2015.07.18-19

Stary Smokovec. O „pogańskiej” porze w sobotę 18 lipca 2015 roku wsiadam pod „Mrówkowcem” do czarnego SUVa. W pojeździe są już pozostali uczestnicy planowanego weekendowego tatrzańskiego szaleństwa. Mamy „plana” by uderzyć na Małą lub jak ktoś woli Vychodną Wysoką. Póki co jednak musimy dojechać do mjsc. Stary Smokovec na Słowacji gdzie w Pensjonacie „Sport” mamy rezerwację apartamentu. Czas mija nam przy dźwiękach ulubionej przez koleżanki tarnowskiej metalowej grupy „Anvision”. Przerwa na kawę na tej samej stacji Orlen na której to parę miesięcy temu przegrałem w zakładzie Martini Bianco. Od tego czasu rzuciłem hazard i nie ma mowy o tym by była powtórka z rozrywki. Na Słowacje wjeżdżamy w Niedzicy. Po godzinie 8ej dojeżdżamy do mjsc. Stary Smokovec. Uruchamiam googlowską nawigację i kończymy podróż przed szlabanem wjazdowym do Pensjonatu Svist. Hm, nigdzie nie widać naszego. Podjeżdżamy kawałek dalej, ale to już jest Novy Smokovec. Wysiadam więc z pojazdu i obchodzę te okoliczne przybytki na piechotę. Jest wszystko poza naszym pensjonatem. Chcąc nie chcąc loguję się do portalu booking.com celem namierzenia numeru telefonu do pensjonatu. Od razu zgłasza się szef obiektu, który wyjaśnia nam jak dojechać i zapewnia że mimo iż rezerwacja jest od 14ej to pojazd zarówno dzisiaj jak i w niedzielę może parkować bez problemu. Przed wyjściem w góry zdążyliśmy jeszcze obejrzeć nasz – jeszcze nie wysprzątany – apartament. Na Hrebeniok wjeżdżamy kolejką o 9:15. Kierujemy się za znakami „tatranskej magistrali” w kierunku Hotelu „Sliezsky dom”. Jest upalnie, wręcz duszno. Parówa taka, że co chwilę robimy brejka. Za Słavkovskimi jeziorkami chmury przykrywają słońce. Upał trochę spada ale duchota pozostaje. Pierwsze krople deszczu dopadają nas przy krzyżówce z zielonym szlakiem. Na szczęście hotel o przysłowiowy rzut beretem ale mocniejszy deszcz i tak zdążył nas złapać przed wejściem do budynku turystycznego bistra. Leje jak z cebra. W tej chwili nie ma to jednak większego znaczenia. Samce zamawiają po Kofoli i Sarisiu a samice buteleczkę czerwonego wina. Jest dobrze i nikt nie ma wątpliwości, że będzie jeszcze lepiej. Na tym etapie łudzimy się jeszcze, że coś wyżej zrobimy. Deszcz jednak nie przestaje padać. Cóż było robić. Poprawiliśmy tym samym i przekąsiliśmy gulaszową. Przestało padać ok. 15:30. Podejmujemy decyzje o schodzeniu kombinacją szlaków zielonego i żółtego. Nie spiesząc się po godzinie 18ej meldujemy się w alpejskiej restauracji w Novym Smokowcu. Tmavy Sariś, rocznicowy musujący „hubercik” i bryndzowe pierogi dopełniają wczesny wieczór. Powrót do pensjonatu w atmosferze zapotrzebowania na salsę. Co do tego grupa jest podzielona na pół. Mecenas obiecał, że jakby co to on zawsze, ja natomiast nie bardzo widzę jak można to coś zatańczyć do utworu Kazika „Coście z tą krainą skurwysyny uczynili”. Wieczorem wychodzimy z Jackiem oblukać okolicę. Kiedy wracamy po dwóch Sariśiach dziewczyny już śpią. Rano śniadanko o 8ej. Nie ma się do czego doczepić. Na talerzu jest wszystko co „wujki galonki” lubią a także i to na co bardzo rzadko lub wcale nie czują zapotrzebowania. Aara… dobra kawa z ekspresu. Tym razem na Hrebeniok wjeżdżamy kursem o 9ej. Cały czas jest duszno, parno. Velka Kalamita doprowadziła do tego, że słońce po czaszce daje już od krzyżówki ze szlakiem prowadzącym w kierunku Zbójnickiej Chaty. Ulgę przynosi przyjemna mżawka na drugim z mijanych mostków powstająca od uderzenia strumienia wody o skałki. Około 10:30 dochodzimy do „zamka”. „Brejk”. Dogadzaliśmy się z Mecenasem. Oj dogadali. Poszedłem zamówić do schroniska po browarku. Wychodząc z dwoma kuflami w dłoni, zauważyłem jak Jacek dzierży w dłoniach złocisty napój rozlany do dwóch szklanic. Żeby człowiek miał tylko takie zmartwienia. Przy stoliku analizujemy możliwości, zwłaszcza że czeka nas jeszcze dzisiaj powrót do domu. Rezygnujemy z Terinki na korzyść Skalnatego Plesa. Na „Łomnickiej Kazatelnicy” oglądamy się wstecz i widzimy zbierające się nad Sławkowskim i Małą Wysoką burzowe chmury. Jest dokładnie południe. Przy skalnym jeziorku jesteśmy ok. 12:30. Wreszcie mogę wypróbować chiński gadżet do robienia „sweet foci”. Brejk przy kabanosku z widokiem na Łomnicę i Skalnate Pleso. Bożena z Jolką robią sobie ćwiczenia z zapamiętywania dowcipów, które ja z wiadomych względów sobie odpuszczam. Po godzinnym popasie wracamy na Hrebeniok. Focimy jeszcze koło nosideł Luci Kulangi w Skalnatej Chacie i… dziewczyny oddalają się a my nie możemy przecież przejść tak obojętnie obok „czeskiego złocisza” którego tam rozlewają. Po skonsumowaniu gonimy w dół. Deszcz i to taki wymagający założenia kurteczek dopada nas za „Łomnicką Kazatelnicą”. Leje ok. 15 minut. Dziewczyny dopadamy przed „mostkiem z mżawką”. Skoro nie pada to na Hrebeniok wracamy via Rainerova i Bilikova Chata, podziwiając po drodze tamtejsze wodospady na Studenym Potoku. Ok. 16ej jesteśmy na dole w Starym Smokowcu. Zaczyna się „shopping”. Wydajemy z Jackiem po całym 1 „ojro” na futerał na komórkę, a koleżanki jak to kobiety. Właśnie. Węgierki gulasz z knedlikami oraz ryżem kończy nasz pobyt w Starym Smokowcu. Jeszcze tylko zakupy w Mnisku n/Popradem, modlitwy o to by hołotę z Chorwacji wypłoszył zanim tam dojedziemy jakiś deszcz i ok. 20:30 wysiadam pod „Mrówkowcem” z przeświadczeniem, że zrobiliśmy absolutnie wszystko co w tych warunkach można było bezstresowo wykonać.

 

bottom corner