Retezat 2004

Retezat - sierpień 2004. W Katowicach zaopatrzeni w bilety do granicy (do Zwardonia) ładujemy się do nocnego pociągu relacji Warszawa - Budapeszt. Do Zwardonia dojeżdżamy bez problemu, kontrola paszportowa jw. -:) Przed Cadcą nadchodzi słowacki konduktor. Chcemy nabyć bilet. Nie chce mu się wypisywać. Informuje, że pociąg na 30 minutowy postój na najbliższej stacji kolejowej. Tam spokojnie zdążymy kupić bilet do granicy węgierskiej. Dodaje aby pamiętać, że pociąg zostanie przestawiony na inny tor. Tak robimy i już pędzimy dalej. Ok. 9ej jesteśmy na granicy słowacko-węgierskiej. Tutaj się zaczęło. Nie możemy kupić biletu innego niż na pociąg międzynarodowy. Konduktorzy z każdą grupą negocjują indywidualne łapówki i dojeżdżamy do Budapesztu. Nie ma czasu na zakup biletu na stacji bo już stoi pociąg, którym dojedziemy do mjsc. Bekescsaba. Pakujemy się do przedziałów i idziemy poszukiwać konduktora. Zgłaszamy, że nie mamy biletów i że chcemy je nabyć. Nie wiem czy nas zrozumiała, chyba tak ale kurcze jazgot się zrobił. Coś tam nawija w tym swoim "ege szege" ale wypisuje. Dostajemy bilety. Coś tak dwa razy drożej od tego co powinno być. Hm, coś próbujemy ustalać ale babsko jazgocze i dodatkowo zaczyna machać łapkami. Płacimy co mamy robić (dopiero wracając 12 dni później czekając w całodobowej knajpce na granicy m mjsc. Lokoshaza od węgierskich studentów, których tak jak nas wyrzucono z pociągu z powodu braku biletów międzynarodowych dowiemy się że dostaliśmy po prostu mandat bo u nich w pociągu nie można  tak po prostu u konduktora zakupić biletów). Wysiadamy w mjsc. Bekescsaba gdzie mamy planową przesiadkę do międzynarodowego pociągu zmierzającego do Bukaresztu - przy czym najpierw planujemy nabyć bilety do granicznej Lokoshazy. Tam dopiero zakupimy bilety w komunikacji międzynarodowej do najbliższej stacji w Rumunii czyli Aradu. No, ale pierwsze kroki to kierujemy do bankomatu. Na ostatniej stacji przed granicą ledwo zdążyliśmy kupić bilety. Pociąg stał bardzo krótko ale udało się. Wysiadamy w Aradzie. Szybko ustalamy, że pociąg do Devy mamy za ok. 1,5h. Siadamy w knajpce na piwie. Odprężamy się -:) W pociągu zwykłym do Devy szukając pierwszej klasy i tamtejszego WC spotykam Jordana. Amerykańskiego żyda. Jedzie w Retezat ale nie bardzo wie jak się tam dostać. Moim kiepskim english informuję go że my też "going to Retazat" i że "my friends very goog spiking english". I tyle - dobrze że był Łukasz i Darek to sobie chłopcy pogadali -;). Sprawdzającego bilety konduktora pytamy o której z Devy mamy pociąg do Hunedoary. Okazuje się, że ten pociąg tam jedzie. Po prostu kończy bieg i jedzie w nowy kurs właśnie do Hunedoary. W pociągu temu samemu znajomemu już konduktorowi dajemy w łapę jakieś drobne za przejazd. W Hunedoarze wysiadamy trochę po 20ej. Hm musimy się dostać nad oddalone od miasta o ok.10-15km jezioro Cincis. Na camping. Pytamy taksówkarza czy zna jakiś camping nad jeziorem i czy nas tam zawiezie i za ile. Nie chce jechać 1 taksówką, proponuje również pojazd kolegi. Nie ustępujemy. W końcu ustalamy cenę i w pięć osób pakujemy się do Daci. Wygląda to tak, że cztery wyprawowe plecaki