2013.12.27-2014.01.01

Żegiestów-Łopata Polska. Jak to w zwyczaju mamy, „pobożonarodzeniowy” czas spędzamy na tzw. łonie natury. Towarzyszy nam zazwyczaj szczytna idea zrzucenia zbędnych kilogramów. Z tą właśnie 27.12.2013 roku meldujemy się (każdy z osobna) na dwóch tarnowskich dworcach kolejowych. Spełniając wolę przyjaciela niezwłocznie po zameldowaniu się na dworcu głównym i przywitaniu z częścią już oczekujących na ten sam pociąg członków i sympatyków tarnowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego robię prawie regulaminowy „w tył zwrot” i śpiesznie oddalam się na pobliską stację benzynową „za potrzebą”. Po drodze spotykam „Klona”. Pociąg wjeżdża planowo. Dostrzegam twarz i rękę przyjaciela a po wejściu niemalże wpadam na dawno niewidzianych kolegów. Ci z worami na plecach sadowią się w jednym wagonie. Tak sobie marudząc dojeżdżamy do stacji kolejowej w mjsc. Ptaszkowa. Sekta wydala się z pociągu a my dalej. W Rytrze wysiadają Wiesiek i Filip, którzy zmierzają na Halę Łabowską (jeszcze na tym etapie jesteśmy umówieni na spotkanie na szlaku w dniu następnym). Wreszcie w Żegiestowie-Zdroju i nam przyszło wyprostować gnaty. Proponuję koledze aby nie pchać się do góry „niebieskim”, lecz oddalić się do pobliskiej Karczmy „Poprad” argumentując, że wszakże „już czas”. Argumentacja zostaje przyjęta ze zrozumieniem. Drzwi do karczmy stoją otworem. Zatem z gromkim „dzień dobry” wpadamy do środka a obsługa wita nas słowami „karczma zamknięta”. Nieco wstrząśnięci tą informacją zagajamy: „to co to piwa nam Pani nie poleje?”. Nie „no poleję!”. Czyli - drążymy temat dalej: „tzn. nic, nawet żurku nie zjemy?”. I znowu uzyskujemy odpowiedź że dostaniemy. I tak od „Annasza do Kajfasza” ustalamy, że barmanka będzie sobie spokojnie z mopem zasuwać a my będziemy sobie spokojnie konsumować. W jej trakcie pojawia się koncepcja co by to nie pchać się jednak „do góry” a zostać na miejscu – zwłaszcza, że koleżanka spędziła święta pod kołderką. Postanawiamy „pokolędować” w każdej chałupie oznaczonej agroturystycznym logo. Przyznać należy, że niespecjalnie się napracowaliśmy. Pierwszy dom i... „trafiony zatopiony”. Do 30.12.2013 roku mamy metę w „Agrochatce u Władka”. Ustalamy cenę za dzień pobytu z wyżywieniem w systemie „śniadanie + obiadokolacja”, wykonujemy telefony do dojeżdżających w terminach późniejszych (Aga, Andrzej i Adam) i pozostajemy z dylematem co zrobić z tak dopiero co świetnie rozpoczętym dniem. Pada na „Polską Łopatę”. Do zjazdu podrzuca nas właściciel zmierzający akurat w tamtym kierunku. Oczom naszym pokazuje się „Wiktor” (który będzie nam towarzyszył z różnej perspektywy do końca pobytu). W rzeczonym „Wiktorze” próbujemy się dostać do kawiarni ale obsługa twierdzi, że jest nieczynna. Zresztą obok Hotelu-SPA i Bóg jeden wie czego tam jeszcze nie parkują żadne samochody. Łopatę Polską zwiedzamy przemieszczając się zgodnie ze wskazaniami wyznaczonej po zakolu Popradu ścieżki przyrodniczej. Nie zabrałem aparatu (cholera). Pozostaje mi to coś co jest na wyposażeniu