2008.08.08-16

Pikuj. Pierwszy wyjazd na Ukrainę. Wyruszamy w piątek z Tarnowa autobusem relacji Katowice - Ustrzyki Dolne. Naszym celem w tym dniu są Ustrzyki Dolne - konkretnie Hotelik Strwiąż. Dojeżdżamy na 20tą - i tylko dlatego że spóźniony w Tarnowie przeszło 1h autobus nie zajeżdżał do Iwonicza Zdroju. Jest jednak na tyle późno, że w hotelu nie przygotowują już posiłków, można jednak napić się piwa. Rezygnujemy musimy bowiem coś zjeść. Niektórzy wyjechali prosto z pracy -:) Na kolacje udajemy się do restauracji w rynku. Jak się niedługo okaże - jest środek sezonu - a wszystko tu zamykają o 22ej (jakże inaczej z tej perspektywy wyglądają te drugie Ustrzyki - Górne). Pociąg do Chyrowa na Ukrainie mamy o 6.40 rano. Wychodzimy z hotelu gdy jeszcze nie ma personelu. Klucze do pokoju oraz do drzwi wejściowych do hoteliku zostawiamy w umówionym miejscu. Pociąg przyjeżdża punktualnie. Wewnątrz jest już sporo osób. To tzw. "mrówki" osoby żyjące z przewozu przez granicę alkoholu i papierosów. Sam pociąg robi fatalne wrażenie. Wygląda jakby go jakiś niezbyt sprawny manualnie majsterkowicz każdorazowo przed wyjazdem skręcał z przypadkowych części. Przychodzi konduktor - kasuje opłatę za przejazd (1 EURO) i niespiesznie się oddala. Dojeżdżamy do granicy. Pada komenda: Zurig alle raus. Lądujemy pokornie na peronie. Wypełniamy tą idiotyczną kartkę tzw. dokument migracyjny. Ukraiński pogranicznik doradza – po zapoznaniu się z naszymi planami górskimi aby w pozycji miejsce pobytu wpisać "Sławsko". Nic nam to nie mówi. Później na mapie sprawdzimy, że miejscowość ta jest w Beskidach Skolskich a my jedziemy w Bieszczady Wschodnie. Cóż wygląda na to, że poziom przyswajania wiedzy w różnych krajach może być czynnikiem spajającym -;) Jeszcze tylko obmacanie plecaków i jedziemy dalej. Dojeżdżamy do Chyrowa. Tam na placu przed dworcem kolejowym znajduje się dworzec autubusowy. Podjeżdżają marszrutki (taki rodzaj mikrobusów). W czasie gdy próbujemy się rozeznać w rozkładzie jazdy pisanym cyrylicą, jedna Ukrainka oferuje pomoc. Każe czekać na busa do Lwowa - mówi, że jak pojazd podjedzie to go nam wskaże. I rzeczywiście po niedługim czasie na przeciwległym skraju placu zatrzymał się autobus. Poszliśmy za kobietą, ona porozmawiała z kierowcą i już mieliśmy plecaki w bagażniku. Zatłoczoną marszrutką dojechaliśmy do Starego Sambora. Stamtąd mieliśmy pociąg do Sianek - miejscowości oddalonej o ok. 500 m od tzw. grobu hrabiny w "bieszczadzkim „worku". Póki co w Starym Samborze mamy ok 2h czasu wolnego. Oglądamy okolice dworca kolejowego z perspektywy pierwszego napotkanego na swojej drodze sklepobaru. Urzekł nas ten prosty wynalazek. W omawianym sklepobarze zamówiliśmy sobie Lvivskie z beczki oraz kwas chlebowy (także rozlewany z beczki). Do Sianek dotarliśmy przed godziną 14tą. Niestety zaczęło padać a więc plany związane z przejazdem jeszcze tego samego dnia koleją do Wołosianki Zakarpackiej spaliły na panewce. Zostaliśmy na noc w Siankach. Noclegi wykupiliśmy w