2013.11.09-10

II Górski Marsz Niepodległości. Nie wiem jak było na pierwszym ale ten obecny wypada w Beskidzie Niskim. Jeszcze wieczorem na znowu działającym forum miłośników gór bus zaprzyjaźnionej firmy przewozowej posiadał pełne obłożenie, a uczestnicy deklarowali chęć wejścia na pokład nawet w Gromniku. Po zwyczajowym piątkowym „mitingu” budzę się w sobotę o godz. 5.30 niespecjalnie zmięty. Pakowanie i przygotowanie kanapek na drogę poszło sprawnie. Ok. godz. 6.50 zasiadam w busie Pana Janusza i ruszamy. Na naszym przystanku już mamy straty w ludziach. Nie ma Karoliny (dla rozróżnienia wzorem rzymskich kronikarzy nazwijmy ją dla potrzeb tej relacji„Starszą”). To wymusza korzystanie z telefonu komórkowego i rozpytywanie Klona pewnie zjadającego w tym czasie ostatki co zaś. W sumie ostatecznie ci co mieli jechać – łącznie z zaspaną Karoliną Starszą – jadą. Tak na sucho, coś tam do siebie szepcząc z sąsiadami podróży mijamy śpiące jeszcze Gorlice i dojeżdżamy na granicę w Koniecznej. Wielki zawód nas tam spotkał. A bo to „Potraviny” otwarte dopiero od 10ej. A poza tym jest ponuro (jak to w chmurach), ślisko i mokro. Fotka oddziałowa i czerwonym słowackim szlakiem do góry. Na grzbiecie, po ok. 10 minutach z mgły wyłaniają się kolumny zaprojektowanej przez Duszana Jurkovicia nekropoli oznaczonej Nr 46. Króciutko Janusz co nieco o cmentarzu i czasie, w którym walczące strony jeszcze okazywały sobie i poległym towarzyszom szacunek. Ruszamy dalej po błocie, liściach i mokrej trawie. Niedługo potem zaczęło się podejście na Jaworzynę Konieczniańską. No nie powiem żebym ją tak „motylkiem” szarpnął. Na szczycie fotka z flagami: narodową i oddziałową. Do klubu wczołguje się Karolina (dla rozróżnienia wzorem rzymskich kronikarzy zwana dalej „Młodszą”). Klon składając flagi rzucił w tłum pytanie: „Czy ktoś z was wziął jeszcze jakąś flażkę?” Błyskawicznie zareagowała Karolina Młodsza stwierdzając, że ona wzięła ale zostawiła w plecaku w busie. Zaiste będzie z niej pociecha na wyprawach. Trochę wieje więc schodzimy na przełęcz Regetowską gdzie w słowackiej wiacie grillowej robimy mały popas. Czas jest bardzo dobry zatem korygujemy plany postanawiając do Wysowej schodzić żółtym zamiast pierwotnie planowanym szlakiem niebieskim. Wchodzimy na Obycz. Ale cóż to za podejście. Jaworzyna to było jakieś wyzwanie a to ot takie tam wybrzuszenie. Jeszcze tylko „trzy kopy” i wiata na Przełęczy Wysowskiej. A tam interesujące wyznanie w zakresie tego kiedy i w jakiej pozycji współczesny nam gal anonim to lubi. Drogą przez mjsc. Blechnarka wchodzimy do Wysowej. Obiad w „Karczmie Dziurnówka”. Zaczyna padać. Na obsłudze jedna „dziołszeczka w stroju z galerii cepelia”. Chwilę potrwało zanim dostaliśmy tyskiego złocisza. Szybciej swoje wino dostała Bożenka czym wprawiła delikatnie rzecz ujmując w zdumienie „pierwszego dziobaka”. Pojawiają się potrawy. Na stole lądują zatem barszczyki, pierożki, schaby (pod dwoma postaciami), polędwiczki wieprzowe z kurkami. Koneserzy oraz „koleżanka, której bliżej w owym czasie było do Wersalu” zamawiają po jeszcze jednej kolejce. Wychodzimy i do sklepu marsz!. Nabywamy to przy czym zamierzamy spędzić wieczór. Nocleg mamy w Ośrodku Wypoczynkowym Osława (Cztery Pory Roku). Wybieramy pokoje. Leszek - jakże proroczo zważywszy na to co się działo w nocy - proponuje pokój na końcu korytarza tak na wprost tłumacząc „by się w nocy nie dobijać do lasek i nie robić im złudnych nadziei”. W Restauracji w Starym Domu Zdrojowym polewają zemstę grybowian po liftingu. Oddalamy się tam zatem z Karoliną Młodszą, Leszkiem i Kazikiem. W sumie na degustacji zostajemy w trójkę – ale to tylko na chwilę bo do tańca dołączają jeszcze „ciapkowie”. Na wieczerzy jest wszystko i tak prawdę pisząc „wersal” już nie ma takiego znaczenia jak jeszcze 3-4 godziny temu. Słowem tańce, hulanki, swawole i urodziny Iwony. Dosłała piękną książkę o  samo-zaspokajaniu się w górach wysokich. Leszek ustala graniczną godzinę oddalenia się do snu na 24tą. I rzeczywiście o północy czas ten zapodaje oznajmiając zarazem, że plany uległy małej korekcie. Kładę się i zasypiam. Niedzielne śniadanko o 8ej. Przyjęty wieczorem przez aklamacje plan zakłada, że jak nie będzie padać to idziemy na Laskową, w przeciwnym wypadku o 10ej jedziemy z powrotem. O 8ej nie pada. Jakoś nikt nie porusza kwestii szturmowania tego stożka. Raczej pojawiają się bynajmniej nie osamotnione głosy, że po nocnej ulewie będzie tam bardzo ślisko. Dyplomatycznie pomijamy też fakt, iż do Izb można się dostać przy wykorzystaniu szlaków zielonego i polskiego czerwonego, które skutecznie omijają to „niebezpieczne” pasmo graniczne od północnej strony. Do 10ej czas się ciągnie. Jakieś tam indywidualne konsultacje w podgrupach w pokojach. Część osób kończy to co niedokończone. Generalnie marazm. I wreszcie wsiadamy do busa. Krótki pobyt w Cerkwi w Hańczowej i dalej „go home”. Jadąc koło zbiornika Klimkówka możemy zobaczyć na własne zmęczone oczy efekt suszy jaka w tym roku dotknęła ten rejon kraju. Mijamy sobie Grybów. Pogoda się wyraźnie poprawia. Wpadamy więc do „Skamieniałego Miasta” w Ciężkowicach. Rzeczone robimy w konwencji „z góry na dół”. Zaczynamy od skałki z krzyżem i poprzez leżące cyganki, Basztę Paderewskiego, grupę borsuka, wspominając jak to miejscowe chłopstwo łupiło niemiłosiernie kompozytora, lądujemy pod Grunwaldem w barze. Zupa i kompot. Ok. 14.30 jestem w domu. Ostatni dwudniowy wyjazd sekciarski w 2013 roku został zamknięty. Gdzieś w odległych planach jeszcze pewnie nocne przejście na Górę Świętego Marcina i będzie tego na tyle.

bottom corner