2014.02.08

Pieniny na zimowo. W środę 5.02.2014r. wieczorową porą „Mecenas” zapodał, że Adam uderza w sobotę w Pieniny. Wyjeżdżają z Krakowa autobusem kursowym do Szczawnicy o 7.50. Postanawiam dołączyć gdyż propozycja ta w żaden sposób nie narusza moich niedzielnych planów. W piątek, „Mecenas” rzuca, że Adam coś marudzi o tym by się może aż tak nie spinać. No to wrzucam – tak na szelki wypadek - dodatkową bieliznę i jakieś tam polarowe spodnie. Pobudka w sobotę o 4.45. Nie marudzę w łazience. Szybko robię kanapki na drogę, dorzucam „mineralne” i izotoniki. Jest jeszcze czas na szybkie śniadanko i o 5.45 wzywam „jedynkę”. O 6ej wsiadamy do Voyagera. W Krakowie nabywamy bilety i mamy czas na kawę i herbatę w dworcowym barze. O 7.45 wsiadamy do busa, w którym już zasiedli Adam z Markiem. Ruszamy. W okolicy Borku Fałęckiego wypatrujemy białej kurteczki Sylwii. Marek informuje kierowcę, że bierzemy tą białą kurteczkę z przystanku. Gość „łapie” klimat i pyta czy w zestawie czy tylko kurteczkę. Dalsza część trasy przebiega nam na permanentnym chichotaniu się ze wszystkiego i wszystkich oraz drażnieniu języka naleweczką. Im jesteśmy bliżej, tym pogoda zaczyna odbiegać od tej którą wróżbici zapowiadali (co generalnie nie powinno dziwić). Zaczyna padać... jak to zimą tą... deszcz. Dojeżdżamy do Krościenka. Kiedy bus skręca na rynek z uwagą odwracamy głowy w lewą stronę i niestety stwierdzamy, że Joleczka miała racje:„Przełom” jest zamknięty. W tym momencie nasz świat się załamał ale jeszcze nie znaliśmy najgorszej informacji. Póki co chcemy coś zjeść i napić się browara. No i jest problem, słowem jedna wielka (...)nia. To co jest czynne to jest otwarte albo od 11ej, albo od 13ej. Dramat, dramat, dramat. W końcu wpadamy do takiego małego fast-fooda. Polewają „Tyskie”, zaś menu zawiera tak interesujące pozycje jak flaczki czy fasolka po bretońsku (tych pierwszych nie ma, ta druga zaś jest tylko jedna – porcja a nie fasola). W końcu zamawiamy zapiekanki i rozsiadamy się. Najważniejsza jest równowaga. Zamawiamy zatem drugą kolejkę. Pytamy o „Przełom”. Restauracji już nie będzie, w tym miejscu powstanie sklep z jakimiś szmatami. No to teraz już trzeba będzie sprawdzić którąś z przepowiedni końca świata by zorientować się czy likwidacja tego przybytku nie została tam ujęta jako zdarzenie informujące o nadciągającym Armagedonie. Do „naszego” punktu wchodzą jakieś laski zmierzające na Prehybę. Robi się małe zamieszanie bo Adaś imputuje „Mecenasowi” jakieś braki - nazwijmy to ogólnie - wydolnościowe. Ciekawe czy wziął poprawkę na to, że laski często ich mylą i... niech pozostanie niedopowiedziane. Przestało padać. Ale w tv rozpoczyna się transmisja biegu łączonego z Soczi z udziałem Justyny. Zostajemy. Niestety Justynka jest 6ta, ale uwaga pozostałe nasze „gwiazdy” gdzieś tam w czwartej dziesiątce (ciągle się zastanawiam po jaką cholerę zabiera się na takie imprezy takich „profesjonalistów” – nawet sponsor nie ma z tego - ze względu na brak podglądu on line odzieży pozostawionej w szafkach – pożytku). Idziemy na Trzy Korony. Przy krzyżówce z zielonym pierwsza przerwa na przeciwdziałanie niekorzystnym skutkom odwodnienia. Baletnica. Spotykamy „Jasona Crampa” z Zielonej Góry wraz z przyjaciółmi. Dalej już w zasadzie idziemy razem. Druga przerwa na przeciwdziałanie niekorzystnym skutkom odwodnienia na Przełęczy Szopka. „Jason” w międzyczasie „sprzedaje” za możliwość uczestnictwa jakieś lampki czołówki i harmonijkę ustną. Nikt jednak nie reflektuje na podobno oryginalny pas z końskiej skóry. Jeszcze tylko jedna przerwa koło wiaty – gdzie też „Jason” rozpala ognisko. Wchodzimy na Trzy Korony. Zwyczajowe foczenie ale jest coś nowego. Adam wyciągnął wodę po goleniu (???) a w każdym razie coś co taki zapach posiadało i stosownie do zapachu smakowało. Schodzimy. Zaczyna nam się spieszyć, bo robi się późno. Schodzimy przez Górę Zamkową. W miarę jak droga nam ucieka powoli zostawiamy „zielonogórców”. Już bez zbędnego zatrzymywania się schodzimy do Krościenka. Z łąk nad miejscowością dzwonię do Joleczki. Odbiera Bożenka bo koleżanka bierze prysznic – dopiero co wróciły z Białki Tatrzańskiej. Już na ulicach Krościenka oddzwania Jola. Raczej nie wyjdą na obiad ale zapraszają do siebie po naszym obiedzie. Nadjeżdża bus do Krakowa. Sylwia, Adam i Marek rezygnują z poszukiwania obiadu w Krościenku. My oddalamy się do restauracji, która rano była nieczynna. Teraz jest godzina 17ta. Mamy szczęście bo restauracja jest czynna do godz. 18ej. K(…) co za kraj. Zamawiamy obiad i wodę mineralną. W knajpce nie podają piwa!. Trochę zdziwionym klientom obsługa wyjaśnia, że jesteśmy tak naprawdę w ogólnodostępnej stołówce szkolnej. Mimo rzeczonego mankamentu żarcie było oki. Busa do Nowego Sącza mamy o 19.17. Wpadamy zatem na pokoje gościnne nad UP Krościenko nad Dunajcem, do dawno nie widzianych (ze względu na obraną drogę zawodową) koleżanek. Jesteśmy tylko częściowo kompatybilni: One czyste i pachnące, my tylko to drugie. One mają Martini, my Kasztelana. Miło się nam tak pitoli o „dupie Maryny” do 19ej. Ale czas się zbierać. Opuszczamy gościnne progi i już o 19.07 meldujemy się na przystanku. Około 19.30 zaczynamy się niepokoić i nerwowo jeszcze raz odczytujemy tablice odjazdów pojazdów. No ma być, ale nie wiadomo kto ten kurs obsługuje co w konsekwencji wpływa na to, że nie będzie się na kim wyżyć. Mamy jeszcze kurs o 21.05 do Warszawy przez Tarnów. W necie sprawdzamy, że jest to kurs relacji Szczawnica – Warszawa Zachodnia. Żeby nie być w tej dziurze gdzie tkwimy znowu niemile zaskoczonym wsiadamy do busa do Szczawnicy (wychodząc z założenia, że jakby co to tam jest szerszy wybór miejsc noclegowych). W przeciwieństwie do Krościenka w Szczawnicy lokale są czynne. Wpadamy na wątróbkę i coś do, do „Chatki”. O 20.50 podstawia się autobus. W Tarnowie jesteśmy o 23.14. Jeszcze tylko taksówka. I to już jest koniec.

 

bottom corner