2013.07.27

Pstrągi w Świątkowej (tej wielkiej). Zatem wielkie żarcie w terenie. Ale żeby nie było monotonnie to oczywiście w „sekcie” ustalono, że pójdziemy sobie tam przy wykorzystaniu okolicznych szlaków turystycznych. Wyjazd z Tarnowa niezbyt wcześnie (godz. 6.50) toteż mam czas przygotować rodzinne kanapki i wpaść jeszcze po drodze na małą czarną do pobliskiego orlena. Z parominutowym opóźnieniem razem z trzema innymi uczestnikami wsiadam do busa na przystanku koło mojego parafialnego kościółka, który niestety jest także i garnizonowym kościołem Policji (co na pewno nie sprzyja częstotliwości moich tam pobytów). Bez zbędnej zwłoki – po zabraniu pozostałych uczestników wycieczki – opuszczamy „Polski Biegun Ciepła” z nadzieją, że im dalej tym będzie bardziej rześko. Póki co daje się zauważyć, że PTT kwitnie i ma się dobrze. Oprócz kilku dawno nie widzianych przyjaciół parę nowych twarzy. Kurcze i piękne jest to, że w dalszym ciągu mieścimy się w tym samym niedużym busie. W Pilznie dosiada się Artur i Zdzisław a Monia zaczyna jeść. W 1,5h jesteśmy w Nowym Żmigrodzie przy drogowskazie interesującego nas szlaku. Rozpoczynamy podejście na Grzywacką Górę. Początkowo asfaltem do przysiółka Przygóry. Od początku mamy wrażenie, że biegun ciepła się przesunął. Grupa się rozciągnęła. Każdy swoim tempem wchodzi na Grzywacką Górę. Na szczycie dodatkowo platforma widokowa. Ci co weszli na górę zauważyli na pewno, że platforma „pracuje” (czyt.: się rusza). To prawdopodobna zasługa rodzącego się właśnie huraganu, któremu odległe ludy zapewne nadadzą imię „Peter”. Po zejściu z platformy popas. Pojawia się cenna informacje. Za 30min. będzie sklep. Kasia chciałaby wiedzieć co tam będziemy kupować. Artur wyjaśnił koleżance, że nabędziemy „serek topiony i bułeczkę”. Rzeczywiście w założonym czasie osiągamy sklep. Chyba nie ma serka. Cóż niespecjalnie tym zmartwieni zamawiamy to co zawsze. Jest OK (tzn. taki beer typu lager). Fotka obok drogowskazu. Opuszczamy asfalt i polanami, sycąc się kończącymi już miejscami widokowymi dochodzimy do początku lasu. Odpoczynek. Zbieramy siły przed decydującym w dniu dzisiejszym podejściem na grzbiet Kamienia. Akurat ta część szlaku poszła nam bardzo zgrabnie. W „zasadzie z górki” dochodzimy na Przełęcz Hałbowską. Znowu popas. Tym razem wreszcie z wycieczki ma coś „Vivus”. Porwał z plecaka koleżanki jej pozostałe racje żywnościowe. Kabanos sądząc po zaciekłości obrony i czasie konsumpcji musiał być pyszny. Z lasu wychodzimy nad mjsc. Kotań. Schodząc polanami już wszyscy jesteśmy myślami na nieodległym łowisku. Bus czeka koło cerkwi. Szybko focimy to co na około ale dowiadujemy się, że pewna Pani otworzy zaraz cerkiewkę i będziemy mogli sobie to i owo i wewnątrz obejrzeć. Oznacza to też obecność na wykładzie. „Klon” oddalił się po przewodnik a Pani rozpoczęła historię swojego życia przeplataną opowieściami o obronie miejsc kultu na tym terenie ze szczególnym uwzględnieniem naszej cerkiewki i odbywających się tam ceremonii ślubnych par z całego kraju (choć głównie ze stolycy). Rzecz zaczęła się w roku 1962 i chyba poza ten rok też niespecjalnie wyszliśmy. A należy pamiętać, że 4km dalej chłodził się w tym czasie nasz browar. Jeszcze tylko Janusz coś tam o wnętrzu cerkiewki zapodał i już wylądowaliśmy w smażalni pstrąga tuż obok stoku narciarskiego „Mareszka”. Polewali dobrze schłodzone „Tyskie”, a naszym stole jakiś czas potem pojawiły się pstrągi: po tajsku (zapiekany w folii z warzywami); po bałkańsku (podobno bez ości – zdania były co do tego podzielone); na maśle czosnkowym oraz pikantny w oliwie czosnkowej. Yhm... to byłoby tyle na temat żarełka. Powrót bez specjalnych emocji. Aaaa, sorki... Inżynier usprawnił obieg powietrza wewnątrz pojazdu.

bottom corner