2014.12.20-21

Babia Góra. Zmówiliśmy się na opłatek na szczycie Królowej Gór w dniu 21 grudnia 2014 roku. Zatem dzień wcześniej po godz. 1000 wsiadam na stacji Orlen przy ulicy Lwowskiej w Tarnowie do pojazdu mecenasa, w którym już siedzi Aga. Bez zbędnej zwłoki mkniemy po Adasia do Krakowa. Wiemy, że kolega jest „świeżo” po siatkarskim opłatku toteż o mały włos nie rozpisujemy zakładów na temat dzisiejszych możliwości przyjaciela. Około południa podjeżdżamy na osiedlowy parking, na który niebawem dobiega „bardzo fajny gość”. Adaś dzieląc się z nami refleksjami na temat pomysłów MEN w zakresie matury próbnej pilnuje poprawności wyjazdu z Krakowa. W Suchej Beskidzkiej mijamy po prawej stronie Zamek Suski nazywany ze względu na podobieństwo dziedzińca „Małym Wawelem”. Za Makowem Podhalańskim  skręcamy w kierunku miejsca docelowego. Śniegu jak na lekarstwo. Przed wyjściem w góry postanawiamy – znając menu w Schronisku na Markowych Szczawinach – coś przekąsić na miejscu. Zgadzamy się co do tego, że dobrym rozwiązaniem będzie „węgierska” restauracja Czarda. Parkujemy pod ale od razu nie wchodzimy do środka. Naszą uwagę przykuwa pobliski sklep z odzieżą turystyczną a w zasadzie umieszczona informacja o rabatach. Wchodzimy i przeglądamy co i jak. W końcu każdy coś dla siebie wybiera. Kiedy przychodzi do płatności okazuje się, że zbliżeniowo to się z panią nie da (wyraźna odmowa) i że wymieniona jest zainteresowana jedynie gotówką. Cóż, nie tu to gdzie indziej. Płacimy, wychodzimy, pakujemy rzeczy do samochodu i udajemy się coś przekąsić. W naszym wydaniu stwierdzenie „coś przekąsić” nie należy brać dosłownie. Rozpoczynamy od tego co zawsze a potem się zaczęło: rosół z kury a’ujhazy, zupa fasolowa bableves, po „schaboszczaku” i na koniec naleśniki a’la hortobagy. O 14ej jesteśmy na parkingu przy początku szlaku w Zawoi – Markowe. Przepakowujemy się. W trakcie tej operacji zważywszy na fakt, iż dwóch uczestników wycieczki w okresie najbliższych 14 dni będzie obchodzić urodzi obdarowujemy się upominkami. Jest trochę śmiechu przy tym. Wychodzimy. Na początku drogą gruntową. Krótki odpoczynek połączony z upłynnianiem zapasów robimy przed podejściem na „Pośredni Bór”. Im wyżej tym wiatr daje się coraz bardziej we znaki. Do schroniska wpadamy z Adamem pierwsi. Kiedy dochodzi Jacek z Agnieszką zaczyna sypać. W schronisku odbywa się szkolenie lawinowe GOPR. Jacek z Agnieszką wchodzą i zamiast jak cywilizowany człowiek przysiąść się do przyjaciół od razu „pakują” w kierunku kursantów. Wpadają w ramiona mężczyzny. Okazuje się że to ich znajomy z rajdów środowiskowych w których uczestniczą. Poznajemy Andrzeja. Kiedy szkolenie dobiega końca Andrzej się dosiada. Pokazuje nam na laptopie zdjęcia łódki którą sobie sam „złożył”. Pełny wypas. A co za nazwa!: „Kac Gigant”. W serdecznej turystycznej atmosferze mija nam wieczór. My z Adasiem śpimy w takim studio – jak nas uprzedza koleżanka z obsługi – z „Demonem”. „Demon” raz po raz wyziera z okna kuchennego i dokonuje przeglądu okolicy. Wieść gminna niesie, że jest nienasycony. Na wszelki wypadek zamykamy się od wewnątrz. Ranek wita nas zamiecią śnieżną. Przez całą noc sypało. Rzeczywistość radykalnie w stosunku do dnia wczorajszego się zmieniła. Przy śniadaniu ustalamy, że plany pozostają niezmienne. Wchodzimy na szczyt „akademicką” i dzielimy się tam opłatkiem. Czerwone wino też pakujemy w miejscu, z którego będzie go łatwo wyciągnąć. Z