2014.12.27-29

Poświątecznie na Przehybę. 27 grudnia 2014 roku o godz. 7:29 wsiadam do pociągu PKP Przewozy Regionalne „Jaworzyna”. W środku są już „sklonowani”. Witam się z koleżeństwem i w zasadzie bez zbędnej zwłoki dzielę się zakupionym po drodze dobrem. Kiedy pociąg mija rogatki Tarnowa następuje charakterystyczny syk otwieranego termosu. Jest bardzo dobrze. Kolejny raz spotykamy się na poświątecznym spacerze. Zmierzamy do mjsc. Piwniczna-Zdrój. Tam jest jesteśmy umówieni  z Agą i Andrzejem (no i Stefką). Standardowo – kiedy zbliża się obsługa pociągu – puszeczki chowamy. Dopiero przy recyklingu opakowań zauważamy, że „Jaworzyna” jest monitorowana. W Piwnicznej-Zdroju jesteśmy w zasadzie o czasie. Plan jest taki by przed wyjściem w góry coś przekąsić no i się nawodnić. Dzwonimy do przyjaciół. Są jeszcze daleko. Adaś proponuje knajpkę na rynku w Piwnicznej-Zdroju. Jeżeli przyjmą psiaka to wchodzimy w to, jak nie zmierzamy na Obidzę. W Restauracji „Pod Kasztanami” nie stwarzają problemów więc zasiadamy. Oczekując na przyjazd pozostałych uczestników wycieczki konsumujemy browarki. Są znajomi. „Stefka” spokojnie zalega koło stolika a my przystępujemy... uff miał być delikatny żurek a skończyło się na dwóch daniach i deserze, no i kolejnym piwie. Z restauracji wychodzimy dopiero po godz. 13ej. Samochodem jedziemy w kierunku Obidzy. Na pierwszym podjeździe do Suchej Doliny „mietek” już nie daje rady. Wysiadamy a pod Hotel Górki wyjeżdża tylko kierowca. Wsiadamy koło hotelu, ale sytuacja powtarza się na podjeździe do Obidzy. Tam spotykamy „PTTowską podgrupę Andrzeja” która pomaga pchnąć „mietka”. Pod Chatkę na samym grzbiecie Obidzy – gdzie samochód zaparkował Andrzej dochodzimy na piechotę. Zabieramy plecaki i w drogę. Przed Litawcową Polaną dogania nas „PTTowska podgrupa Bogusia”. Okazuje się, że koleżeństwo realizujące ostatni etap długodystansowego szlaku turystycznego Tarnów – Wielki Rogacz oddaliło się na małe co nieco do Bacówki na Obidzy (ech te turystyczne przyzwyczajenia) i po konsumpcji zmierza na Wielkiego Rogacza i dalej na Niemcową. Focimy wspólne zdjęcie. Przez chwilę idziemy razem ale koleżeństwo to zaprawieni w bojach piechurzy a my to tak bardziej rekreacyjnie więc dystans się między nami zwiększa. Na podejściu pod Mały Rogacz minie nas jeszcze paru przyjaciół z koła. Na Wielkim Rogaczu ponadpokoleniowe spotkanie sklonowanych. Korzystamy z okazji by ten fakt uwiecznić na okolicznościowej fotce. PTT oddala się w kierunku Niemcowej a my w kierunku Radziejowej. Dzięki wiatrom które tu w ostatnim czasie połamały drzewa możemy podczas zejścia na przełęcz Zawór delektować się wspaniałymi widokami nieodległych Pienin (połamanie drzew z drugiej strony spowodowało wyprowadzkę tamtejszej populacji Głuszcza). Pogoda jest wspaniała, słoneczko, lekki mrozik i świeży niegłęboki śnieg. Na przełęczy podejmujemy decyzje, że trawersujemy Radziejową szlakiem narciarskim. Do „czerwonego” ponownie dochodzimy przed Przełęczą Długą. Jest ok. godz. 16ej, więc nie ma co barłożyć. Od razu rozpoczynamy podejście na pierwszego Złomiastego. Przy drugim już „się ściemnia”, a co za tym idzie robi się coraz chłodniej. Pojawia się też lekki wiaterek. Przy krzyżówce z „niebieskim” jesteśmy na kwadrans przed 17tą. Piętnaście minut później wchodzimy do Schroniska na Przehybie. Rozgrzewamy się przy piwnym grzańcu. „Stefka” przez cały wieczór marudziła. Nie wiadomo o co jej chodzi, ale „nagadała się” jak nigdy. Rano zupełnie inna rzeczywistość. Sypie śnieg i wiatr wyraźnie się wzmógł. Kombinujemy jaki by tu spacer zrobić aby nie tracić za wiele wysokości a by wyszła