2014.09.14-18

Góry Izerskie. W niedzielę 14 września 2014 roku o godz. 5:45 wsiadam do busika Voyager'a relacji Tarnów – Kraków. Zmierzam w kierunku Świeradowa Zdroju, skąd zamierzam rozpocząć przebijanie się w czeskie Izerske Hory. Dość sprawnie dojeżdżam do Wrocławia. Tam mam trochę ponad godzinę czasu do odjazdu autobusu do Świeradowa Zdroju. We Wrocławiu trwa właśnie jakiś półmaraton. Pani w informacji PKS doradza, żeby jednak ewakuować się możliwie szybko bo nie wiadomo jak będzie później z możliwością wyjazdu z miasta. Za 10 minut odjeżdża bus do Jeleniej Góry. Korzystam z okazji licząc na to, że może znajdę z jeleniej coś wcześniej. Niestety w Jeleniej Górze muszę czekać na ten autobus, którym pierwotnie zamierzałem jechać z Wrocławia. Wykorzystując sytuacje wpadam na jeleniogórski rynek na obiad. Na chybił trafił wybieram Restauracje Pokusa gdzie decyduję się na karkówkę z grilla w sosie czosnkowym podawaną z pieczonymi ziemniakami i bukietem surówek. Mając w perspektywie spędzenie w autobusie jeszcze jakąś godzinę nie zamawiam piwa (a polewają tam Skalaka). Liczę że w schronisku na Stogu Izerskim czymś czeskim nadrobię zaległości. Ok. 16:30 jestem w Świeradowie Zdroju. Kolejka gondolowa jeszcze chodzi, więc szybciutko do taksówki i pod dolną stacje wyciągu. Jest paskudnie.  Nie pada ale wszystko zalega w chmurach. Wyjeżdżam na górę i po 3 minutach wchodzę do Schroniska na Stogu Izerskim. Opłacam nocleg, zamawiam dolnośląskie piwo Piast (niestety przeliczyłem się w oczekiwaniach) i małą przekąskę w postaci gulaszu (z zestawem). Bufet czynny do 19ej. To dziwny zwyczaj, niespotykany w naszych stronach. Cóż. Rano wstaję dość wcześnie ale i tak czekam do 9ej aż otworzą bufet (jesoo!). Po śniadanku już bez zbędnej zwłoki kieruję się w kierunku znajdującego się po czeskiej stronie szczytu Smrk. Kolejka już działa ale nikt jeszcze na górę nie wjechał. To dobrze. Po 20 minutach „melduję” się na przejściu granicznym „Stog Izerski – Smrk”. Na przejściu pozostałości naszej budki strażniczej i czeskie bramki (własność czeskiej policji). 10 minut później jestem już na szczycie. Szybka focia i oddalam się na pobliską wieżę widokową. Z wieży penetruję okolicę. Przejrzystość taka sobie ale i tak widać gdzieś tam na południowym wschodzie budynek stacji telewizyjnej nad Śnieżnymi Kotłami oraz schronisko górskie na Szrenicy, w kierunku zachodnim natomiast miasteczko Hejnice (gdzie zamierzam zatrzymać się na dwa najbliższe dni) oraz górujący nad miasteczkiem Frydlant tamtejszy zamek. Nie zabawiam na wieży długo. Przy niebieskim szlaku obelisk poświęcony niemieckiemu poecie Teodorowi Körnerowi (który na szczycie przebywał 16 sierpnia 1809 roku). Schodząc szybko tracę wysokość (ok. 250m). Dochodzę  do wyasfaltowanej stokówki. Koniec szlaku niebieskiego. Dalej schodzę „czerwonym” do krzyżówki "Na Piscinach". Tam drogą gruntową w prawo odchodzi szlak koloru niebieskiego, którym zmierzam do „rozcastia” Pod Klinovym Vrchem. „Na Piscinach” spotykam pierwszą osobę na trasie. To „rowerowa czeszka”. Wymieniamy przy izotonicu takie ogólne grzecznościówki typu: skąd, dokąd, jakie dalsze plany itp. „Rozcastie  Pod Klinovym Vrchem” - początek szlaku „żółtego” do mjsc. Bily potok pod Smrkem. Przede mną pierwsze planowane skalne wychodnie. 