wieczornych zasłyszanych rozmów wiemy, że w okolicy łańcuchów jest oblodzenie i nie było wczoraj „halo”. Nocny opad śniegu powinien nam jednak sprzyjać. Wychodzimy. Sypie. Nie jest to jednak opad ,który przeszkadza w lesie. Po kilku minutach wchodzimy na :”akademicką”. Jest dziewiczo, jeszcze nikt dzisiaj nią nie szedł. Stopniowo pchamy się do góry. Śniegu jest sporo, ale nie jest to taka pokrywa którą trzeba by „torować”. W jarzębinowym zagajniku dochodzi nas grupa kliku chłopaków. Przepuszczamy, mają szybsze tempo od naszego. Chwilę później, znajdujący się pod śniegiem lód zaczyna utrudniać podejście. Zatrzymujemy się i w zakładamy raki. Aga otrzymuje ciekawą informacje instruktarzową: „pamiętaj od teraz nogi trzymaj szerzej”. Dochodzimy do pierwszych łańcuchów. Problemów nie stwarzają. Prowadzi Adam, najlepiej zna trasę. Powoli pokonujemy kolejne żlebiki i skalne występy. Jeszcze tylko pokonujemy ostatnie klamry i wychodzimy powyżej skalnych wychodni. Teraz czuć, że wieje. Ale to jest dopiero preludium tego co spotyka nas na górze. P(…)i, jest totalna zadymka, nic nie widać na odległość większą niż 5 metrów. Wieje tak, ze pion trzymamy tylko dzięki wbitym w zmrożony śnieg zębom raków. Nie ma oczywiście mowy o otwieraniu butelki wina. Ściągam mokrą rękawiczkę (która od razu staje się sztywną skorupą) opłatki. Większość porywa nam wiatr. Tym co się ostało składamy sobie życzenia: „wesołych świąt i szybkiego s(…)nia w dół”. „Wiśta wio” łatwo powiedzieć. Kiedy tylko wychodzimy z „bezpiecznej” osłony murku Diablaka wiatrzysko zrzuca na Słowacką stronę. W przeciwległym kierunku nie da się iść. Wiatr jest tak silny, że płucach brakuje tchu. Próbujemy się jakoś tak przebijać na skos na naszą stronę. Napotykamy słupek graniczny. Bardzo nam namieszał. Przez moment zastanawiamy się czy aby nie jest on źle postawiony (nikt nie pamięta, że na Diablaku granica państwowa biegnie prawie dokładnie po południku). Napotykamy pierwszą słowacką tablicę informacyjną. Zatem jesteśmy na szlaku słowacki. To dobra informacja. Pytanie? Którym? Obstawiam, że niestety tym żółtym co schodząc oddala się od granicy. Po paru minutach mamy pewność. Napotykamy „żółte znaki”. Skoro jesteśmy na szlaku to wiemy że będziemy go w stanie odnaleźć ponownie. Zatem konfrontujemy mapę i próbujemy ponownie wejść na grzbiet, licząc na to, że namierzymy zgubiony szlak w kierunku Przełęczy Brona. No niestety, wiatr i widoczność uniemożliwiają tą operacje. Cofamy się z powrotem. Decyzja jest jedna. Musimy schodzić na Słowacje. Nie ma innej rady. Wiemy, że się oddalamy od polskiej granicy. Wiemy, że mapa którą posiadamy nie obejmuje obszarów na które wchodzimy. Wiemy, że tam na dole jest krzyżówka ze szlakiem „niebieskim” który wyprowadzi nas na polską stronę. Dokąd? Pojawia się realne pytanie? Jak my z tej Słowacji dostaniemy się do pojazdu w Zawoi Markowe? A w zasadzie kto by tu po nas przyjechał? Pada na Jarka z Zakopanego. Adam dzwoni… w pierwszej chwili Jarek chyba nie wierzy żeśmy się tak pogubili, ale stwierdza, że oki podjedzie tylko musi wiedzieć gdzie. Musi też odnaleźć mapę tych terenów. Z „googlowskiej” mapy zapodajemy nazwę: Leśniczówka Szańcowa. Napotykamy szlak niebieski. Po godzinie witamy się z przyjacielem. Jest 1530. O 17ej zasiadamy na obiedzie w „Czardzie”. Nie żałujemy sobie. Adam wysiada w Krakowie, ja w Tarnowie a Jacek odwozi jeszcze Agę pod Rzeszów. W domu był dopiero koło 23ej.

bottom corner