2013.10.16-20

Karkonosze. Wyjeżdżamy w kierunku Krakowa ok. godz. 14ej. Na Al. Jana Pawła II ze zdziwieniem pewnym zauważamy, że droga – wbrew oficjalnemu stanowisku rajców miejskich - nie jest zablokowana przez TIRy. Swobodnie wjeżdżamy na A4 i już w deszczu zmierzamy do Krakowa. Po Jacka - nie bez komplikacji bo prowadzący nas „Krzysztof” ciągle zapodawał jakieś komendy w zakresie skrętu w prawo – docieramy w granicach godz. 16ej. Wyjazd z poprzedniej stolicy kraju chwilę trwał ale po minięciu bramek na A4 mkniemy już w kierunku Wrocławia. Na szczęście przestało padać. Obiadokolacja w restauracji na MOP koło Góry św. Anny. Stamtąd też dzwonimy do „Schroniska Samotnia” i umawiamy się na nocleg informując równocześnie, że dotrzemy ok. godz. 22ej. „Krzysztof” dał o sobie znać w okolicach Opola namolnie domagając się na każdym zjeździe skrętu w prawo. Zadośćuczyniliśmy mu dopiero przy wyraźnie oznaczonym skręcie na drogę nr 3 na Jelenią Górę. W Karpaczu jesteśmy po godz. 20ej. Zostawiamy samochód na parkingu strzeżonym koło Hotelu Mercure. Zamawiamy taxi i podjeżdżamy do Świątyni Wang. „Niebieskim” podchodzimy do Samotni, na trawersie już za Domkiem Myśliwskim drogę oświetla nam księżyc. Widzimy już światła znajdującego się powyżej „Samotni” schroniska „Strzecha Akademicka”. Dochodząc do Małego Stawu widzimy już nasz dzisiejszy obiekt docelowy. Następnego dnia będziemy już żałować, że nie poświęciliśmy chwili na wykonanie „księżycowej fotki”. Dostajemy nocleg w pokoju 3 osobowym. Wygląda na to, że na jedną noc, bowiem obsługa schroniska co do drugiego ma zastrzeżenia ale – jest późno i decyzje pozostawia sobie do dnia następnego. Niestety z uczczeniem rozpoczęcia naszej eskapady musimy poczekać do rana. Bufet już zamknięty a w „pozabufetowym” magazynku brak interesujących nas produktów. Prysznic w stosunku „dwa do jednego” na korzyść męskiej części wyprawy w zakresie wyboru kabin z ciepłą wodą. Aha... no i wychodzi na to, że mamy nadmiar ręczników. A to w związku z nowatorskim podejściem do procesu zbierania z siebie nadmiaru wody przez kolegę Jacka. Wielkie brawa!. Udało się obniżyć wagę plecaka o jakieś 8g. Jeszcze tylko przez moment słucham „koncertu” w wykonaniu kolegi mecenasa i zapadam w sen. Rankiem 17.10.2013r. budzimy się w chmurach. Z okna jadalni nie widać oddalonego o ok. 20m Małego Stawu. Jajeczniczka na kiełbasie (podawana bez chleba), herbatka imbirowa i Svetly Skalak (11stka z Pivovaru Rohozec). Po śniadaniu Jacek oddala się zapytać co z tym noclegiem. Wraca i zapowiada, że dobrze jest ale on nie wie czy to dobry pomysł, że tu śpimy. Okazało się bowiem, że możliwy byłby nocleg w pokoju z wyrwaną razem ze częścią ściany umywalką (mają niektórzy bytujący iście ułańską fantazje), w którym właśnie trwają prace remontowe. Stanęło ostatecznie, że śpimy w tym samym pokoju. Zatem „kółko” na sucho z jednym plecakiem. Wychodzimy o 9.45. 10 minut później wchodzimy do Schroniska „Strzecha Akademicka” gdzie kosztując „Książęce ciemne łagodne” zostajemy piwnymi odkrywcami. Ze strzechy za znakami szlaku żółtego kierujemy się do Białego Jaru. Przemieszczające się chmury pozwalają na zrobienie kilku ujęć dalszej perspektywy ścieżki. Dalej „zielonym”dochodzimy do górnej stacji wyciągu krzesełkowego na Kopę. Wieje, leje i w dodatku widoczność ograniczona do 20-25m.. Dochodzimy do Schroniska „Dom Śląski” (w zamierzchłych czasach stanicy WOP). O ile dwa poprzednie klimacik posiadają o tyle to robi za