10 minut później stoję obok drabinki  na „Palicnik”. Wchodzę. Na „górze” skałki Krzyż i prowadzący do niego drewniany mostek. Poręcze okalające skałkę raczej wyznaczają bezpieczną granicę stąpania po skale niż pozwalają na bezpieczne oparcie się. Wykonane są bowiem z płaskownika o grubości 3mm. Wąską stromą ścieżką – miejscami po mokrych granitowych płytach – schodzę do koryta Hejenego Potoku. Dalej raz po raz zmieniając stronę potoku dochodzę do mjsc. Bily Potok obok Bartlovej Boudy. Nawet nie sprawdzam czy jest czynna. Nie planuję noclegu na skraju wioski. Miedzy zabudowaniami zmierzam w kierunku miasteczka Hejnice. Na granicy obu miejscowości, przy zielonym „szlaku” oznaczenie taboriska. Ponieważ blisko jest i przystanek autobusowy i stacja kolejowa postanawiam sprawdzić co zaś. „Taborisko Zalisi” jest jednak nieczynne. Trochę już mi się nie chce dymać po tym asfalcie. Dostrzegam informacje o pozytywnym przesłaniu: „Hostinec”. Czynny od godz. 14ej a jest dopiero 13:30. K(...)a. W centrum rozglądam się za noclegami na poważnie już. Pierwszy pensjonat zamknięty, hotel po drodze wystawiony na sprzedaż, kolejny pensjonat zamknięty. W końcu jest tabliczka: „Ubytovane 300m”. No to idę. Zamknięte ale jest telefon kontaktowy. Dzwonię. Numer zajęty. Dobra. Idę na piwo i obiad. Trzeba sprawę przemyśleć. W restauracji „Oreśnik” zamawiam gambrinuska oraz „czesnakową” i wieprzowego kotleta z ameryckymi bramborami (to była najgorsza "czesnakowa" jaką jadłem w życiu). Zasięgam też języka na temat noclegów. Wskazują na pobliski hotel w poklasztornym budynku przy kościele pw. Najświętszej Marii Panny mieszczący obecnie Międzynarodowy Ośrodek Odnowy Wiary. Hm, niby oki... ale doszedłem do wniosku, że 250zł za dobę w takim „zadupiu” to raczej przesada. A poza tym nie muszę wciskać o poranku jakichś ośmiorniczek. Dokonana w sieci analiza zasobów noclegowych w okolicy wykazała, że dzwoniąc wybierałem nieprawidłowy numer kierunkowy Czech (+460 zamiast +420). Wykręcam ponownie numer na kwaterę i umawiam się z właścicielem budynku na wynajem pokoju. Po dopełnieniu formalności robię szybkie zakupy produktów na kolacje i śniadanie i rozpoczynam rozpoznanie miejsc gdzie można pobyć w tym małym miasteczku. Poza wspomnianą wyżej restauracją była jeszcze jedna (z kuchnią czeską i wietnamską), jedna winiarnia oferująca wina morawskie, cztery cukiernie i pub na dworcu kolejowym.  W wymienionych restauracjach polewano Gambrinusa, Velkopovickego Kozela oraz Konrada. W pubie na peronie pierwszym dworca kolejowego rozlewano natomiast Vratislavske. Wspólną cechą wymienionych „przybytków” (tych gdzie polewali piwo) było to, że wewnątrz wszyscy bezstresowo palili. Na drzwiach wejściowych prosta informacja: „palene dozvolene”. Urocza „mżonka” szefa pubu na dworcu napełniając mi kufelek, kiedy odmówiłem przyjęcia popielniczki wyjaśniła (nie wiedzieć czemu) że u nich tych brukselskich zasad się nie stosuje, że spokojnie mogę, że oni są za wolnością i etc. No bosko. Rano, 16 września 2014 roku jadę do mjsc. Frydlant. W planach mam zwiedzanie zamku, siedziby rodu Clam-Gallasów. Frydlant oddalony jest od Hejnic tylko o 8km ale jest jakiś objazd i autobus jedzie tak bardzo na około przez Nove Mesto pod Smrkem. Około 9:30 jestem już na frydlatskim rynku. Parę fotek okolic i zasiadam w kawiarni na Latte. I znowu przy stolikach nie pali tylko trzy osoby. Do zamku podchodzę od strony parku. Zwiedzanie zamku tylko z przewodnikiem. Kiedy kupuję bilet uzyskuję informacje, że oprowadzanie po polsku jest o 11:30. To super, ale kiedy pytam czy będzie polska grupa otrzymuje informacje, że tak bo przecież państwo już jesteście. Wyjaśniam, że ja jestem sam. Dostaję informacje po polsku do indywidualnego czytania i wchodzę z czeską grupą. Fotki można robić tylko na dziedzińcu, wewnątrz zakaz. Zwiedzanie trwa 1,5h. W jednej z sal przewodniczka ogłosiła konkurs. Można było wygrać przewodnik. Czesi próbowali, ale odpowiedzi