2014.04.04-06

Gorce. Piątek, 4.04.2014 roku. Za biurkiem jeden cel: dotrwać do 15.30. A tu na złość dzień się jakoś tak strasznie ciągnie (pewnie przez to założenie). Ale oto godzina „W” wybiła. O 16ej szybciutkie pakowanie 35tki, wrzucanie jak popadnie, antypotów, bielizny, żeli, mydeł, szczoteczek do zębów, past i cholera wie czego tam jeszcze, jakiś klapek. Ładuje baterie do wysłużonej małpki, próbuje ale aparacik nie startuje. Szybko powiązałem zapytanie z kiosku RUCHu o to czy mogą być paluszki Warty z zaistniałą sytuacją. Oj zjeździłem w myślach lale z okienka. Szybko schodzę do mojego kiosku tej samej sieci i nabywam nowy komplet. Ładuję i…, (…)uwa, nie działa a jest już ok. 16.30. Za pół godziny partnerka z mecenasem się zjawią. Szybka decyzja. Zjeżdżając windą dzwonię do Jacka i Agi informując o tym co się stało i o tym, że właśnie wsiadam w taxisa, jadę do Galerii Tarnovia gdzie jak sądzę w sklepie sieci RTvEuroAGD zakupie nową małpkę. Tam też wyznaczamy nowe miejsce spotkania. Zamiast - jak normalny biały człowiek zadzwonić po taxi na infolinię - wybrałem tą z postoju pod blokiem. „Dziadek” przez całą drogę „PJTSK”*. Jestem w „kościele próżności”. Jak już się doczekałem na obsługę to okazuje się, że wszystkie małpki są z wystawy. Z poza są tylko lustrzanki ale tego rodzaju sprzęt jakieś 10-12 lat temu uznałem za kompletnie nie przydatny w górach. Lekko „napięty” schodzę na dolny parking. A tam w jego poprzek już biegnie ten nasz „nieuciążliwy przecież ale lekko trącony amstafek”. Powitanie jak zwykle w podskokach. Ślady na rękach też takie jak zwykle. Zasiadam na fotelu obok kierowcy, a Stefa w nogach. Gwiazda uwielbia jeździć więc rozłożona tylko od czasu do czasu otwiera oczy sprawdzając czy wszystko w porządku. Mnie natomiast dręczy brak narzędzia. Wpadamy po drodze do Media Marktu w „niusączu”. Stałem się szczęśliwym posiadaczem soniaka – niestety na akumulatorki, ale podobno już się takich małpek na akumulatorki w kształcie baterii AA nie produkuje. Spotkanie z Adamem mamy wyznaczone w mjsc. Tylmanowa, przy skręcie na Ochotnicę. Powinniśmy być mniej więcej o tej samej porze tj. przed 19tą. Cały czas monitorujemy „3 minuty młodszego”, wiemy że wziął ze sobą puszkę ale nie chciałby jej otworzyć za wcześnie co by to nie wprowadzać niepotrzebnego zamieszania wśród innych „pielgrzymów”. Doszliśmy z Jackiem do wniosku, że jak otworzy sobie na Przełęczy Przysłop w Rzekach, to dowiezie. Otworzył w Lubomierzu i dowiózł. Ech, stary człowiek i może. Byliśmy wcześniej. Czekamy nad Ochotnicą w miejscu gdzie wpada ona do Dunajca. Jest Adaś. Krótki pobyt w sklepie i ruszamy. W końcu dzisiaj jeszcze musimy dojść na Studzionki. Pada pytanie? A może by tam w jechać?. Hm, Jacek uważa, że trzeba byłoby zjechać na drugą stronę Przełęczy Knurowskiej, Adaś zaś twierdzi, że widział dojeżdżające samochody do osiedla od strony wschodniej. Kiedy już ustaliliśmy, że jednak pójdziemy z buta natrafiamy na drogowskaz z napisem „os. Studzionki”. Ha, więc jednak od tej strony można. „Mietek” na dwójce nie pociągnie, takie przewyższenie. Dojechaliśmy. Montujemy się w pokojach i schodzimy na kolacje. Full wypasik. Wyroby własne gospodarstwa, więc korzystamy ile się zmieści. Ku naszej wielkiej radości „Polsat Sport News” transmituje