2014.09.06

Tatry zachodnie. Środa, 3 września 2014 roku. Na komunikatorze firmowym wyświetla się Bożenka. Zadaje pytanie, na które chyba zna odpowiedź: czy nie wybralibyśmy się z nimi w Tatry na Błyszcz. Transport mamy mieć zapewniony. Odpowiadam, że ja bardzo chętnie i że w tej właśnie chwili dzwonie do Jacka. Nie oczekiwałem od przyjaciela innej odpowiedzi. Niezwłocznie przekazuję wieść radosną koleżance i umawiamy się na ustalenie szczegółów wyjazdu bliżej soboty. W piątkowy poranek firmowy komunikator już się grzeje. Bożenka „zlogistykowała” wyjazd. Wsiadamy w Voyagera w sobotę o godz. 5:15, o 5:30 z Wierzchosławic zabiera nas Joleczka, jedziemy do Bożenki i dalej w taterki. Jak dla mnie spoko, ale jestem równolegle na telefonie z mecenasem i otrzymuję dość dziwne pytanie: Galon a jak ty się na ten autobus dostaniesz? Dla mnie sprawa prosta. Są taksówki. No właśnie i Jacek dowodzi, że: na piechotę ma do Mościć z jakieś 15 minut szybkiego marszu, też musiałby wziąć taksówkę, potem jego zdaniem te dziwne zmiany pojazdów. Zdaniem kolegi to wszystko nie ma sensu. Stanęło na tym, że kolega podjeżdża po mnie w sobotę o godz. 5:00, jedziemy po Jolkę, do Bożenki i dalej bez zmian w harmonogramie. No to zgodnie z planem zbieramy się i całą „trójcą” zmierzamy po Bożenę. Jest mgliście. Do Bożenki nie dojedziemy bo jest przebudowa drogi krajowej. Czekamy na placu budowy, w miejscu gdzie niebawem będzie rondo. Mecenas zastanawia się gdzie tu Bożena trzyma  pojazd. Ale oto i jest koleżanka. Okazuje się że mieliśmy jechać pojazdem Jolki. No to jedziemy z Jacusiem. W Dobczycach skręcamy na Kasinę Wielką i zatrzymujemy się na kawę i herbatę na Orlenie. Oglądamy równocześnie zestawy bezpieczeństwa z łatkami na wypadek gdyby coś poszło nie tak. Okolice Kasiny Wielkiej na chwilę wstrzymały tempo przejazdu (umknęło nam że dopiero co była tam niezła powódź). Do parkingu w Dolinie Chochołowskiej dojeżdżamy ok. godz. 8:30. Kupujemy bilety wstępu do TPN i od razu wypożyczamy rowery. Problem w wypożyczalni jest jeden. Trafić w sprzęt w którym uda się zejść z przedniej przerzutki na malutką zębatkę. Mnie się udało połowicznie. Schodzi na środkowe. Szybko dojeżdżamy do leśniczówki. Zdajemy rowerki i już opuszczamy tłum skręcając w lewo. Kierujemy się za znakami szlaku koloru czarnego w głąb Doliny Starorobociańskiej. Przy rozejściu się szlaków „żółtego” i „czarnego” Joleczka się w „sofcie” zagrzała. Zmiana dolnej części garderoby. Na Starobociańskiej Równi mały popas. Popychamy wiśnióweczkę. Zaczyna się podejście na Siwą Przełęcz żlebem pod Pyszną. Są jagody. Od tej chwili mecenas robi się słodko-romantyczny. Wchodzimy na przełęcz. Wtranżalamy żarełko i wiśnióweczka na lepsze trawienie. Tu podejmujemy decyzje, że nie idziemy na Błyszcz tylko zrobimy sobie kółeczko przez Starorobociański Wierch, Kończysty Wierch i Trzydniowiański „tyż” Wierch. Wchodzimy na Siwy Zwornik i bez zatrzymywania się podchodzimy na Starorobociański Wierch. W okolicy Gaborowej Przełęczy każdy foci. Panie i Panowie oto kozica!. O 13ej meldujemy się na najwyższym szczycie polskich Tatr Zachodnich. Popas. Przewijają się chmury przez co odlegle - znane przecież szczyty – wydają się jeszcze bardziej tajemnicze. Do Trzydniowiańskiego Wierchu schodzimy bez sensacji. Tam kończymy naszą wiśnióweczkę i napawamy się jedną z najpiękniejszych tatrzańskich panoram. Schodzimy do Doliny Chochołowskiej „czerwonym”. Jakieś przekleństwo. Nie jest to na pewno mój ulubiony szlak w tej części Tatr ale stanowi najkrótszą drogę do wypożyczalni rowerów. Koło leśniczówki znowu wypożyczamy rowery. Tym razem główny problem polega na tym aby wybrać taki w którym wskoczy duża tarcza z przodu. Tłum chętnych taki, że nie ma czasu na przyjrzenie się sprzętowi. Biorę pierwszy z brzegu. Trafiony zatopiony. Dziewczyny już wybrały wcześniej i nam trochę odjechały. Napieramy na pedały i lawirując między pieszymi ścigamy koleżanki. Na finiszu na Siwej Polanie przegrywam o włos pierwsze pudło z Bożenką. Obiadokolacja w Restauracji Siwy Dym w Rabce. W Tarnowie jestem przed 21ą.

 

bottom corner