były błędne. Udzieliłem poprawnej, ale dziewczyna stwierdziła, że sobie przeczytałem. Nie zaprzeczyłem, ale moja reklamacja w której dowodziłem, że mogłem przecież nie zrozumieć pytania nie została uwzględniona. Cóż. Jeszcze tylko Velkopopovicky Kozelek w Restauracji „Bily Kun” i zmierzam do uzdrowiska Lazne Libverda na obiadek. Aha, w „Białym Koniu” w pisuarze za kostkę wc robi plasterek cytryny. Taka ciekawostka. Zaczyna lekko padać. Lazne Libverda niewielkie uzdrowisko oddalone 2km od mjsc. Hejnice. Ładne i tyle, bo poza za tym jest tam wszystko to co w tego rodzaju miejscach znajdować się powinno. „Zwiedzanie” zajmuje mi ok. 15 minut, łącznie z namierzeniem restauracji na obiad. Wybór padł na Restaracie „U Zeleneho Stromu”. Zasiadam i na początek zamawiam „Gambrinusa”. Po przejrzeniu menu decyduję się na wieprzowe steki w sosie barbecue z miodem, żurawiną doprawione tymiankiem, czosnkiem oraz chili. Wybór dopełniły ziemniaczki po amerykańsku. No uczta. Na lepsze trawienie poszedł drugi Gambrinusik. Nie chce mi się na piechotę dymać po asfalcie toteż zjeżdżam do Hejnic autobusem. Mam trochę czasu. Na przystanku intryguje mnie plakat filmu wyświetlanego w miejscowym kinie. Mają grać niemiecką komedię, której czeski tytuł brzmi: „Fakju pane uciteli”. Myślę sobie, może być jazda – niemiecki film z czeskim dubbingiem i taki tytuł. Niestety dzisiaj nie grają. Cóż wpadam zatem jeszcze do dworcowej knajpeczki na ostatnie Vratislavske i kładę się spać. Pobudkę wyznaczyłem sobie bowiem na godz. 5:30. Środa, 17 września 2014 roku około 7ej rano zamykam budynek i deponuję klucze do budynku w skrzynce na listy. Dzisiaj zamierzam dotrzeć do mjsc. Jakuszyce (ok 30km). Moim pierwszym celem jest wejście na Frydlantske Cimbury. Zatem początkowo „żółtym” południową stroną mjsc. Hejnice do szlaku „zielonego”. „Zielonym” stopniowo idąc szeroką drogą gruntową nabieram wysokości. Dopiero blisko krzyżówki z kolejnym „żółtym” zaczyna się wąska ścieżka. Mały popas przy rozejściu pod Frydlantskym Cimburim. Od teraz ostro do góry. Dochodzę do skałek. Do miejsca widokowego na Frydlantskich Cymburi poprowadzony jest oddzielny szlak dojściowy. Plecak zostawiam pod skałką. Dalej na lekko podchodzę do drabinki i wchodzę na najwyższy punkt wychodni skalnej. Oglądam po raz ostatni panoramę Frydlantu, Hejnic, Laznych Libverda oraz widoczne z drugiej strony: wieżę widokową na  Smreku oraz przekaźnik telefonii komórkowej na Stogu Izerskim. Wracam do punktu wyjścia i dalej kluczę między wychodniami skalnymi. Szlak jest wyraźnie oznaczony ale... widać że nie jest często uczęszczany (w paru miejscach zarośnięty) a wykonane kiedyś ułatwienia w postaci drewnianych schodków dawno uległy procesowi rozpadu gnilnego.  Jestem już na Poledni Kameny (ostatnie wychodnie w „paśmie” Frydlantskich Cymburi). Do tych kamieni również poprowadzony jest oddzielny szlak dojściowy. Jednak nie wchodzę. Czas mnie nagli. Schodzę dalej „żółtym”. Po drodze źródła Białego Potoku (bez rewelacji). Po drodze w zagajniku wpadam buciorami w jakąś młakę. Woda wlewa się do środka. K(...)a. Przemoczone buty w tym upale to chyba ostania rzecz, której mi brakuje. Dochodzę do stokówki. Zastanawiam się jak iść dalej. Szlak nie wskazuje, że gdzieś dalej skręca a na wprost przejścia raczej nie ma. Konfrontuję mapę. Szlak rzeczywiście biegnie dalej drogą gruntową w lewo a potem skręca w dół prawo. No to idę. Po chwili na kamieniu jest oznaczenie szlaku. To utwierdza mnie w przekonaniu, że jest dobrze. Idę dalej i wyglądam drogi odchodzącej w prawo. Idę a droga coraz bardziej skręca w lewo.  