pierwszy półfinałowy pojedynek Resovii z ZAKSĄ. ZAKSĘ trzeba wbić w parkiet, bo jak się z nimi gra jak równy z równym to się to zwykle źle kończy fachowo komentuje Agnieszka. Pierwszy wygrywa Resovia, czyli jest dobrze. Tylko, że potem ich nie wbili i finalnie było 3:2 w „tie-breaku”. Rano pobudka i śniadanko. Równie obfite jak kolacja i w połowie talerzowego składu zmodyfikowane w stosunku do wieczora. Dzielimy się na dwie grupy. Aga z Jackiem zwożą na dół pojazd do „Kurtyki” a ja z Adamem plus Stefka idziemy na Przełęcz Knurowską. Miało być z górki, szydzimy podchodząc pod kolejne przewyższenie. Na przełęczy musimy uwiązać Stefkę. No po prostu się nie da siedzieć, spożywać i zajmować się psem jednocześnie. Kiedy nadchodzi Jacek z Agą spuszczamy „małą”. Oszalała. Nie ma czasu na zabawę. Ruszamy. W pensjonacie na przełęczy poimy Stefkę wodą i powoli lasem zaczynamy podchodzić w kierunku Kiczory. Większy popas robimy w miejscu które na mapie oznaczone jest jako „Pastwisko Fledrówka”. Tam już pierwsze krokusy. Zatem foczenie, foczenie i raz jeszcze foczenie. Nie zapominamy też o przeciwdziałaniu odwodnieniu organizmu. Tyle, że jak sobie klapnęliśmy na karimatach, to ten nasz czworonożny przyjaciel chciał się od razu bawić. A przecież już wiemy, że nie da się siedzieć, spożywać i zajmować psem jednocześnie. Znaleźliśmy rozwiązanie, które sprawdzało się doskonale na rumuńskich połoninach. Machanie kijkami nad głową i trzymanie psa na wyciągnięcie kijka. Stefa była trochę zdezorientowana, nam to jednak nie przeszkadzało bo mieliśmy przysłowiowy święty spokój. Mogliśmy się oddać dopieszczaniu podniebienia. Korzystając z okazji sprawdzamy gdzie są „młode wilki”. Ruszyli ze Studzionek. Wchodzimy na Kiczorę. Aga zapina Stefkę w smycz i korzystając z faktu, że ona tego bardzo nie lubi ma darmowe wciąganie na górę. Na szczycie intryguje nas drogowskaz ścieżki dydaktycznej i zamieszczona informacja „Trzy Kopki – 5 minut”. Co to cholera jest?. Postanawiamy sprawdzić. Zaraz po zejściu na ścieżkę, pojawił się śnieg. Aga się wycofuje, a my jeszcze przez chwilę tam zmierzamy ale kiedy orientujemy się, że szlak oddala się od czerwonego w kierunku mniej więcej północno-wschodnim, zawracamy. Schodzimy z Kiczory i po kilkunastu minutach wchodzimy na Halę Długą w okolicy tzw. „metysówki”. Zaczyna się permanentne foczenie. Adaś zapodaje, że jak się wymienimy fotkami to będzie się nam rzygać chciało tymi krokusami. Może tak i będzie ale póki co napawamy się ślicznymi widoczkami. Na przełęczy dołączają „młode wilki” i już na podejściu zaczynają snuć dalsze plany wyjazdowe w maju. Będzie pożytek z młodzieży – coś mi się tak…. Pod schroniskiem browarek (bo się należy), a potem na pokoje. Kolacja i no to co zwykle. Noc minęła burzliwie (że poprzestanę na tym stwierdzeniu). Rano śniadanko, termosy na drogę i wracamy do Ochotnicy Górnej. Od Kiczory schodzimy gminnym szlakiem koloru zielonego. Zejście odbywa się bez zbędnej zwłoki. Wydaje się że każdy chce być już jak najszybciej w domu. Adam zabiera się z chłopakami bo mają po drodze na Śląsk przez królewskie miasto. A my oddalamy się w kierunku Nowego Sącza. Obiad konsumujemy w Jazowsku. Ok. 17ej jestem już z powrotem.

*PJTSK – pie… jak ta stara (już wiecie co)

 

bottom corner