać jedyny wolny domek kempingowy. Po ustawieniu między łóżkami naszych trzech wyprawowych plecaków, okazuje się że połowę wolnego miejsca udało się nam już zagospodarować. W knajpce obok pola biwakowego jemy smaczny posiłek i co niezmiernie istotne delektujemy się pierwszym od 3 dni piwem -:). Na około wszyscy maniacy grillowania, na campingu festyn. Występuje zespół "wszystko sam potrafię". Występ tego parafrazując "discoromo" przerywa ulewny deszcz. Po raz pierwszy się z tego powodu cieszę. Delektując się kolejnym piwem wiemy, że Paring w naszym wydaniu się właśnie skończył. Teraz nie ma już czasu na większą eksploracje - kiedyś wrócimy to napewno. Może niekoniecznie do Obarsi ale w pasmo napewno.

 

bottom corner