2014.11.08-09

III Marsz Niepodległości (8-9.11.2014r). Godzina 4:45 dnia 8 listopada 2014 roku. Pora pogańska, w ustach jeszcze smak wczorajszego Cabernet Sauvignion a tu już trzeba wstawać i szykować „buły” na wypad. Dziesięć minut przed szóstą wychodząc łapię jeszcze do ręki owoc pracy rąk ludzkich i oddalam się na wyznaczone miejsce spotkania. Zasypiam bo noc była wyjątkowo krótka. Przed Jasłem koniec tego dobrego. „Pierwsza kadrowa” nikomu nie odpuszcza. Popychamy jakąś wiśnióweczkę, a zaraz potem puszczam w obieg rzeczony owoc pracy rąk ludzkich. Wisłok Wielki. Koniec marudzenia. Jest godzina 10ta, wysiadamy i bez zbędnej zwłoki „żółtym” zmykamy w kierunku jeszcze odległej Baby. Jest bardzo ciepło, kilkanaście stopni powyżej zera. A przecież mamy listopad i przez cały tydzień w TV nawijali o totalnym załamaniu pogody w weekend. Bardzo szybko zaczynamy pozbywać się odzieży. Wyraźnie to podkreślmy – wierzchniej!. Podkoszulek z krótkim rękawem to najlepsza alternatywa na dzisiaj. Godzinę przed czasem zdobywamy Kanasiówkę (Baba – 823 m npm). Poruszamy się w obrębie Jaśliskiego Parku Krajobrazowego. Czas na kanapeczki i… „świętowanie narodowego zrywu po raz pierwszy”.  Aaa… na szczycie jest jeszcze warszawianka, która nie liczyła na to, że będą ”tam waliły takie tłumy”. Po małym co nieco ruszamy w kierunku najwyższego dzisiaj szczytu tj. na Wielki Bukowiec (848 m npm). Po drodze mijamy obelisk postawiony w miejscu w którym 22 września 1944 roku pierwszy sowiecki pododdział przekroczył granice państwa słowackiego – niosąc temu narodowi oczywiście „wolność – równość – braterstwo”. Na Wielkim Bukowcu znajduje się zrekonstruowana w roku 2014 „Vojenska Pozorovacia Veża”. Część koleżeństwa postanowiła – i swego dopięła – poszczytować na samej górze. Jak już wszyscy ci którzy chcieli obejrzeli sobie okolicę, przystąpiliśmy do radosnej chwili przyjęcia w poczet członków kolejnego faceta (tym razem). Zgodnie z przyjętym zwyczajem przyjęcie w poczet członków następuje po uprzednim „wysmyraniu” kandydata kijkami. I tak właśnie w naszym gronie powitaliśmy „Snejka”, który wzruszywszy się tą całą sytuacją wyciągnął kwadratową flaszeczkę i pchnął ją w obieg. I tak zryw narodowy uczciliśmy po raz drugi ale nie ostatni. Po obaleniu flaszki przyszedł czas na oddziałową sweet focie z flażką. Schodzimy z Wielkiego Bukowca. Cały czas poruszamy się grzbietem granicznym za znakami szlaków „zielonego”, „czerwonego” i „niebieskiego” w kierunku Średniego Garbu. Na zejściu w poprzek drogi leży powalony pień drzewa. Grupa się dzieli na tych co prą do przodu i tych co ten dar od losu postanawiają wykorzystać na „świętowanie narodowego zrywu po raz trzeci” (ale nie ostatni). W miejscu gdzie szlak koloru „zielonego” odchodzi w lewo do mjsc. Dołżyca mały popas i narada jednocześnie. Jest wcześnie. Wszyscy wyrażają chęć przejścia dalej granicą na Przełęcz Beskid nad Radoszycami, zejście do tej miejscowości i dotarcie do Dołżycy przy wykorzystaniu szlaku konnego. No to dajemy dalej. Zrobiło się ładnie, w pewnym momencie buczyna z lewej strony ustąpiła miejsca sosnom. Bosko. Na przełęczy Beskid (nad Radoszycami) gdzie znajduje się granica między RP a Słowacją oraz początek szlaku wojaka Szwejka w grzejącym słoneczku zalegamy i marzymy o tym by jakoś cudownie przeniósł się tu nagle jakiś Hostinec. Przed oczyma staje nam bowiem dwucentymetrowa pianka w pół litrowym naczyniu szklanym. To chyba tu właśnie pojawił się pomysł wstąpienia po drodze – już w  Komańczy – do „Baru u Wandy” kultowego przybytku, który nigdy ilekroć tam bywaliśmy nie zawiódł naszych preferencji smakowych. Ale póki co czeka nas asfalt do Radoszyc. Schodzimy serpentynami, skracając sobie co chwilę drogę przecinając wymienioną w poprzek przez las. To dziwna droga. Co mniej więcej 500m parking a pojazdów jak na lekarstwo. Po drodze cudowne źródełko