2014.04.30-05.04

Majówka 2014. No i „słowo ciałem się stało”. W poniedziałek 28 kwietnia 2014 roku, w zasadzie wiemy już wszystko: kto jedzie, komu coś tam powypadało i nie da rady, wreszcie kto się zdecydował w ostatnim okresie czasu. 29 kwietnia Aga proponuje zabranie przechowywanej przeze mnie łopaty do odśnieżania w kolorze bliskim tym tak ciężko doświadczanym innowiercom (oczywiście zdaniem prześladowanej mniejszości). Noo nie, nie po to ją trzymam u siebie, by odmówić sobie niewątpliwej przyjemności przemaszerowania przez naszą dużą wioskę, z kulminacją przejścia przez wzorcowo wyremontowaną ulicą Krakowską stanowiącą bądź co bądź jakiś wzorzec troski o "Heimat" obecnych rajców pozostawiony przyszłym pokoleniom oraz dojechania transportem publicznym do Brzeska, gdzie mam umówione spotkanie z reprezentacją krakowskiego XII LO. Spotkanie wyznaczyliśmy sobie ok. godz. 13.30  w restauracji hotelu znajdującego się przy rondzie, na południowej obwodnicy miasta. No i jestem gdzieś przed pierwszą. Ale nie, nie w takim miejscu. Nie dość, że restauracja położona na piętrze, to jeszcze nie ma tam parasolek. Wsiadam zatem do busa jadącego w kierunku mjsc. Czchów i wysiadam koło Karczmy w Gosprzydowej. Są parasolki. Zamawiam sobie klasyczne Tyskie ze smażoną wątróbką (wołową). Żeby sprawa była jasna: Tyskie dostałem do szkła, a wątróbkę na talerzu. Zasiadłem i skonsumowałem. Wątróbka dała się zmęczyć i tyle jeśli chodzi o doznania – te kulinarne. Bo widokowo jest ładnie. Typowa, słoneczna majowa pogoda. Nie leje, lekki wietrzyk. Da się żyć. Nie wyjeżdżająca część naszego życzliwego narodu coś tam przepowiada o załamaniu się pogody ale z tej perspektywy przysłowiowy pies im mordę. „3 minuty młodszy” z grupą się chyba tam w grodzie Kraka uwstecznili, bo mają niezłe tyły na wjeździe. Ale w końcu dzwonią że mijają Brzesko. Chcą coś przekąsić. Nie polecam knajpki w której siedzę, bo wiem że obok Hotelu Łaziska jest Restauracja „Bar pod sosną”, gdzie można skosztować potraw które nie zmęczą podniebienia. Zatem czekam ja i moja (jeszcze) łopata na przystanku naprzeciwko karczmy. Nie wiem doprawdy co tak cieszy przyjaciół. Szybko zjeżdżamy do Czchowa i parkujemy obok restauracji. Zamawiamy - tak delikatnie. Ups, nie wszyscy. Sylwia w tym gronie robi za drwala. W tzw. „międzyczasie” dzwoni Aga. Są już w Czarnej Tarnowskiej i czym prędzej zmierzają po Twittera i Mecenasa. Aga informuje, że grupa „łódzko-warszawska” już jest na miejscu. Karolina ma do mnie telefon, nie dzwoni więc domyślam się, że chyba wszystko ok. Do schowka chowany wódeczkę – niech się chłodzi. Ruszamy. Jakiś wariat wyprzedza na podwójnej ciągłej. Mijamy „niusącz”. Dzwoni Karolina. Potwierdza, że jest dobrze. Siedzą przed budynkiem sącząc, ale wygląda na to, że doskwiera im już samotność. Informuję, że będziemy do 40 minut i że z rozpoznaniem właściwej grupy nie będą mieć problemów bo jak sądzę nikt tam się z takim rekwizytem nie pojawi. Jeszcze tylko postój w Muszynie na zakup tzw. „niezbędników” i jesteśmy pod „Zosią” (i to dosłownie). Rzeczywiście