2013.08.24-25

Bardejov. No i stało się. Zresztą skoro powiedziało się już A, B i C to musiałoby „żabami prać od rana” żeby wyjazdu nie było. Chłodnym sierpniowym rankiem o 7ej jak zwykle spod mrówkowca wyjeżdżam z Panem Mareczkiem w kierunku mjsc. Kłokowa – gdzie obok budynku stacji kolejowej umówiliśmy się z Jackiem. Wybór miejsca spotkania nie był przypadkowy. Do Kłokowej z obu stron miasta (wschodniej i zachodniej) jest mniej więcej taka sama odległość. Przejazd od strony Tarnowca przebiegł bez – jeśli nie liczyć incydentu z taksówką wyjeżdżającą z drogi podporządkowanej na podjeździe w mjsc. Radlna, która próbowała wymusić pierwszeństwo (taksówkarze mają taki nawyk nie rozglądania się czy coś się akurat po trasie nie przemieszcza – że poprzestanę na tym nawyku) – specjalnych emocji. O godz. 7.30 już pędzimy w kierunku mjsc. Pleśna i nie zatrzymując rozpoczynamy podjazd w kierunku na Lichwin. Podjazd długi ale z tych nieupierdliwych, dających możliwość swobodnego tj. bez szarpania łańcuchem osiągnięcia przewyższenia. W miarę nabierania wysokości pozostawiamy za sobą poranne mgły. Na górze jest już tylko słońce. Koło sklepu w Lichwinie krótki postój. Jest czas na uzupełnienie płynów. Jest także czas na zmianę okularów i dostosowanie się w tym względzie do pozostałych uczestników wycieczki. Zakładam przeciwsłoneczne i rozpoczynamy zjazd do Siedlisk k/Tuchowa. Oczywiście dość szybko znowu wpadamy w chmury co sprawia, że rozważam włączenie oświetlenia. Zamiar przeszedł mi na dole wraz z ponowną zmianą okularów. Nie było aż tak ciemno. Kolejny postój robimy koło „czarownicy”. Czekolada, foczenie i kontakt z „trzciańską ekipą”. Przyjaciele meldują, że też już są w trasie i zrobili już 40km. Kiedy dowiadują się, że to tyle samo co my ilość przejechanych kilometrów wzrasta do 50ciu. Zbieramy się. W Zborowicach nie skręcamy tak jak jest oznaczona droga na Gorlice, tylko jedziemy dalej w kierunku na Bobową. Mamy bowiem takiego „chytrego plana” na ominięcie serpentyn. Tuż przed wsią Bobowa, koło przejazdu kolejowego skręcamy w lewo i rozpoczynamy podjazd pod drugą hopkę (pierwsza była w Lichwinie) do mjsc. Siedliska. Na podjeździe mecenasowi spadł łańcuch z zębatki. Wycedził centralnie w prawo na żwirek. Dopiero leżąc bokiem wypiął się z bloków (wcześniej było bez szans). Zakładamy łańcuch i wjeżdżamy na górę. Zmierzamy drogą nr 977 na Konieczną. Przed nami „grzbietowe pofałdowania” drogi zwane przez Twittera interwałami. Zatem góra/dół, góra/dół i twitterek, który na wycieczkę wybrał się na kolarce zaczyna dostawać w kość. Dojeżdżamy do Gorlic. Robimy tam popas na rynku. Koledzy zostają na płycie a ja oddalam się na rekonesans. Zadanie: „znaleźć coś gdzie można uczciwie przekąsić”. I nie chodzi tu bynajmniej o polskie wynalazki włoskich placków. Obszedłem rynek na około i namierzyłem dwie restauracje: w budynku Urzędu Miejskiego oraz w takim hoteliku w uliczce obok rynku. Knajpka na dziedzińcu Urzędu Miejskiego czynna od godz. 12ej (a jest dopiero 11ta). Hotelik „Dark Pub” jest natomiast czynny i jak się okazuje posiada nawet ogródek letni na wewnętrznym dziedzińcu usytuowanym na skarpie. Umieszczamy rowery pod zamknięciem w korytarzu części hotelowej i zasiadamy. Uroczo to jest. W tle leci „dżezik” a