smartfona. Nie wiem dlaczego ale to coś chce mi robić ciągle ujęcie mojego „fejsa” (a ja przecież od dawna znam odpowiedź na pytanie: „zwierciadełko powiedz przecie itd.”). Za cholerę nie wiem jak to przestawić więc wypracowałem nowatorską technikę: „na tylne lusterko w samochodzie”. Na cyplu usytuowany jest Pensjonat „Zosia” - prowadzony przez naszych przyjaciół z kiedyś, tam kiedyś (jak ten czas p(...)a) z Bacówki nad Wierchomlą. Zasiadamy w rodzinnej atmosferze z brzemienną Zuzią i Arturem (info dla pewnie zdziwionych różnej maści „genderowców”: NIEBRZEMIENNYM!). Przy browarku czas płynie lekko i zaczęło się ściemniać. Czem prędzej zatem się wybieramy na obiad do przetestowanej przed południem karczmy. Dobre było, choć śmierdziało... malizną. Ponad dziesięć godzin snu do śniadania. A śniadanie na bogato. Około 10ej 28.12.2013 roku w oddalili zobaczyliśmy nadjeżdżający pojazd na rzeszowskich rejestracjach. Są. Aga z Andrzejem i nieuciążliwy, lekko trącony amstafik. „Stefka” coś tak niemrawo się wita. Wydoroślała? Przyjaciele z psiakiem pakują się do swojego pokoju. Chwilę potem wychodzimy. Plan w zasadzie jak w dniu poprzednim. Przemieszczamy się w kierunku łopaty. Tym razem aparat w smartfonie foci poprawnie. Po drodze podziwiamy odbudowywaną i budowaną przez firmę Pana Stanisława Cechini część uzdrowiskową Żegiestowa-Zdroju. Początkowo przemieszczamy się górnym deptakiem do kościółka św. Kingi, potem wyznaczoną ścieżką do Krzyża i dalej do górującej po drugiej stronie doliny, powyżej niefunkcjonującego na razie Domu Zdrojowego projektu prof. Szyszko-Bohusza (który zdaniem właściciela Pensjonatu „Irena” przyczynił się do upadku uzdrowiska – zamknął bowiem dolinę gdzie były usytuowane pozostałe pensjonaty uzdrowiska) posągu Matki Boskiej. Do drogi głównej schodzimy – uprzednio trawersując zbocze po „północnej” stronie Popradu - dopiero dolinką za budynkiem „Malutkiej”, postawionym na skarpie nad torami kolejowymi. „Stefii” biegająca bez smyczy po lesie nie jest zadowolona z ponownego zapięcia ale. Znowu koło „Wiktora” przemieszczamy się raz ścieżką ornitologiczną, raz poza nią brzegiem Popradu. Pies biega luźno płosząc co chwilę stada dzikich kaczek. „Mecenas” łapie się na żyłkę wędkarską. Potrzebna była „interwencja chirurgiczna”. Za skalpel musiał robić scyzoryk. Wpadamy do „Zośki” na browara i kawę. Oczywiście nie ma problemu z wprowadzeniem czworonożnego nieuciążliwego przecież, lekko trąconego amstafka do środka. W końcu to Pensjonat przez duże „P”. Dwie „czworonożne damy” cmoknęły się na powitanie, po czym „Stefka” została pod naszym stołem. Zasiedliśmy. Chwila dyskusji i dowiadujemy się od Artura, że jakby nam się nie spieszyło to obok w „Rydzu” mają na sylwestra miejsca. U niego niestety full. Kolega zaznaczył równocześnie, że klimacik tam taki „PRLowski” ale za to kuchnie mają bardzo dobrą. Pochwalił się także tym, że chciał zrobić kładkę przez Poprad ale inicjatywę (i to pomimo międzynarodowych uzgodnień) utrąciła mu Gmina Muszyna. Urzędasy jak to urzędasy, kładka