typową „stację przesiadkową dyliżansów”. To co wyróżnia „Dom Śląski” na tle innych schronisk to obecność męskiej babci klozetowej i pobieranie opłat niezależnie od tego czy jesteś Klientem ich restauracji czy też nie. O turystycznej klasie miejsca świadczy także zamocowana u powały dyskotekowa kula. Dramat i tylko na tym poprzestańmy. Po herbatce z rumem ewakuujemy się na Śnieżkę. Szlak czerwony prowadzący na najwyższy szczyt Karkonoszy jest zamknięty z powodu remontu. Szlaban jest wprawdzie przełamany ale informacja jest wyraźna. Wchodzimy zatem na szczyt drogą dojazdową tzw. drogą jubileuszową. Nie pada już ale w dalszym ciągu wieje i występuje chroniczny brak widoków. Wchodzimy na szczyt i od razu kierujemy się do takiego pseudo schronu po czeskiej stronie. Wiatr wieje z prędkością ok. 12m/s. Zasiadamy. Kosztujemy „Gambrinusa” i odpoczywamy. Na jednej ze ścian bardzo ważna informacja: „Varovani! Deti bez dozoru budou prodany do cirkusu!”. Schron ma jeden feler – nie ma ubikacji. Oddalamy się zatem do restauracji w naszych słynnych talerzach. Zamawiamy potrawy. Tylko łazanki z kapustą są liczone łącznie jako potrawa pozostałe trzeba składać i tak na przykład kasza gryczana (trochę ponad połowę torebki 100g) to koszt 10zł a gulasz do tego (chochelka) 13zł. Naturalnie można nabyć samą kaszę ale... Zapodawali także czeskie piwo z Trutnova o nazwie „Krkonos”. Co ciekawe także grzane wg własnej receptury tj. podgrzane samo piwo w mikrofalówce. Nie dość, że „Krkonos” to taka lura, to taka podgrzana lura to dopiero przeżycie smakowe. Zaradziliśmy temu kupując 25g soku za 7zł. Jeszcze słów parę o „przybytku”. Oczywiście niezależnie od tego czy coś tam kupiłeś czy nie płatny. Pobór opłat na stanowisku z pamiątkami. Wychodząc z WC można sobie zakupić na przykład dyplom wejścia (nie zauważyłem czy na Śnieżkę czy do przybytku). Schodzimy tą samą drogą do „Domu Śląskiego”, w tych samych warunkach pogodowych. Po drodze do „Samotni” schodzimy jeszcze do górnej części Kotła Łomniczki gdzie do kilku głazów skalnych „martwym ku pamięci, żywym ku przestrodze” przymocowano tabliczki z nazwiskami osób, które zginęły w górach lub były zasłużone dla turystyki jak chociażby do niedawna szef schroniska, w którym mieszkamy sp. Waldemar Siemaszko. W „Samotni” spotykamy jazgoczącą rodzinkę z dwoma rozwydrzonymi dzieciakami. Kolacja, Svetly Skalak i kładziemy się spać. 18.10.2013r. wita nas opadami deszczu. Ma przestać padać ok. godz. 9ej. W bufecie tłok. Poza nami, nauczycielki z Jeleniej Góry, jazgocząca rodzinka, „kobieta – niezamykające się wargi” starająca się nadrobić zaległości wynikające z ograniczeń kontraktu (kłania się dowcip o futrze za 40000zł) oraz mistrz Tai Chi (starszy gość z mieczem w dłoni). „Kobieta – niezamykające się wargi” próbowała bezskutecznie zburzyć potęgę umysłu mistrza. Wychodzimy o 10ej. Jeszcze trochę mży. Wracamy się początkowo szlakiem niebieskim do krzyżówki na Starej Polanie (gdzie do 1966 roku stało schronisko im. Bronka Czecha). Wybieramy szlak żółty i atakujemy Pielgrzymy oraz Słonecznik. Już nie pada. Jesteśmy poniżej poziomu chmur więc i widoki się pojawiły. 