w butelkach mają XXI-wieczną wersję „zemsty grybowian”. Bierzemy „Lacha” i przegryzamy kociołkiem mięsno-warzywnym. Poprawiamy „zielonym”. Wychodząc otrzymujemy propozycje obejrzenia pokoi hotelowych, z której ochoczo korzystamy (wszak nocleg w Gorlicach zawsze się może przydać jako baza wypadowa w tamtejszą część Beskidu Niskiego). Yhm, full wypasik. Wyjeżdżamy z Gorlic i zmierzamy w kierunku trzeciej (i ostatniej) hopki jaką mamy dzisiaj w planie. Nieubłaganie zbliża się Magura Małastowska. Focimy cerkiew w Ropicy Górnej i lądujemy w sklepie tuż przed początkiem zasadniczego podjazdu. Nawadniamy się. Nie zgrywając bohaterów od razu z przodu ustawiamy trzecią, najmniejsza zębatkę (ci co oczywiście taką możliwość posiadają) a z tyły możliwie dużą. I rozpoczynamy. Kurcze poszło. I cholera było lepiej niż na wcześniejszych podjazdach. Jeszcze raz sprawdziło się powiedzenie: „z dużej chmury mały deszcz”. Na Przełęczy Małastowskiej czekają już Aga z Andrzejem oraz Stefka. I właśnie ta ostatnia ma największe ADHD a przy tym jeszcze ostre pazurki. Generalnie trzeba stwierdzić, że radości psa z przyjazdu zmęczonych podjazdem kolarzy nie było końca. Inaczej, koniec był – wyznaczał go zasięg smyczy. Po złożeniu roweru Agi oddalamy się na drugą stronę przełęczy zjeżdżając w dół. Stefka wygląda na zdziwioną tak szybkim wyjazdem „zabawek”. No i się zaczęło. Wydawało się, że za magurą będzie już spoko a tu niezależnie od tego czy będziemy to nazywać „grzbietowym pofałdowaniem drogi” czy interwałami do granicy dostaliśmy konkretnie w d(...). Aha, no i jeszcze motocykliści. Mieli zlot w Zdyni i Regetowie. Ja p(...) aż uszy puchły od dźwięku tych czoperów. Na granicy koło sklepu przerwa na „Kofole”. Dowiadujemy się, że w Bardejovie odbywa się jarmark i w związku z tym może być problem z miejscami noclegowymi. Nic to, zjeżdżamy. Po ok. 300m pojawia się szuter. Naprawiają drogę – co jest akurat informacją pozytywną. Można się jedynie czepiać terminu ale. Do samego Bardejova piękny 19km zjazd po dobrym asfalcie. Dojeżdżamy do bardejovskiego Lidla. Obok turystyczna ubytovnia – miejsc brak. Jedziemy 300-400m do innego pensjonatu – miejsc brak. „Sport Hotel” – jak wyżej. W „Hotelu Bardejov” miejsce jest. 88„ojro” za czwórkę ze śniadaniem. Da się żyć. Prysznice i spadamy na rynek. A tam „662 historicky a 42 novodoby Bardejovsky Jarmok”. Kramy na kramach i mnóstwo luda. Występy artystów na scenie. Cała płyta rynku zajęta. Aga nabywa foremki do ciasta (poprawna nazwa???). Szukamy miejsca gdzie można by spożyć na siedząco grilowane specjały, przepić browarkiem i nie natknąć się na szoszońskich grajków. To ostatnie się oczywiście nie udaje. Po posiłku oddalamy się do upatrzonej pijalni Sarisia koło naszego hotelu. Smakowało. Spotkałem tam przy barze, za którym stał rodowity Czech, starszego jegomościa z Kalifornii, który po 53 latach emigracji wymuszonej przez komunistów (którzy jego rodziców jako element ideowo obcy pozbawili majątku i kazali się wynosić) wrócił na stare śmieci oraz młodego człowieka, który z kolei już w barwach Armii Słowackiej służył w Żandarmerii na Wzgórzach Golan pod polskim dowództwem. Się trochę pogadało – po naszemu bo wszyscy dobrze nawijali „in polish”. Około 23ej oddaliliśmy się do pokoju