owszem ale w Muszynie. Na szczęście kolega się nie poddaje i planuje zaskoczyć „to buractwo” w swoim stylu. Trzymamy kciuki za dmuchany. Po wyjściu zachodzimy do „Rydza” się rozeznać. Mają wolne miejsca. Nie ma problemu z psem. Ustalamy, że zjawimy się 30.12.2013 roku. Zaznaczamy, że śniadanie zjemy w Żegiestowie i że opowiadamy się także za wyżywieniem w systemie HB. Jeszcze nie mamy pojęcia o tym, że takie postawienie sprawy postawi nas dwa dni później przed poważną próbą, której ma się rozumieć sprostamy. Zadowoleni z obrotu sprawy, zahaczając po drodze (bo jakżeby inaczej) o Karczmę „Poprad”, zasiadamy u nas na kwaterze o 17ej na obiedzie. Ooo rogu obfitości!. Wieczorem dojeżdża „Klon” (ten biologiczny dla Mecenasa). Przy różnych kolorach na stole zeszło nam trochę czasu. Rankiem 29.12.2013 roku śniadanko o 8.30. Po nim asfaltem początkowo za znakami „żółtego” w kierunku cerkwi, w asyście gotowych na wszystko „czworonożnych chłopaków” dochodzimy do końca asfaltu. Obok przystanku Żegiestów-Palenica napotykamy drogowskaz szlaku rowerowego. Popas, bo w górach nie wolno się odwadniać. Dochodzimy do starej drewnianej chatki nad potokiem. Widok na Tatry. Uuu można by się o coś takiego kiedyś na emeryturze z teraz nie wiadomo już z ilu (bo Tusku coś tam w 2014 roku zamierza ukraść z mojego prywatnego konta) filarów postarać. Wchodzimy na polany przy niebieskim szlaku z Żegiestowa-Zdroju na Pustą. Widok sprawia, że zaczyna pracować wyobraźnia. Przypominamy sobie o zakupionych kiedyś płachtach biwakowych (no kto wie, kto wie ale czas może by je wreszcie przetestować). Przemieszczamy się polanami w kierunku Żegiestowa. Są jeszcze tu i ówdzie nieliczne płaty śniegu. Radości z tarzania się po śniegu „Stefki” i „Wujka Jacka” zdaje się nie być końca. Na szczycie, który na mapie Wydawnictwa Sygnatura nazwany jest dość dziwnie „Góry Milickie” świeżutka dacza z widokiem na cztery strony świata. Podchodzimy. Steffi włącza alarm. Powył, powył i przestał. Wchodzimy w las i tak już do „Zdroju Anna” będzie. Pies z rozpoznawaniem kierunków „prawo”, „lewo” radzi sobie lepiej niż niektórzy z rodaków (a znane są nam przypadki wskazywania kierunku poprzez wyrażenie „to drugie lewo”). „Niebieski” na zejściu do doliny którą zamyka główny dom zdrojowy poprowadzony jest inaczej niż kiedy byliśmy tu ostatnio. Trawersuje zbocze góry miejscami bardzo wąską półką. Dodatkową przeszkodą są liście zakrywające wystające korzenie buków. Trzeba uważać. Wchodzimy na zaniedbany plac nieużytkowanego „na dziś” domu zdrojowego. Na trawniku obelisk z napisem „Słowackiemu rodacy”. Poniżej data: „1909”. Może byłoby dobrze aby miejsce to odwiedzili zarówno „Gajowy Gamoń” jak i „Tusku”. Choć w ich przypadku na efekty zrozumienia słowa „patriotyzm” szanse są chyba niewielkie. Ale zawsze ci wszechstronnie wykształceni mężowie stanu mogliby zadać pytanie: „ty a kto to był ten Słowacki?”