20 minut później dochodzimy do Pielgrzymów. Aga i Jacek uskuteczniają „wspinaczkę skalną”. Przerwa na posiłek i jakże potrzebny w tych warunkach pogodowych rozgrzewający łyk nalewki z Derenia Jadalnego. Zmierzamy dalej w kierunku Słonecznika. Trasa w znacznej części poprowadzona jest po drewnianych podestach. Nabieramy wysokości i powoli wchodzimy w chmury. Wzmaga się też wiatr. Udaje się „sfocić” Śnieżkę, która na chwile gdzieś tam na wschodzie zamajaczyła. Koło Słonecznika wieje jak „jasna cholera”. Zero widoków. Na szczęście nie pada. Tracimy nadzieję na to, że podejrzymy sobie coś z góry kotłów. I rzeczywiście z platformy widokowej obok ruin nieistniejącego schroniska ks. Henryka możemy jedynie podziwiać białe mleko nad jak się domyślamy niewyschniętym Wielkim Stawem. Idziemy dalej w kierunku kotła Małego Stawu. Początkowo pędzone wiatrem od strony „Równi pod Śnieżką” chmury zasłaniają wszystko, ale z czasem zaczynają się odsłaniać ściany kotła. Nasze oczekiwanie na więcej zostaje nagrodzone. Możemy wreszcie zobaczyć i uwiecznić na zdjęciach Samotnie i Strzechę Akademicką ze znajdującym się na pierwszym planie Małym Stawem. Szczęście trwa parę minut, po czym znowu wszystko niknie w chmurach. Ruszamy w kierunku „Lucni Boudy”. Gdzieś tam wiatr niesie w tle słowa piosenki SDM: „ruszaj się Bruno idziemy na piwo, niechybnie brakuje tam nas”. A może tylko tak się wydaje, że niesie. W każdym razie lucnia ma własny browar i na niego zmierzamy. Hm, jest 6 rodzajów. Browarek ma oryginalną nazwę Parohac. Na tzw. waflu przedstawiony jest rysunek zadowolonych z życia kopulujących jelonków. Na początek zamawiamy „tmavy special” i coś tam do jedzenia. Po posiłku próbujemy jeszcze: „svetly lezak” i „polotmavy lezak”. Napojeni i nasyceni wychodzimy zderzyć się z ponurą rzeczywistością. Oczywiście wieje. Schodzimy ścieżką w kierunku „Boudy u Bileho Labe”. Schodzimy w głąb doliny przyjemnym trawersem stanowiącym miłą odmianę od „dróg górskich” po polskiej stronie. Wrażenie robią bloki litej skały pośród traw i kosówki porastającej zbocza. Mijamy miejsce, w którym w 1994 roku zeszła lawina błotna i już jesteśmy obok Bile Labe. Chcemy sprawdzić czy można płacić w restauracji kartą ale nikt z obsługi się nami nie zainteresował toteż oddaliliśmy się – focząc po drodze Białą Łabę oraz stok narciarski na Niedźwiedziu – na przełęcz Karkonoską do „Schroniska Odrodzenie”. Nocleg nie był rezerwowany toteż obsługa proponuje nam poczekać do godz. 18ej bowiem wszystkie miejsca mają zarezerwowane ale w paru pokojach na 3 piętrze trwa jeszcze wymiana okien więc powinniśmy w którymś z tychże nocleg otrzymać. Jak się rzekło tak się też stało. Noc minęła bez specjalnych emocji. O poranku góry były nawet odsłonięte ale już podczas śniadania z powrotem schowały się w chmurach. Rozliczamy się i wychodzimy. Mecenas zapomina zabrać dowodu osobistego o czym dopiero zorientuje się po upływie paru godzin marszu. Na przełęczy Karkonoskiej w starej stanicy WOP Czesi zrobili „Hotel Depandance”. Jest chłodno, temperatura odczuwalna poniżej zera. Wieje porywisty wiatr, na trawie i skałkach szron. W okolicy „Męskich kamieni” mija nas dwóch czeskich biegaczy. Stanowimy niezły kontrast. My ubrani w „sotfshele” oni w krótkie spodenki i takież same koszulki. Trawers „Wielkiego Szyszaka” w całości pokryty szronem. Jest ślisko. Powoli pokonujemy wysokość. Czasami z prawej strony pojawia się panorama Szklarskiej Poręby. Dochodzimy do Śnieżnych Kotłów. Nic nie widać. Porywisty wiatr przetacza chmury. Na górze pracuje ekipa montująca nowe barierki (co za zajebiste warunki pracy). Udaje się jedynie sfotografować przeciwległe górne ściany kotła (dołu ze znajdującymi się tam stawkami nie widać) oraz wieże telewizyjną. Oddalamy się w kierunku „Schroniska pod Łabskim