z poznaniem się nie ma problemów. Może trochę „szczurki się zmieniły”. Że tak napiszę „nabrały masy”. Szybka prezentacja wzajemna i zanim wrzucimy wory do pokojów, zwyczajem krakowskich kierowców „po karnej banieczce” na parkingu. Wszak już dzisiaj jazdy nie będzie. Dojeżdża „trzciańsko-tarnowska” ekipa. Obok grilla „słitfocia” z jubilatką. Zaczynamy smażyć. To znaczy większość już coś tam wp(…) a ja zamiast się jak pozostali pochylić, pochyliłem się nad kartką papieru z rozpisanymi pokojami, próbując spełnić życzenie zrzędzącego „3 minuty młodszego”. Ale się w końcu udało, więc mogłem się oddać do reszty konsumpcji. Z Krakowa nadciągają  jeszcze przedstawicielki komisji edukacji narodowej z – może ładnie zabrzmi – latoroślami. I rzeczywiście są w okolicy północy zaliczywszy po drodze słowacki Mnisek n/Popradem. Dziewczyny załapały się na końcóweczkę dopalającego się ścierwa i małe co nieco do. Jutro góry toteż się kładziemy spać. „Płomienne zorze budzą nas ze snu” po raz pierwszy. Śniadanko i pakujemy się do załatwionego przez Mecenasa busa. Pojazd wywozi nas pod gondolę. Na górze to co zwykle kiedy tam zazwyczaj lądujemy. Ot chwila rozkosznej błogości przed czekająca wyrypą. Idziemy do Bacówki nad Wierchomlą, ale żeby uniknąć tłoku na „standardowej” trasie przez Runek wybieramy nieco dłuższą przez Wielką Bukową. Szczyt wspomnianej osiągamy dość sprawnie. Obok budki leśników przerwa na zmniejszenie wagi plecaków. Jest pięknie i słonecznie. Schodzimy do doliny potoku Szczawnik. Krótki „popas na kłodzie” i dalej wszak do schroniska „10 minut”. Niedowiarki niebawem przekonali się, że jest drogowskaz z takim ujęciem czasowym. Jesteśmy w bacówce. Pierwsze co się narzuca, to zauważalny negatywny wpływ kolejek wybudowanych w pobliżu. Coś trzeba przekąsić więc stoimy za żurkiem. Jestem na końcu naszej grupy. Kiedy przychodzi do realizacji mojego zamówienia (sześć żurów) okazuje się, że akurat teraz się skończył i muszą pogrzać nowy. Od razu przypomniało mi się powiedzenie mojego dowódcy kompanii o miejscu, w którym pechowiec może natknąć się na żyletki. W końcu dostajemy misy z żurkiem. Ciekawie rozlane. Jedni mają sporo jajek, drudzy przewagę kiełbasek a inni tak bardziej na rzadko - bez wkładki. A zatem wymieniamy się już nie tylko alkoholem. Dostaję smsa od „mauzerów”, że 1ego nie dadzą rady przyjechać (jakieś problemy z ojcem – trzeba odwiedzić szpital). Kontrolnie wysyłam zwrotnego z zapytaniem czy to jest definitywny koniec ich przyjazdu czy też mogą dojechać później. Dostaję odpowiedź, że będą raczej 2ego. Oki. XII LO zamawia busa do Wierchomli a pozostali zmierzamy polanami w kierunku na Pustą. Stefę możemy puścić dopiero jak szlak odbija na Pustą Wielką. Na zejściu sms od Tomka, że już są na miejscu i siedzą przed pensjonatem. No to nam jeszcze ze 2h zejdzie. Kolejne - ostatnie już polany. Tym razem nad wsią Żegiestów. Na ich końcu mały popas i idiota na motorze crossowym. Już lasem schodzimy do starej pijalni i nie funkcjonującego obecnie głównego budynku uzdrowiska w