znajdującej się obok dworca kolejarskiej noclegowni. W samych Siankach niewiele się dzieje. Są trzy sklepy - z których jeden przypomina sklep w naszym rozumieniu, oraz jeden bar w podziemiach budynku w którym znajduje się sklep przypominający sklep w naszym rozumieniu. W barze tym, w dniu następnym wymieniliśmy Euro. W jednym z tamtejszych sklepów kupiliśmy na obiad znakomite pierogi z mięsem i czosnkiem. Pychota -:) Do Wolosianki Zakarpackiej pojechaliśmy w dniu następnym pociągiem odjeżdżającym po godzinie 15ej. Kurs relacji Sianki - Użgorod. Trasa godna polecenia. Pociąg wije się serpentynami w górę, co raz przejeżdżając przez wydrążone tunele po to aby na końcu "zjechać z gór" do stacji Wołosianka Zakarpackaja. Z pociągu wysiada się na peronie i niemalże od razu wchodzi się do usytuowanej niemalże na peronie restauracji (wejście maksymalnie 3 metry od peronu). Zasiedliśmy tam - a co!. Miała miejsce ciekawa sytuacja. Pewna kobieta niemowa słysząc nasze rozmowy podeszła i śmiejąc się bezgłośnie wykonywała wokół szyi ruchu sugerujące podrzynanie gardła. Równocześnie wskazywała palcem na północ a więc na tereny do 1945 roku przynależne do II RP (należy pamiętać, że wówczas Wołosianka Zakarpacka leżała na terenie Czechosłowacji). Po krótkim popasie zeszliśmy do mjsc. Użok (gdzie w pobliskim sklepobarze nabyliśmy jeszcze parę tożsamych co do treści produktów). Bez szlaku, pokonując przeszkody w postaci różnego rodzaju parkanów oddzielających poszczególną własność wyszliśmy na polany nad wsią (w oddali widać było polskie bieszczady). Zbliżała się noc więc zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. Udało się na małej polance pod szczytem Stożok. Gluta robiliśmy już po ciemku. Następnego dnia w oparciu o mapę WIG (Pas 53 Słup 36 Pikuj) kontynuowaliśmy przebijanie się do głównego grzbietu Połoniny Pikuja. Udało się. Doszliśmy do przełęczy Kut - gdzie napotkaliśmy znaki wyznaczonego z Sianek szlaku na Pikuja (szlak ten inaczej niż przedwojenny czechosłowacki schodzi do miejscowości Szerbowiec nie zaś jak pierwotnie do Żdeniewa). Za znakami wyszliśmy na Kinczyk Hnylski. Popas - mieliśmy jeszcze butelkę Lvivskiegio piwa -:) Powoli co i raz oglądając się za siebie na wyraźnie widoczne polskie bieszczady poruszamy się połoniną w kierunku jeszcze odległego Pikuja. Po drodze wchodzimy na Mostek. Robimy krótki popas połączony z gotowaniem przy źródełku przed Starostyną. Wchodzimy na Starostynę, mijamy na przełęczy za szczytem dochodzącą z lewej strony drogę do Libuchory. Wchodzimy na Chresty i Rozsypaniec. Pomiędzy Rozsypańcem a Żurówką rozbijamy obóz. Znajdujące się tam źródło jest na tyle moce (płynie mały potok), że pozwala na dokładne umycie się. Gotujemy: połowa składu gluta, druga połowa "wifongi". U tych co pierwszy raz na wyprawie pojawia się poważny dylemat. Połonina jak wzrokiem się a pasuje się wypróżnić. Jak? Rano po śniadaniu przez obozowisko przechodzi stado kóz i krów. Oj jeden kozioł dokazuje a młody człowiek patrzy -:) Wyruszamy. Po