lądują w bagażniku. Bagażnik się nie domyka więc kierowca ściąga pasek i jakoś to spina. Z tyłu siedzimy w trzy osoby, trzymając na kolanach plecak Jordana. Z przodu obok dwie osoby. Jest ok. 22ej jak taksówka zatrzymuje się koło jakiegoś campingu. Wychodzimy i od razu - nie zważając na to, że obok z knajpki dochodzą dźwięki jakiejś muzyki i trwa zabawa rozbijamy się i zasypiamy. Rano w tej knajpie pijemy piwo, zakupujemy papierosy Marlboro na wymianę i gdy chcemy płacić okazuje się że tu można się rozbić za friko. Ok. 13ej niemalże spod naszego biwaku (ok. 200m od kempingu Orient) wsiadamy do autobusu i wysiadamy w Hunedoarze nieopodal zamku. Zwiedzamy zamek w dwóch grupach tzn. jedni chodzą drudzy pilnują sprzętu i zmiana. Po zwiedzaniu lądujemy jeszcze w knajpce na obiedzie i... wsiadamy do taksówki. Gość wysadza nas przed mostem za mjsc.  Nucsoara. No to jesteśmy na obrzeżach Retezatu. Na nocleg zmierzamy szlakiem niebieskim. Dochodzimy do Poiana Cirnic i bierzemy nocleg w jakiejś budzie u tamtejszego "szoszona". Ustalamy cenę. Jordan wyjmuje notes i prosi cygana o to by własnoręcznie wpisał kwotę za nocleg. I to nam zaoszczędziło wiele czasu w dniu następnym bo rom twierdził, że dostał za mało. Odpuścił dopiero gdy Jordan pokazał mu wpis w notesie i powiedział żeby wezwał Policje. Tak czy inaczej wychodzimy. Następny przystanek w Cabanie Pietrele. Przychodzi burza. Przeczekujemy ją w przy schroniskowej "restauracji". Rewelacyjna "ciorba de burta" no i piwo ale to norma. Po deszczu wychodzimy i zmierzamy do Cabany Gentana. Zostaniemy tam na nocleg. Robimy żarcie. Częstujemy Jordana ciepłym liofilizowanym żarciem (biedak żywił się marchewką i innymi jarzynami). Kąpiemy się w lodowatym potoku. Śpimy na poddaszu. Następnego dnia początkowo stopniowo potem radykalnie do góry wchodzimy na przełęcz Curnatura Bucurei. Darek zgłasza złe samopoczucie. Przytruł się czymś chyba. Na przełęczy rozdzielamy się: Ja, Jordan i Darek schodzimy nad Bucurę, natomiast Lucyna z Lukaszem robią sobie jeszcze pętelkę po szczytach wokół jeziora. Zanim przyjdą Jordana już nie będzie. Przypomni sobie, że jutro ma się spotkać z Czechami poznanymi w Pradze w Timishoarze. A szkoda tak chciałem zobaczyć go w tym jego południowoafrykańskim namiocie typu sawanna nad tą wietrzną Bucurą. A wieje rzeczywiście . Gdyby namioty nie stały za specjalnie przygotowanymi murkami z kamienia chyba by nas tam wymiotło. Cóż nocleg nad Bucurą rozpoczyna się od obłożenia namiotów kamieniami. Z Darkiem jest coraz gorzej. W nocy wymiotuje, zresztą co chwilę wymiotuje. Ogłaszamy odwrót. Schodzimy najpierw do Cabana Buta, następnie do Bordu Izvorului. Jest tam pensjon ale nie ma miejsc. Amerykańscy zielonoświątkowcy zrobili sobie tam coś w rodzaju oazy z rumuńskimi dziećmi. Po rozmowie z właścicielem dostajemy nocleg w starej nieużywanej już restauracji. Rano jemy śniadanie. Obok jacyś oficjele w ku(...), przepraszam krawatach pod szyją. Parę chwil później zabiorą nas ze skrzyżowania i zawiozą do mjsc. Uricani. Stąd busem dotrzemy do Petrosani. Wpakujemy tam Darka do międzynarodowego pociągu do Budapesztu a sami udamy się w Piring.

 

bottom corner