Żegiestowie-Zdroju. Trawersem wchodzimy pod figurę Matki Boskiej postawionej na wzniesieniu po wschodniej stronie budynku uzdrowiska. Poza szlakiem schodzimy do okolic „malutkiej”, którą to Kasia z Tomkiem postanowili sfocić. Przed Zośką siedzą „prawdziwe szczurki”. Pełna integracja z Korolą i Jackiem, którzy powrócili z wycieczki na Słowacje ze Starej Lubovni, zaskakując wszystkich informacją o tamtejszej destylarni whiskey. Wow, nawet produkt tejże przywieźli. Obiadokolacja i grupa się dzieli. Część osób oddala się na koncert. Wieczorem - w ramach spotkań z piosenką turystyczną "Zaczaruj Dźwiękiem" - gra Leonard Luther. Nie zawiedliśmy się, w końcu to ten rodzaj artystycznej wrażliwości w której tekst ma mieć znaczenie. Kończymy utworem pt.: „Przy kominku”. Przy grillu jeszcze siedzą przyjaciele więc dołączam. Jest czas na łyk wina z Joasią. Około północy się zwijamy. Kiedy już miałem otwierać drzwi własnego pokoju, kątem oka dostrzegłem krakowskie XII LO, które wcale nie chciało się jeszcze kłaść. No to bardzo proszę. Tańce, hulanki, swawole, mamuśki i dziewiętnastki prawie do tego momentu kiedy to „poranne zorze budzą nas ze snu” po raz drugi. Drugiego w dalszym ciągu ładna pogoda – choć jakimś frontem zaczyna trącić. Plan na góry, na dzień dzisiejszy zakłada przejście niebieskiego szlaku z Powroźnika do Leluchowa z kulminacją na Kraczoniku. Ale wcześniej chcemy zobaczyć cerkiew w Powroźniku. Akurat jest otwarta. Dzieje tej świątyni opowiedział nam tamtejszy przewodnik, który niewykluczone, równolegle może być tam kościelnym. Na zakończenie dowiedziałem się o kolejnej po darmowym podręczniku do gimnazjum, „darmosze” w tym kraju. Otóż nie sprzedają biletów wstępu do świątyni. „Podjarany” tą sytuacją opuszczam cerkiew z przewodnikiem „po”, za 20zł. Czeka nas dzisiaj trasa krótsza niż dzień wcześniej, głównie lasem, pozbawiona infrastruktury wodopojowej. Sklep sieci „Groszek” jest zatem jak najbardziej pożądaną instytucją na trasie. Szybko opuszczamy polany nad Powroźnikiem i wchodzimy w las. Cały czas do góry. Przy krzyżówce z żółtym, mały popas. Opróżniamy zakupione w „Groszku” dobra. Na horyzoncie pojawiają się chmury burzowe. Może być za chwilę jazda. Przeszło na szczęście bokiem. I to raczej nie była burza, bo Sylwia która wracała do Krakowa zameldowała, że w „niusączu” biało od śniegu. A u nas proszę. Sielsko, anielsko. Z Kraczonika wchodzimy do Leluchowa. Jest presja na sklep po słowackiej stronie. Tylko, że od przejścia do sklepu jest jakieś 200 metrów. Oj nie chce się. Na samym przejściu granicznym natomiast jest „Bar u Tadka”. Taka konstelacja z początków kapitalizmu w Polsce. Coś sklecone w przyczepie, obite blachą, serwujące zapiekanki rodem z promocji w markecie Auchan, ale czuć, że idzie nowe: można wybierać między trzema rodzajami sosów. Ledwo skończyliśmy zapiekankę i napoczęliśmy Harnasia, podjechał bus. Nie powiem żebyśmy się ucieszyli. Ale co tam. Jak mus to mus. Wsiadamy. Harnasia kończę w busie. Na miejscu nie mogę namierzyć Bożeny, Jolki i Piotra, a już powinni być. Wykonuję