. Obok kościółka św. Kingi w braciach odżywają wspomnienia sprzed bez mała pół wieku. Przed oczami stają kolegom zawody saneczkowe, które tam sobie urządzali. Dalszy powrót jak dzień wcześniej tj. Karczma „Poprad” i dopiero kwatera. O żarciu już było powyżej, więc teraz krótko: „constans”. Po obiedzie zasypiamy w wyrkach. Długo będą trwały jeszcze spory o to kto pierwszy zaczął koncert. W zasadzie stosunek głosów wyprostowanych członków wyprawy w stosunku 4:1 był na niekorzyść Jacka, ale kolega upierał się że to druga strona pierwsza zaczęła wydawać odgłosy (ocenę tego zjawiska pozostawia się zatem czytającym – ci którzy „Mecenasa” znają nie powinni mieć wątpliwości w zakresie tego po czyjej stronie sporu jest racja). 30.12.2013r. po śniadaniu, rozliczamy się finansowo i opuszczamy gościnne progi „Agrochatki u Władka”. Kierujemy się na Mnisek n/Popradom. W dobrze znanym sklepie za granicą zakupy. Jesteśmy dopiero co po posiłku zatem dalej w drogę. Przerwę robimy sobie na Przełęczy Vabec. Idziemy się przewietrzyć z psem. Na początku lasu miłe zaskoczenie. Jest wyznaczony „żółty” szlak na Eliaszówkę tzw. „szlak kurierów”. Zatem wymienionym i po 10 minutach wychodzimy na rozległe polany. Widok z grzbietu m.in. na Pieniny. Widać nieczynny wyciąg narciarski w Litmanowej. Nieliczne płachty śniegu w zagłębieniach po północnej stronie stoku dają „Stefce” możliwość uprawiania sportów zimowych. Dyscyplina: zjazd na grzbiecie. Nikt nie przystąpił do rywalizacji ale niespecjalnie to psiaka zmartwiło. Kiedy śnieg się skończył pies rozpoczął polowanie na myszy i nornice. „Mała” jak przystało na nieuciążliwego, lekko trąconego amstafka nigdy takich morderczych przejawów nie wykazywała. Agnieszka skomentowała to krótko: „musiała dostać z liścia skoro ją tak wzięło”. Po półtorej godzinie wsiadamy do pojazdów. Zakupy w Starej Lubovni, w Lidlu. Powrót do Mniska. Obiad w Restauracji „Dietrich”. Jak to u południowych sąsiadów bywa na ilość i jakość potraw grzechem byłoby narzekać. Po posiłku żegnamy Adasia, który bez szkoły żyć nie może. Około godz. 15.30 jesteśmy pod „Rydzem”. Szefowa ośrodka wita nas oznajmiając, że zgodnie z umową obiadokolacja zostanie podana zgodnie z życzeniem o godz. 17ej. Tak to żeśmy się właśnie dogadali dwa dni wcześniej. Cóż było robić. Poszliśmy się przewietrzyć „ornitologiczną”, wpadliśmy z życzeniami do Zuzi i Artura (gdzie poczynione zostały bardzo wstępne uzgodnienia co do spływu po Popradzie) po czym w zasadzie daliśmy na stołówce radę (Steffi dostała raptem ¾ mielonego). W DW „Rydz” jest Wi-Fi. Nie patrząc zatem, że jeszcze dzień wcześniej obśmiewaliśmy chodzących po górach z tabletami, szybko logujemy się do sieci i serfujemy na smatrfonach. Ranek 31.12.2013 roku wita nas lekkim przymrozkiem. Śniadanie o 8.30. Zdążyliśmy się przyzwyczaić, że w okolicy w której spędzamy czas jest obfite. Kawusia po (na uwagę zasługuje podejście do zaparzania kawy kolegi Mecenasa – najpierw wrzątek potem kawa) i startujemy. Mamy plan żeby zrobić przejście wzdłuż brzegu Popradu w górę rzeki do mjsc. Ługi. I rzeczywiście namierzyliśmy ścieżkę leśną, która od razu uzyskała ksywkę „ścieżki WOPistów”. Idąc nad