hotelowego. Sen przyszedł szybko. Śniadanie o 8ej. Bufet szwedzki. Jak dla mnie bufet oki, ale Jackowi brakuje jajecznicy. Nie kojarzę z różnych słowackich menu aby tam się coś takiego kiedykolwiek znajdowało, ale za specjalistę nie chcę uchodzić. Zazwyczaj bowiem dość szczegółowo przeglądam tylko „Napojovy listok”. Wyjeżdżamy o 9ej. Musimy kupić coś do picia na drogę. Mijamy „Tesco”. Jedziemy dalej. Focimy przed miejscowością „Tarnov” zbiorowe zdjęcie tarnowian. Za miejscowością Tarnov w akcie desperacji zajeżdżamy na stacje benzynową. Nie ma 'Kofoli”, na którą liczyliśmy. Cóż. Nabywamy cztery radlerki w różnych smakach. Trzy pochłaniamy od razu, a czwartego Marek magazynuje w plecaku. Rozpoczynamy 7km podjazd do przejścia granicznego w Muszynce (to hopka nr 4). Noga podaje więc „się jedzie”. Najgorszy jest ostatni kilometr podjazdu po wypłaszczeniu się terenu. Na tym etapie wszyscy myślą, że już jest po podjeździe a tu ta ścianka. Daliśmy radę. Postój na granicy. Czwarty radlerek i coś słodkiego. Zjeżdżamy do Tylicza i kierujemy się od razu na „krzyżowkę” (piąta hopka). Twitter ma chyba kryzys, bo marudzi na podjazdach jak stara baba. Wjeżdżamy i od razu kierujemy się drogą na Grybów (gdzie mamy umówione spotkanie z Andrzejem i „naszym psiakiem”). Baaardzo długi zjazd do Florynki. Tam objazd przez Ropę bo most w remoncie. Ale to informacja dla tych co na czterech kółkach się przemieszczają. My się przeprawiamy bez przeszkód. Po drugiej stronie remontowanego mostu przed betonowymi zaporami hamują „niepiśmienni” i czem prędzej zawracają swoje pojazdy wracając do Grybowa. W Grybowie na ul. Topolowej czeka Andrzej ze Stefką. ADHD jest „a juści” ale jakby intensywność porównując do dnia poprzedniego zmalała. No w końcu w paśmie Magury Małastowskiej pies zrobił ze 30km to dawkuje wylewność i zlewa Panią (wychodząc z założenia, że ją jeszcze w tym dniu dopadnie w przeciwieństwie do wujostwa). Aga tu kończy. Chowamy rower do pojazdu i oddalamy się na obiad. Posiłki w Restauracji „Fenix”. znakomite. Po drugiej stronie rynku mecenas dostrzega informacje o lokalnym browarze. Namawia abyśmy poświęcili trochę czasu i sprawdzili czy go tam rzeczywiście zapodają (oczywiście na przyszłość jakby co). Badamy i no jak tu się nie skusić zwłaszcza, że widok z tarasu „Cafe Maciejowski” na wiadukt kolejowy i dalsze górki zniewala. Z Grybowa wyjeżdżamy o godzinie 15.40 (po 2 godzinnej przerwie). Od razu ustawiamy pociąg i zmieniamy się co 1km. Nawet nie wiemy jak i już jesteśmy w Barze pod Grunwaldem w Ciężkowicach, przy wejściu do Rezerwatu Skamieniałe Miasto. Przerwa na: „właśnie to”. Posiedzieliśmy ze 40 minut i dalej do Tuchowa. Za Lubaszową objawia się brak cukru. Uzupełniamy go zjadając batony i czekoladę na przystanku. W Tuchowie gofry z bitą śmietaną od Kudelskiego. W mjsc. Zabłędza Jacek skręca na Piotrkowice z zamiarem przedostania się do Pleśnej. Chce ominąć podjazd do Piotrkowic pod grzyba (którego już tam dawno nie ma). Uważam, że nie jest to dobre rozwiązanie ale każdy ma prawo do własnej oceny. Ja i Marek wyjeżdżamy do góry (zaliczając tym na ostatnią planowaną hopkę podczas tej wycieczki) po czym na zjeździe skręcamy na Skrzyszów. O 19.50 byłem w domu. Licznik rowerowy zapodał 237km.

bottom corner