połączenie i dowiaduję się że wyszli właśnie z tunelu kolejowego i nie bardzo wiedzą jak mają wracać. Proponujemy trzymanie się biegu rzeki. Dojdą do Zosi bez problemu. Przyjeżdża Aga, Maciek i Maks. Obiadokolacja. Po idziemy na drugi dzień festiwalu. Właśnie zaczęło lać. Zrobiło się chłodno. Można by nawet rzec, nieprzyjemnie. Gdzieś tam pod parasolami przeczekujemy dwa pierwsze zespoły, przegryzając zakupione u Franka specjały. Przed 21ą na scenę wychodzą „U studni” czyli „nowe stare dobre małżeństwo” bez Myszkowskiego. Dalej trochę pada, ale to już znaczenia nie ma. Jesteśmy trzy metry od sceny i wsłuchujemy się w zapodane teksty autorstwa Adama Ziemianina, w znakomitej aranżacji zespołu. Po powrocie na bazę ciąg dalszy tańców, hulanek, swawoli. Rano „poranne zorze budzą nas co dnia” po raz trzeci. To dzień spływu. Jest zimno, co chwile coś z góry leci. Podczas śniadania decydujemy się na odwołanie spływu. Miał być, nie będzie, kiedyś pewnie będzie ale tak czy inaczej cały ten chłód i opad deszczu to „pikuś przy Marianie”. Dwie rodziny wyjeżdżają. Towarzystwo opuszcza także zgodnie z planem krakowskie XII LO (z latoroślą oczywiście). Reszta wybiera opcje jakiegoś jednak spaceru po okolicy. Ja z Jolką, Bożenką i Piotrem udaję się na krótką 4 godzinną w założeniu przechadzkę. Zaczynamy oczywiście od czerwonego Martini i złocistego żywca w Karczmie w Żegiestowie Wsi, pół godziny po wyjściu od Zosi. Przed karczmą ciekawa sytuacja. Drzwi wejściowe zamknięte, więc postanowiliśmy, że spożyjemy coś na zewnątrz na tarasie. Tak z przyzwyczajenia szarpnąłem klamkę drugich. Kurcze sezam. Potem tak jak na poświątecznym do końca asfaltem, do „niebieskiego” schodzącego z Pustej Wielkiej i polanami do Żegiestowa Zdroju pod Kapliczkę Matki Boskiej. Po drodze postój na orzeźwiającego Somersby (w wersji jabłkowej) na ostatnim przystanku autobusowym. Deszcz dopada nas na polanach. Schodzimy robiąc sobie jeszcze jedną przerwę w lesie. Obiadokolacja. Wieczorowo-nocne rozmowy Polaków. Mały prezencik dla koleżanek o którym marzyły i „powtórka z rozrywki” czyli: tańce, hulanki, swawole. W niedzielę „poranne zorze budzą nas co dnia” po raz czwarty tyle, że już nie o poranku. Już się nie golę. Śniadanie. Na stole kartka od Karoliny i Jacka, którzy z rana do Łodzi pomknęli. Pakowanie. Pożegnanie. Definitywne rozliczanie się z Arturem i „go home”. Do następnego razu. Wracam z Bożeną, Jolką i Piotrem. Mamy plana skoczyć sobie na Cyrhle na obiadek. Wejście „drogą klasyczną”. Od zamku, bukowym lasem. Tak naprawdę dwa decydujące szarpnięcia. Na „Cyrhli” kuchnia już w nowym miejscu, ale w dalszym ciągu nienaganna. Browar, jedno, drugie danie i czas na nas. Robiąc kółko schodzimy czerwonym. To jest jednak od pewnego momentu rynna. Jest chłodno ale przestało padać. W samochodzie oczy kleją się same. W „niusączu” dziewczyny proponują lodzika. Przystajemy a co. Za Gnojnikiem korek jak na zakopiance. Omijamy znanym Bożenie skrótem przez Okocim. Niecałą godzinę później wysiadam pod Mrówkowcem. Kolejna zajefajna za.

 

bottom corner