2013.04.28

„Oficjalne otwarcie sezonu rowerowego”. Miało być znacznie wcześniej ale że zima w końcówce dopisała to... nie ma czego żałować bo sezon dzięki temu mimo braku spektakularnych wyjazdów był naprawdę udany -;). Pierwotnie miała być sobota ale w miarę przybliżania się terminu wszystkim bardziej „leżała” niedziela. Pogoda według różnej maści przepowiadaczy nie będzie rozpieszczać. Ale „nic to baśka”, „damy radę”, „ileż to razy” etc. „Żabki” do plecaków i o 7ej wyruszam z Markiem spod mojego „mrówkowca”. Trochę kropi -:). Liczę na kawę na Dworcu Kolejowym ale... właśnie jest niedziela i Cafe Gusto otwierają dopiero od godziny ósmej. Dojechał Jacek i Bożena. Nabywamy bilety w ofercie „Ty i raz dwa trzy” do mjsc. Trzciana i uiszczamy obowiązkową opłatę za przewóz rowerów. Ładujemy się z całym majdanem do ostatniego wagonu pociągu relacji Tarnów – Rzeszów (wyjazd o godz. 7.37). No to jedziemy – a ponieważ ostatnio widzieliśmy się … generalnie dość dawno toteż dyskusja jest ożywiona. I tak sobie jedziemy, jedziemy i tak gdzieś w okolicy Sędziszowa Małopolskiego Bożenka widząc podchodzącego do lądowania w pobliskiej Jasionce Boeninga lub „innego sterowca” od serca sobie westchnęła i dokonała oceny odległości. Jest 9.18. Wysiadamy w Trzcianie gdzie czeka już Aga – która tydzień wcześniej „z dziubkiem” (cokolwiek by to nie znaczyło) rozpoznała walką teren wjazdu na gotowy już odcinek autostrady A4 w okolicy węzła Rzeszów-Zachód. Początkowo tylko Marek jedzie na rowerze a reszta swoje prowadzi i „nawija”. Musiało to kolegę mocno wzruszyć gdyż szybko nas skarcił. Czem prędzej dosiadamy – w przeważającej większości nieuszkodzonych – siodełek i dajemy. A w zasadzie daje, oj daje! Aga. W pogoń ruszył „partnerhouse”, Ja i... to by było na tyle. Reszta ma ściganie w okolicy pozostałości kości ogonowej. W mjsc. Bratkowice zjeżdżamy na drogę serwisową. Poza początkowym ok 300 metrowym odcinkiem szutru jest pokryta cywilizowaną nawierzchnią. Mamy ok. 3-4 km dojazdu do scarpy po której musimy się wdrapać na autostradę. Jedziemy więc koło tych ekranów i widzimy, że co i rusz bramki w siatce są otwarte. Za wiaduktem nad drogą do mjsc. Świlcza sprawdzam czy bramka ewakuacyjna jest otwarta. Niestety. Ale Marek wpadł na pomysł by sprawdzić wiadukt z drugiej strony. Okazało się, że z drugiej strony nie ma ekranów -:). Pokonujemy fosę i po schodkach wnosimy rowery do góry. Jesteśmy na autostradzie. Nie pada. Focimy i ruszamy. Kolejność przemieszczania się jak na początku wycieczki tzn. jest ucieczka z peletonu. Szczęście nie trwało długo. „Pogodynki” jak rzadko miały racje. W okolicy przygotowywanych stanowisk poboru opłat część załogi ubiera „żabki”. Do Dębicy bez przeciwdeszczowego okrycia dojedzie tylko Agnieszka (podobno odzież, którą ubrała szybko wysycha – podczas deszczu!!!). Deszcz to jedno zmartwienie. Drugie to wiatr. Trzecie to ekrany. Na odcinkach gdzie są po obu stronach mamy fajny korytarz powietrzny a że wieje z zachodu to jest nam zdecydowanie lżej -;). Aha i kurcze jeszcze jakiś popapraniec jeździ ciężarówką po zamkniętej dla ruchu autostradzie. Focimy przy zjeździe na Sędziszów Małopolski. Zaraz potem to g(...) co z góry leci się zintensyfikowało a tu jak na lekarstwo wiaduktu czy przejścia dla łosi. Dopiero po ok. 5km jest. Zatrzymujemy się. Trzeba - bo żeśmy się dość mocno rozciągnęli w czasie. Chwilę czekamy aż dojadą Bożenka z Markiem. „Twitter” na wstępie pyta się czy mam jakieś klucze. Mam, muszę mieć – w końcu ma się monopol na przebijanie opon w grupie. Okazuje się, że Bożena prawie 30km przejechała na zablokowanym przednim hamulcu. Podobno dopiero co się zorientowała. Niech wierzy kto chce. Ta nacja tak już ma. Dla talii osy zrobi wszystko -;). Wredni koledzy poluzowali. Odpoczywszy, posiliwszy się, pouzupełniawszy płyny oraz pozbywszy się tychże (niekoniecznie w tej kolejności) pojechaliśmy dalej. Dojeżdżamy do „budki strażnika”. Konsultacje. Okazuje się, że wprawdzie asfalt położony jest do węzła Dębica-Pustynia ale tam nie zjedziemy. Miły Pan doradza aby za 1,5km zjechać na „serwisówkę” co czynimy. Wyjechaliśmy w mjsc. Paszczyna. Cały czas w deszczu przez msjc. Brzeźnica, Pustynia dojeżdżamy do – już teraz wiemy – że miejsca docelowego czyli pizzerii Karczma Rzym. Zmienił się wystrój (naszym zdaniem na gorszy) i pojawił się tablet. Na szczęście nie wymienili pieca i obsługi. Pizza. Najlepsza w tej części świata. Jemy i uzupełniamy płyny. Aha, i zbieramy punkty. Niektórzy podwójne. Zwiał nam pociąg do Tarnowa o 15ej. Aga do siebie ma o tuż przed 16ą a my wg mojego odczytu tablicy informacyjnej o 16.09. Pojechaliśmy o 17.12. Sam nie wiem. Albo niedługo będę miał badania okresowe albo kolejarzom inaczej chodzą zegarki. W pociągu do Tarnowa analizując z Markiem trasę powrotną z Dworca Kolejowego do naszej części miasta, dochodzimy do wniosku, że nie ma sensu pchać się do centrum, że korzystniej będzie wysiąść w mjsc. Wola Rzędzińska i przez Lasek Lipie dojechać do naszych MSZ. Się rzekło, się wykonało.

bottom corner