kolei pokonujemy: Żurówkę, Behar, Liskownię, Ruski Put,Wielki i Ostry Wierch. Na przełęczy między Ostrym Wierchem a Przyporem (przełęcz Dziurawy Żłób) robimy przerwę na gotowanie "wifonga". Po krótkim odpoczynku wchodzimy na Przypór, Nondag i Zelemeny. Zaczynamy się rozglądać za jakimś miejscem na nocleg. Niestety poszukiwania wody nie przynoszą zadowalających efektów, toteż kontynuujemy marsz Połoniną Szerdowską. Dochodzimy do przełęczy pod Pikujem. Zostawiamy plecaki i bez obciążenia wchodzimy na szczyt. Wychodzą z nas cywilizacyjne nawyki. Każdy dzierży w dłoni telefon komórkowy i śle smsy -:). Schodzimy na dół. Ubieramy plecaki i schodzimy szlakiem w dół w poszukiwaniu miejsca na nocleg, miejsca z wodą której już wyraźnie brakuje. Męczące zejście, ciągle lasem w końcu pojawia się polana. Jesteśmy zdeterminowani aby tu zostać. W okolicy jednak "zero wody". Od strony Pikuja schodzi ukraińska rodzina, z którą minęliśmy się schodząc z Pikuja. Pytamy o źródło z wodą. Uzyskujemy informacje, że poniżej z 200 - 300m jest potok. Schodzimy po wodę i przynosimy na kolację. Nikt jednak nie ma już dzisiaj ochoty dymać na toaletę do potoku. Następnego dnia po śniadaniu (glut, wifong, resztki kiełbasy itp.) schodzimy do potoku na kąpiel. Nikogo nie widać i nie słychać więc kąpiel przebiega w "stroju adamowym" czyli jak Pan Bóg stworzył. Oj dobrze, że jeszcze niektórzy używają gwizdków. Byłby może i skandal na skalę międzynarodową. Nadchodzi ukraińska kolonia. Owinięci w ręczniki kąpielowe czekamy aż się oddalą. Schodzimy do Szerbowca. W miejscowości pod sklepobarem spotykamy znajomych z Sianek. Zakupili co mieli kupić ale zostali jeszcze na kolejkę. Oni idą na Ostrą Horę. My już wracamy do Lwowa (gdzie zabawimy trzy dni). W kolejnym sklepie w miejscowości Zbyny pozwalamy sobie na chłodne piwo i udaje nam się Panią ze sklepu namówić na przyrządzenie nam jajecznicy. Napojeni i nasyceni zmierzamy asfaltem z kierunku Żdeniewa. Z mapy WIG wygląda bowiem że będzie całkiem sporo niezłych miejsc na nocleg wzdłuż rzeki. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że mapa ma swoje lata a świat nie stoi w miejscu -:) Dochodzimy do hotelu na obrzeżach Żdeniewa. U barmana wymieniamy walutę i nabywamy schłodzonego browca. Sytuacja staje jest nieciekawa. Nie spodziewaliśmy aż tak zurbanizowanego terenu. Mamy jednak "plana": poczekać do zmroku i wyjść tuż nad miasto celem rozłożenia biwaku. Tymczasem dochodzimy do centrum Żdeniewa. Przypadkiem spotykamy Rosjanina (a w zasadzie ukraińca rosyjskiego pochodzenia) Nikołaja, taką złotą rączkę z pobliskiej szkoły. Pozwala nam się rozbić na placu za szkołą. Pokazując nam bezpieczne zejście do rzeki niszczy cieszący się złą sławą Barszcz Sosnowskiego. W dowód słowiańskiej wdzięczności zapraszamy Nikołaja do pobliskiego baru. Jest miło. Rano - wcześnie rano bo ok. 6ej meldujemy się na marszrutę do Wołowca. Z Wołowca pociągiem docieramy do Lwowa. Trzy dni później zwiedziwszy miasto wracamy do kraju.

bottom corner