2014.03.08

Busov. 8 marca 2014 roku. Dzień Kobiet. Godz. 7.16 ruszamy. Obaj po lekkim śniadanku – raptem kromeczka połknięta w biegu. Liczymy na jakiś żurek na miejscu. W Wysowej jesteśmy przed 9tą. Wszystko pozamykane. Trudno – damy radę na batonach i izotonikach. Miejscowy Pop „daje” w dzwony a my rozpoczynamy podejście na święta łemkowską Górę Jawor. Podążamy ścieżką dydaktyczną. Około 9.30 jesteśmy już pod cerkiewką. Jacek rozpoczyna operacje o kryptonimie „święta woda”. Smakuje jak smakuje. Odpoczywamy. Pierwszy posiłek i pierwsza i (jak się w perspektywie okaże) ostatnia puszka. Jest wilgotno. Temperatura odczuwalna tuż powyżej zera. Do tego jeszcze ten wiatr, który przechodzi przez nasze antypoty. No cóż nie jest to odzież utrzymująca ciepło podczas postojów. Zatem w drogę. Dochodzimy do granicy i tak na dziko polanami schodzimy w kierunku Cigelki.  W dalszym ciągu jesteśmy w chmurach. Widoczność prawie żadna, choć wydaje się że słoneczko próbuje się przebić. Dochodzimy do szlaku zielonego. Pełne zaskoczenie bo wydawało nam się że takiego „słowackiego” tu nie ma. Jest żółty – a przynajmniej powinien być. Kiedy kilkanaście minut później wchodzimy do wsi od strony znanego nam „żółtego” dociera do nas informacja, którą zbagatelizowaliśmy w Wysowej. Już wiadomo dlaczego COTG w Krakowie zlikwidował w paśmie granicznym szlak zielony na Lackową. Bezpieczeństwo przede wszystkim. We wsi „Hostinec”. Czynny od 12ej ale wchodzimy do znajdującego się obok sklepu i dostrzegamy uchylone drzwi na salę. A tam: „zabawa trwa”. Niestety na zadane przez nas pytanie, usłyszeliśmy „ne varemy”. Szkoda bo na sam browar – nawet w tak kultowym miejscu – ochoty specjalnej nie mamy. Więc dalej za znakami zielonymi w górę asfaltem. W oddali widać jakieś osiedle. Kiedy podchodzimy bliżej najpierw zauważamy suszące się na parkanach „arrasy” i nim dotarło do nas, że oto właśnie jesteśmy na terytorium... dopadła nas rozdarta grupa małych szoszonów. A „mamadaje jak to mamadaje” zaczęli żebrać o cukierki, złotówki i tak w kółko. Mijamy mostek na jakimś wodnym cieku. Obok informacja o zakazie wysypywania śmieci. Rzut oka w lewo i widzimy jaki skutek odnosi ten zakaz. Cały brzeg zasypany wszystkim co się już nie mieści w małych drewnianych domkach lub barakach omawianej diaspory. „Mamadaje” towarzyszą nam jeszcze przez kilka minut dopóty dopóki nie opuścimy granicy osiedla. Wchodzimy w las. K(...) jaka zbawienna cisza. Na podejściu przerwa na izotonika i delicje o smaku pomarańczowym. Podejmujemy decyzje, że nie wracamy ze szczytu tą samą drogą. Nie interesuje nas powtórka z rozrywki a szansa na to, że podczas obiadu zrobią sobie przerwę w żebraniu jest chyba znikoma. Będziemy się zatem bez szlaku przebijać jakoś przez las do miejscowości Vysny Tvarozec. Oczywiście nie mamy gwarancji że w tamtejszej dolinie nie będzie podobnego Tatarstanu ale niewiedza tym razem jest argumentem na tak. W międzyczasie zmienia się nam sceneria. Z drzew zaczyna spadać szron. Po chwili wchodzimy w oszronione drzewa pod którymi widać niczym nie przykryte zeszłoroczne liście. Im wyżej tym więcej tego szronu a bliżej szczytu już tylko firm. Wchodzimy stromym podejściem na szczyt. Wydaje się, że w dół w tych warunkach będzie nieciekawie. Ale póki co robimy jakieś przewyższenie i wydaje się nam że jesteśmy na samej górze. Spotykamy dwóch Słowaków z psem. Szukają kulminacji szczytu. Twierdzą, że jest tam postawiony krzyż. No to od naszej strony go nie było. W zasadzie wspólnie go odnajdujemy. Wieje jak ta jasna choroba. Wpis do książki szczytowej i spadamy. Koledzy postanawiają schodzić z nami. Nie jest tak źle na zejściu. Po kilkunastu minutach żegnamy się z koleżeństwem i z Luckym. Oni schodzą zielonym a my zgodnie z przyjętym zobowiązaniem oddalamy się w las – generalnie w prawo. I tak między drzewami zmierzamy w kierunku na  Vysny Tvarozec. Po jakimś czasie napotykamy starą leśną drogę zmierzającą we właściwym kierunku. Droga od dawna jest nieużywana o czym świadczy młodnik porastający ją tu i ówdzie oraz powalone w poprzek drzewa.  Dochodzimy do wsi w okolicy cerkwi. Cisza i spokój. „Zielonym” dochodzimy do granicy na Sedlo Vysny Tvarozec. Gdzieś tu powinna schodzić do Blechnarki droga gruntowa, którą sobie kiedyś skracaliśmy zejście. Tylko czy od drogowskazu trzeba iść w prawo czy w lewo. Oto jest pytanie. Szczęśliwie wybieramy właściwą opcje. Zbiegamy do Wysowej. Po drodze możemy sobie usiąść na sfinansowanej przez UE ławce (to już teraz czekamy na pojedyncze pisuary ze stosowną tabliczką). Jest godz. 15ta. 6h i to w dobrym tempie. Podejmujemy decyzje, że w Wysowej nie jemy. Jedziemy na obiad do naszej ulubionej restauracji w Gorlicach. Pół godziny później jesteśmy. Zamawiamy zupki: pomidorową i krem cebulową z grzankami oraz wieprzowinę z warzywami na gorącym półmisku. Aaaa i jeszcze po grybowskim „Lachu” na wynos. Przed 18tą z powrotem na miejscu.

bottom corner