2014.01.04

Brama Frysztacka. 4.01.2014 godz. 6.34 na stacje główną w Tarnowie wtacza się pociąg Regio w którym już od kliku minut siedzi Jacek. Zmierzamy do przyjaciół z Trzciany, ale bilety zakupiliśmy do miejscowości Sędziszów Małopolski. Tam ok. godz. 8ej zgarnia nas Agnieszka. Wtedy dopiero dowiaduję się gdzie są te „Herby” i że to jest nie gdzieś w okolicy Folusza tylko koło Frysztaka miejscowości gdzie rzeka Wisłok tworzy przełom między dwoma wzgórzami. Z jednej strony Pogórze Strzyżowskie z drugiej Pogórze Dynowskie. Ale póki co koleżanka zabiera nas na wycieczkę samochodową. Zmierzamy do miejscowości Góra Ropczycka na zakupy. Tam w Gospodarstwie Rolnym nabywamy wędlinki na śniadanie i nie tylko. Po zakupach przeszło pół godzinna wycieczka po okolicy, bocznymi drogami z dobrym asfaltem (a więc do wykorzystania na rowery) w kierunku na Czudec. Śniadanie w Trzcianie. Na zakończenie kawa, dla Jacka niepijącego tradycyjnej „zielona”. Po 10ej czas jechać. Pakuję się ze Stefką do przodu i jazda. Początkowo wracamy się do Czudca. Mijamy Strzyżów. Jacek czując wpływ zielonej kawy na organizm prosi o zatrzymanie się na pobliskiej stacji benzynowej. Kawa zielona ma właściwości podobno odchudzające, toteż zapewne musi pobudzać szybszą przemianę materii, ale żeby aż tak. Agnieszka zauważa, że jak miniemy skręt do miejscowości Cieszyna musimy uważać, zaraz trzeba będzie skręcać do leśniczówki bo tam interesująca nas część Herbów się zaczyna. Sam wjazd oczywiście nie wiedzieć czemu nie jest oznaczony. Oczywiście przejeżdżamy. Zawracamy we Frysztaku. Tym razem nie ma mowy o pomyłce. Parkujemy za leśniczówką tuż obok tablic informacyjnych: Czarnorzecko-Strzyżowskiego Parku Krajobrazowego i Rezarwatu Przyrody „Herby”. Psa spuszczamy ze smyczy i podążamy za dobrze oznaczonymi znakami szlaku „biało-żółtego” i „biało-czerwonego” poprowadzonego po interesującym nas odcinku rezerwatu. Jest to jego zachodnia część. Lasem buczynowym cały czas trzymając się oznaczeń „biało-żółtych”, pośród buczyny dochodzimy do pierwszych wychodni skalnych. Tu ścieżka zakręca z powrotem. Przemieszczamy się górną częścią jaru, urwiska, częściowo także starego kamieniołomu. Przejrzystość powietrza nie jest najlepsza, wyobraźnia podpowiada co można by zobaczyć poza ograniczonym dzisiaj polem widzenia. Z jednej z wychodni widzimy Wisłok i początek tzw. „Bramy Frysztackiej”. Opuszczając grzbiet dość stromo schodzimy do szlaku „biało-czerwonego”. Dochodzimy do wiaty turystycznej. Jest tam spora łata śniegu. Zatem ulubiona zabawa „naszego” zimowego psa. Dalej za znakami „biało-czerwonymi” oddalamy się w kierunku miejscowości Cieszyn. Ale to nie był dobry wybór bo oddalamy się od samochodu. Wracamy zatem i już za znakami „biało-żółtymi” dochodzimy do pozostawionego pojazdu. Pierwsza część wyjazdu za nami. Przed: umocnienia z okresu II wojny światowej w Cieszynie, w szczególności wybudowany tam schron kolejowy będący Główną Kwaterą Dowodzenia Wermachtu „Południe”. W dniu naszej wycieczki obiekt nie był dostępny do zwiedzania. Obeszliśmy go więc na około podziwiając jego „ogrom”. Wracamy. Chcemy zdążyć na pociąg w Sędziszowie ok. 16ej. Dobrze byłoby także coś przekąsić. Tyle że w Polsce raczej nie wpuszcza się (zdarzają się szczytne wyjątki) do lokali ze zwierzakami o czym przekonujemy już niebawem. Skręcamy na drogę do Ropczyc, na Wielopole Skrzyńskie. W pewnym momencie pojawia się propozycja odwiedzenia Karczmy Rzym w Dębicy, gdzie mamy nadzieję, że nas ze Stefką wpuszczą i zjemy najlepszą w znanej nam części kraju pizze. Zatem na „okonińską traumę” i jesteśmy w Dębicy. Skręcamy na Tarnobrzeg i dojeżdżamy do wiaduktu o który parę tygodni temu kłóciliśmy się z „Twitterem”. Kolega rzeczywiście miał racje. Nawiasem żeby zaprojektować wiadukt którego obecna wysokość niewiele przekracza 2 metry (a przed modernizacją spokojnie przejeżdżały ciężarówki) trzeba było mieć dostęp do naprawdę dobrego zioła. Jesteśmy w Rzymie. Nie było problemu z pobytem nieuciążliwego pieska w środku. Steffi spokojnie cały posiłek przeleżała obok stolika. Aga podrzuca nas na stacje kolejową. Szybki wypad z auta i pies wyraża bardzo głębokie zdziwienie tak pośpieszną ewakuacją. 10 minut później już jedziemy InterRegio. Na zakończenie imprezy wpadamy jeszcze do Kawiarni Hotelu „Tarnovia”. A tam bal belfrów. Krawaciarz za krawaciarzem. Niby nic, ale kiedy impreza się zaczęła i prowadzący zaczął wyczytywać sponsorów dzięki którym ten bal mógł się odbyć a osoby wydawać by się mogło zaufania publicznego biły brawo w związku powyższym wymieniliśmy uwagi o standardach a raczej ich braku w tym środowisku. Taa... byliśmy w Tarnowie, mieście Ryszarda Ś.

 

bottom corner