i odrestaurowana w 1999 roku kapliczka nad potokiem. Zdecydowana większość korzysta z wody życia, kosztując po symbolicznym gulu. Ta skromna oprawa nie leży jednak ani „Snejkowi” ani „Mecenasowi”. Wymienieni spontanicznie odegrali scenę chrztu w Jordanie. W Radoszycach widzimy w oddali jak czoło grupy schodzi z asfaltu w dochodzącą z lewej strony drogę gruntową. Domyślamy się że jesteśmy na tym naszym wymarzonym szlaku końskim. Po paruset metrach, kiedy droga nagle kończy się na polanie, na której dla zwierzyny wysypano buraki pastewne (cukrowe), jabłka oraz ustawiono lizawkę solną mamy mocne wrażenie, że to jednak nie jest szlak koński. Ale co tam – kierunek jest słuszny toteż postanawiamy się przedzierać dalej. Pokonujemy raz i drugi ciek wodny po czym dochodzimy do polan nad mjsc. Dołżyce. Jesteśmy na terenie na którym występuje wypas bydła. Co chwilę ktoś wpada w krowi placek. Na przewyższeniu wolno biega sobie stadko koni, dalej spokojnie egzystują przeżuwacze. Z lewej strony pola okazuje nam zainteresowanie mały byk. Przynajmniej połowa osób jest poubierana w kolor czerwony toteż wyobraźnia zaczyna pracować. Lechu podejmuje wyzwanie torreadora i staje oko w oko z byczkiem. No prawie oko w oko. Byk jednak zlewa kolegę i pozostałych przechodzących. W dolnej części łąki wywalony jest obornik. Qrna. Jeszcze tylko przechodzimy przez prywatne gospodarstwo i jesteśmy na drodze. Spod kościoła w Dołżycy zabiera nas Pan Janusz i mkniemy w kierunku Komańczy. Nie mający dość tuptania wysiadają koło szlaku/ścieżki dydaktycznej – zwał jak chciał. Ja z Agatą, Tomkiem i Jackiem wysiadam obok „Baru u Wandy”. Jest to cóś. Zamawiamy a Mecenas przypomina sobie że może tu być dzisiaj w swojej daczy jego dobry kumpel Wiesiek. I tak od pomysłu do realizacji, koniec końców wylądowaliśmy u kolegi. Dwa kartoniki wina aby receptory smaku nie zanikły. Jest już zmrok jak wychodzimy. Ubieramy odblaski i w końcu idziemy coś wtranżolić. Na początku jednak idziemy spróbować polewanego w „Barze u Wandy” a rekomendowanego nam przez Wiesława „łemkowskiego młota”. Dzwoni Klon i pyta czy „u wandzi” można zjeść jakieś ścierwo bo w schronisku kicha. Wszystko na mące. Sprawdzamy repertuar. Szału nie ma ale można zjeść szaszłyka i kebaba. Są także ze trzy zupy. Decydujemy się zatem na pomidorową i szaszłyk. Dochodzi grupa klona…. i też zamawiają dostępne mięsiwo. „Świętujemy narodowy zryw po raz enty”. Kiedy zaczyna się gala bokserska oddalamy się do schroniska. A tam spontaniczny „bal niepodległościowy”. Warunki do balowania są optymalne. Muzyki w zasadzie nie słychać. Czegóż chcieć więcej. Kończymy późno w nocy. Rano w dobrych humorach zasiadamy przy jajecznicy na boczku i dalej dbamy o wspomaganie receptorów smaku (co by się nie rozregulowały). Po 9ej wychodzimy. Czeka nas odcinek do Wisłoka Wielkiego z dość „upierdliwą” kulminacją Tokarni. Ale na początek jest nieźle. Szybko osiągamy Wahalowski Wierch i nie barłożąc zmykamy w kierunku Kamienia. Po drodze popas i likwidacja „ostatnich końcóweczek” zapasów. Zaczyna się podejście na Tokarnie. Każdy swoim tempem gramoli się do góry. Na szczycie trud rekompensują wspaniałe widoki oraz „ostatnie końcóweczki zapasów”. Coś długo nie ma grupy nazwijmy to roboczo „Lecha i Mecenasa”. Wymiana informacji telefonicznych potwierdza domysły. Tak koleżeństwo wybrało sklep w Karlikowie zamiast wyrypy na Tokarnie. Z dochodzących odgłosów wnosimy, że „jest fajnie”. Stawiamy pośladki do pionu i szybko zmieniamy plan działania. Schodzimy szlakiem „żółtym” do Woli Piotrowej gdzie podjeżdża po nas bus. W środku już są „separatyści”. Oj w Karlikowie było bardzo entuzjastycznie podejście do „świętowania narodowego zrywu po raz enty”. Obiadokolacja w „Mimozie” i III Marsz Niepodległości tarnowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego uznajemy za zakończony.

bottom corner