rzeką docieramy do miejscowości Ługi. Na przeciwległym brzegu rzeki w miejscowości Mały Lipnik widoczna słowacka knajpka na trasie spływu. Wychodzimy na drogę główną w okolicy wylotu kolejowego tunelu. Zamierzamy dotrzeć do miejscowości Andrzejówka i obejrzeć tamtejszą cerkiewkę. Niestety droga pozbawiona jest poboczy. Zatem od razu wchodzimy w las w pierwszą widoczną drogę leśną. I tak sobie do góry wchodzimy. Przed kulminacją wzniesienia wybieramy odchodzącą w lewo, trawersująca zbocze ścieżkę. Dochodzimy do skałek. Na jednej ktoś wyrył napis „Kocham Wandę”. Że się chłopu (takie założenie) chciało w takim miejscu. Musiał być koleś (znowu założenie) albo nieźle naprany albo uczynił to w akcie desperacji jako rodzaj niemego krzyku że wybrała innego. Nie można także wykluczyć tego iż koleś (ciągle to samo założenie) był/jest nieśmiały i w ten oto niecodzienny sposób poinformował przyszłego teścia (który przypadkiem jest leśniczym) o uczuciu do jego córki. Nie zaprzątamy sobie tym głowy, dalej poruszamy się w kierunku Żegiestowa-Zdroju. Zakładamy, że wyjdziemy w okolicy „Malutkiej”. W sumie ciągle ją widzimy. Nie chcąc schodzić rynną wybieramy ścieżkę z nadzieją, że trafimy na jakieś „skrzyżowanie” z inną leśną dróżką znaną nam z 28 grudnia. Nic bardziej mylnego, ścieżka doprowadza nas na kulminacje grzbietu powyżej posągu Matki Boskiej górującej nad starym domem zdrojowym. Trochę się rozpadało. Wracamy na łopatę. Za „Wiktorem” strzałka kieruje nas do Pensjonatu „Irena”. Niestety Stefka gościć tam nie może (właściciel dowodzi, że żona ma alergie na sierść – wierzymy na słowo). Andrzej zostaje na zewnątrz z pieskiem a my do środeczka. A tam grafiki starego przedwojennego Żegiestowa. Zamawiamy po browarku, kawę, szarlotkę i mix pierogów. W księdze pamiątkowej odnajdujemy wpisy ze spotkania oddziałów PPT: bielskiego, ostrowskiego i niedobitków innych z września 2013 roku. Kiedy na stole pojawiają się pierogi zmiana opiekuna psa. Ochronę przejął Jacek. Po posileniu się jeszcze krótki spacer do wlotu tunelu kolejowego i ostatnia w 2013 roku obiadokolacja. Ok. 21ej spotykamy się w pokoju u Agi i Andrzeja. Stefka dokazuje. O 23.30 zabieramy dwie butelki wina musującego „Igristoje” i wychodzimy nad Poprad. Zaczęło się. Odpaliliśmy buteleczkę a pies zaczął szaleć. Szczerze? Liczyliśmy na więcej ze strony „Wiktora”. Wpadamy do ośrodka już 15 minut po północy. Życzenia i szampan z właścicielami. Przed godziną 1ą 1 stycznia 2014 roku kładę się spać. Chwilę później czyni to samo Mecenas. Aha tym razem nie chrapie tylko chrupie (zeżarł jakieś pół kilo chipsów). Śniadanie o 9ej 1ego stycznia. Pies o poranku się gdzieś wytarzał bo śmierdzi niemiłosiernie i tą swoją radością nachalnie chce się podzielić z bliźnimi. Po śniadaniu spacer. O 10.30 wyjeżdżamy. Nie ma gdzie zjeść po drodze obiadu. Wszystko kurcze pozamykane. W „Taurusie” w Ładnej jest co prawda otwarte ale z kolei zwierzęta nie mają tam wstępu. Dramat jakiś. Andrzej rozwozi wszystkich po Tarnowie i pędzą do siebie.

 

bottom corner