Zatrzymuję się. Znowu konfrontuje mapę i wracam do miejsca gdzie ostatni raz spotkałem oznaczenie szlaku. Teraz jestem pozbawiony tego radosnego „hurraoptymizmu" sprzed 15 minut. Nastawiam się na poszukiwanie wsteczne. Zupełnie niepotrzebnie. Dokładnie widzę, że szlak wchodzi między iglakami w wąską ścieżynkę. Po ok. 50 metrach ścieżka przekształca się w drogę gruntową. Przechodzę przez mostek i jestem w miejscu nazwanym „Paulova Paseka”. Tu kończy się „żólty”. Są i dwie turystki. One „dobri den”, ja „dzień dobry” i dziewczyny w śmiech. Też są z „polska”. Wybrały się na pobliski szczyt Jizera. Mam nie po drodze. Chwilę pogadaliśmy i spadam. Chodzi za mną browarek. Za pól godziny jest Horska Chata „Smedava”. Baaaardzo bym się dziwił, gdym tam nie spełnił swojego pragnienia. Po drodze mijam jeszcze czeski bunkier z okresu poprzedzającego II wojnę Światową i rzeczywiście niebawem, siedząc pod parasolem koję podniebienie chłodnym Gambrinusem. Teraz przede mną 7km dymania w upale po asfalcie do mjsc. Jizerka. I te przemoczone obuwie. Ale się kurcze gotuję. Przed  Jizerką schodzę z asfaltu i przemieszczam się ścieżką dydaktyczną poprowadzoną po tamtejszych torfowiskach. W Jizerce w restauracji Hotelu „Pansky Dum” jem ostatni obiad po czeskiej stronie. I wydawało się wówczas, że ostatnie czeskie piwo. Do granicy prowadzi szlak koloru „żóltego” (mam nieodparte wrażenie, że w Izerskich Horach są tylko żółte szlaki). W pewnym momencie pojawia się znak z informacją o treści: „Cyclisto sesedni z kola”. Idąc dalej tą drogą zastanawiam się co oni znowu wymyślili? Fakt na moich „slickach” bym tu nie pojechał ale na góralu? Dopiero przed mostkem granicznym pojawiają się drewniane „schodki”. Przejście graniczne "Jizerka – Orle" na rzecze Izera jest niesamowite. Nie dość że granicę przekracza się przez mostek na rzece, nie dość że obok mostu po polskiej stronie jest drewniana figurka św. Jana Nepomucena to obok przejścia postawione są dwie wiaty, w których można by spokojnie biwakować. Trawersuję szczyt Granicznik i wpadam na schronisko Orle. Urocze miejsce, kiedyś się tu prześpię ale nie dzisiaj. Bez zatrzymywania się oddalam się czerwonym w kierunku Jakuszyc. Nudny odcinek szlaku, częściowo poprowadzony po trasie biegu Piastów. Jakuszyce osiągam po jakiejś godzinie. Miałem nadzieję na nocleg tutaj. Moje plany muszę jednak mocno zweryfikować. Nie, nie z tego powodu, że brak możliwości noclegowych. Przyczyna tkwi w braku połączeń komunikacyjnych ze Szklarską Porębą. Nic tu cholera nie jeździ. No ale jak nie złapię okazji to czeka mnie kolejne z 8km włóczenia nogami po asfalcie. Na razie nie mam wyboru. Idę i co chwilę macham. Po przejściu ok. 2km łapię „ciężąrówę”. Wysiadam na dworcu pks w Szkarskiej Porębie. To już są Karkonosze. Nie bez trudu znajduję nocleg w DW „Bożena” i... po małej scysji z jednym z mieszkańców (postawiono mi zarzut obnażania się na korytarzu, ja zgodnie z pierwszą zasadą dynamiki Newtona zasugerowałem aby nie pozostawiać w pokojach okularów) oddalam się w klapkach na zakupy. Konkretnie, jestem zainteresowany zakupem butów na drogę powrotną. Po udanych zakupach dostrzegam knajpeczke z czeskim piwem. Przy „Konradzie” świat wygląda zupełnie inaczej. Rano dnia 18 września 2014 roku rozpoczynam odwrót. Śniadanie jem na jeleniogórskim rynku. „Babcia klozetowa” w WC z budynku PKS w Jeleniej Górze próbuje mnie skaptować do kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. Nie mam czasu na dyskusje o tym kiedy faktycznie wypada siódmy dzień tygodnia. Spieszę się na spotkanie z Izką we Wrocławiu – no ale to inna, nie izerska już historia.

 

bottom corner