Szczytem”. Chowamy się za grzbietem i schodzimy poniżej poziomu chmur. Odsłania się Szrenica. Pogoda wyraźnie się poprawia, ale oczywiście nie mamy gwarancji że i widoczność na Śnieżnych Kotłach uległa radykalnej poprawie. Jest 12.30 kiedy meldujemy się w schronisku. W dalszym ciągu wieje mroźny wiatr. Chowamy się do środka a tam tłumy. Przeważają uczestnicy wycieczek „górniczych” oraz mieszkający w dziuplach. Herbata z sokiem, szarlotka, Skalak na trzy osoby i dokończyliśmy nalewkę. Kwadrans po 13ej wychodzimy. Idziemy zielonym w kierunku Szrenicy. Dochodzimy do Mokrej Przełęczy. Koło skałek o nazwie „Trzy Świnki” decydujemy, że nie wchodzimy na Szrenicę. Walą tam takie tłumy, że nie chcemy mieć powtórki z rozrywki pod łabskim. Dochodzimy do „Schroniska Nad Kamieńczykiem” gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Dostajemy klucze do pokoju na poddaszu. Miła Pani z obsługi zapodaje, że jak będzie nam zimno to mamy „trącić listwę”. Zostajemy także poinformowani, że po 18ej w schronisku nie ma nikogo, do kluczy mamy natomiast dołączony klucz do drzwi wejściowych do obiektu. Po rozpakowaniu się schodzimy na dół i konsumujemy dwa specjały z Browaru w Czarnkowie, piwa: Izerskie oraz Walońskie. To drugie bardziej podchodzi. Postanawiamy zwiedzić wodospad Kamieńczyka. Jest dość mocno oblegany więc wchodzimy do szałasu na kaszankę z grilla i chlebuś ze smalczykiem. Jak się przeludniło trochę, nabywamy bilety wstępu i otrzymujemy Kaski ochronne. Wyglądamy jak „Inżynierowie z Petrobudowy” z piosenki Kultu lub ekipa Karwowskiego z „40tka”. (Panie ińżinierze … pić życia rozkosz a cóż nam szkodzi). Focimy i wychodzimy. Krótki spacer i lądujemy z powrotem na kolacji w bufecie schroniska. Ustalamy sposób przekazania kluczy obsłudze. Wszak wychodzimy przed otwarciem bufetu i oddalamy się na nocleg. W pokoju się wychłodziło. W myśl zaleceń trącamy listwę i d(...). Dopiero po odsunięciu łóżka namierzamy włącznik ogrzewania. Było baaardzo gorąco. Pobudka o 6ej. Śniadanie w postaci pączka przepitego herbatką. Tuż po 7ej wychodzimy. Z przystanku „Szklarska Poręba – Jakuszyce” mamy autobus do Jeleniej Góry o godz. 8.15. Dość szybko osiągamy omawiany przystanek. Nie chce nam się czekać więc oddalamy się do centrum w poszukiwaniu innego przystanku. O 8.34 wsiadamy do autobusu i nabywamy bilet do przystanku „Jelenia Góra – skrzyżowanie”. W miejscowości Piechowice do autobusu wsiadła babcia. Coś szepnęła kierowcy i usiadła na fotelu. Kierowca jednak nie ruszył, zażądał uiszczenia opłaty twierdząc, że wyda ze 100zł resztę. Babcia podjęła jeszcze działania maskujące polegające na przeszukiwaniu torebki z równoczesnym żądaniem odjazdu kursu ale widząc stanowczą postawę kierowcy, który zamierzał odjechać dopiero po wydaniu jej biletu opuściła pojazd dowodząc, że gdzieś „posiała” portmonetkę. Kiedy autobus ruszył kierowca wyjaśnił, iż to na tej trasie stały numer polegający na zgłoszeniu że ma się cały banknot 100zł licząc, że kierowca nie będzie miał wydać 98,00zł. Po paru minutach oczekiwania na przystanku w Jeleniej Górze wsiadamy do autobusu do Karpacza. Przed godz. 10tą jesteśmy na miejscu. Poszukujemy lokalu gdzie można by było zjeść śniadanie. Wszystko czynne od 12ej. W jedynej czynnej cukierni spożywamy naleśniki z owocami oraz pijemy kawusię. Na tym materiale dojechaliśmy do Tarnowa. Obiad w Restauracji w mościckim Kasynie. Po godz. 17ej 20.10.2013r. nastąpił koniec projektu „Karkonosze 2013”.

 

bottom corner