nam fajna pętelka. Akceptujemy – pomimo iż nie spełnia ona pierwszego kryterium - propozycję „Mecenasa” aby wykonać pętelkę przy wykorzystaniu jednego ze szlaków rowerowych na Przysłop do „czerwonego” i powrót szlakiem tego koloru do schroniska. Przy śniadaniu pies leży pod stołem i nie pyskuje. Wczoraj był wyobcowany na zewnątrz grupy i pewnie to nie pasiło. W teren wychodzimy po 11ej. W zasadzie od razu idziemy nie tak jak mapa wskazuje. Pewność mamy przy krzyżówce „niebieskiego” z „zielonym”. Obczajamy mapę i postanawiamy wykorzystać najbliższą stokówkę dochodzą do „niebieskiego” z prawej strony aby wracać w kierunku schroniska. Przy styku dróg czas na ciasteczko i coś rumuńskiego na rozgrzewkę. „Stefka” żebrała ale obeszła się smakiem. Szybko dochodzimy do krzyżówki szlaków nieopodal schroniska. Aga z Jackiem wracają do schroniska, a my (Adam, Andrzej i ja) kierujemy się w stronę kamienia św. Kingi. Wyraźny problem ma Steffi, grupa jej się rozchodzi i nie bardzo wie za kim podążyć. Przywołana przez Andrzeja, w końcu podąża za nami. Nie przypuszczaliśmy, że do Kamienia jest „taki kawał drogi w dół”. W miejscu gdzie wg podania późniejsza św. Kinga odpoczywała uciekając przed Tatarami w Pieniny jest mały schron. I tam właśnie zrobiliśmy sobie popas przy rumuńskim specjale. Dalej za znakami szlaku narciarskiego wchodzimy na małą przełączkę skąd przebijamy się widoczną ścieżką do grzbietu. Na szlak „czerwony” wchodzimy w okolicy szczytu „Skałka”. W 30 minut jesteśmy w schronisku. Obiad i zalegamy „w kojach”. Na noc do schroniska przybyła grupa z dziećmi. Dwójka młodych chłopaków jest wyraźnie zainteresowana psiakiem a „Stefie” wyraźnie nie przeszkadza to, że jest na  „zewnątrz koła”. Sytuacja ta wyraźnie nie odpowiada natomiast ojcu chłopców gdyż ci zamiast spożywać kolacje bawią się z psem. Idziemy do siebie aby młodzi mogli spokojnie zjeść. Kładziemy się spać z mocnym postanowieniem aby jutro wstać wcześniej. Rano 29 grudnia wstajemy przed godziną 8ą. Szybko spożywamy śniadanie i wychodzimy pakować się. Podczas śniadania z psiakiem bawią się wczorajsze „małolaty”, którym do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić stygnie jajecznica na stole. Za oknem rześko. Nie sypie, jest bezwietrznie ale mroźniej. Wychodzimy ok. 10ej. Jeden z chłopców prosi abyśmy na nich poczekali, ale zważywszy na sympatie jaką darzy nas tatuś rezygnujemy. Na niewiele się to zdaje bo rodzinka wychodzi ze schroniska jak my wchodzimy w las. Dzieciaki tak drą do przodu, że na zejściu do krzyżówki z „niebieskim” już są z nami. Andrzej wiąże Stefii i zwalnia tempo. A ojciec szybko popędza dzieciaki aby schodziły szybciej. Najmłodszemu to wyraźnie nie pasuje ale wyjścia nie ma. My odchodzimy za znakami czerwonymi w kierunku Radziejowej (wracamy tą samą drogą co dwa dni wstecz wchodziliśmy na Przehybe). Możemy wreszcie spuścić psa ze smyczy. Oszronione drzewa powodują, że krajobraz wokół jest bajeczny. W okolicach Wielkiego Rogacza przez chmury przebija się słońce co dodatkowo wzmaga doznania wzrokowe. Koło samochodu jesteśmy ok. 12:30. Już wcześniej ustaliliśmy, że Jacek z Andrzejem zjadą „mietkiem” na sam dół a reszta zejdzie do parkingu na piechotę. Toteż nie oglądając na czyszczących ze śniegu samochód kolegów schodzimy na dół. Po drodze „pchamy! pchamy! pchamy!” - tym razem nie Rafała Majkę – tylko pojazd, który ma problemy z podjazdem. W Piwnicznej-Zdroju wpadamy do Restauracji „Pod Kasztanami”. Zgrzeszyliśmy obżarstwem. Adasia „wyrzucamy” w okolicach Dworca Autobusowego ok. 17ej. Kilka minut później pakuję brudne antypoty rzeczy do pralki.

 

bottom corner