2015.12.27-2016.01.02

Poświątecznie. 27 grudnia 2015 roku przed godz. 10 wyruszamy z Tarnowa na zwyczajowy o tej porze roku poświąteczny górski spacer. W tym roku nasz wybór padł na Beskid Mały. Urocze – jeszcze na znacznym obszarze „dzikie” miejsce na południe od uprzemysłowionej linii Wadowice – Andrychów – Bielsko Biała. Nocleg mamy umówiony w ‘”Zajeździe pod Laskowcem” w mjsc. Ponikiew. Zajazd od strony możliwości spożywczych (czyt.: napicia się piwa) był już nam, tzn. mnie i „Mecenasowi” znany z wcześniejszego plątania się po tamtejszej okolicy w roku 2012 kiedy to finalnie na ostatni nocleg trafiliśmy do ośrodka prowadzącego turnusy dla osób uzależnionych od alkoholu. Ale to historia. Teraz w mjsc. Ponikiew mamy stałą metę. Po drodze jednak zajeżdżamy do Lanckorony. Spacer do ruin i z powrotem XIV wiecznego zamku zbudowanego przez tego co to kraj zastał drewniany a pozostawił murowany (w przeciwieństwie do Bronka, który dobrze że w ogóle zostawił). Niewielki posiłek w „Cafe Pensjonat” gdzie pozwolono nam wejść ze „Stefką”. Krótkie przejście po „płycie rynku” wzdłuż zabytkowych kamieniczek w rynku i odjeżdżamy. W niecałą godzinę parkujemy obok pensjonatu. Właścicielka w jednym budynku prowadzi sklep spożywczo-przemysłowy, z którego ma przejście do sąsiadującego pomieszczenia wykorzystywanego jako lokalny pub. Ma to swoje niezaprzeczalne plusy – browar w butelce w pub-ie kosztuje tyle samo co w sklepie. Wprawdzie jest zamontowany keg ale jak się dowiadujemy poza sezonem letnim piwo z beczki nie schodzi więc teraz go nie ma. Przysiadamy przy butelce i zaczynamy marudzić co skutkuje tym, że jutro będziemy mieć własną 30tkę dla siebie. Po symbolicznym udajemy się na pokoje. W sumie w pensjonat posiada 4 pokoje 2 osobowe (2 z oddzielnymi łazienkami). Będzie nas w sumie 6 osób plus „Stefka”. Oczekujemy na przyjazd Adama z Anką. Zasięgu tutaj oczywiście nie ma (tzn. ja czasami łapię 1-2 kreski na roamingu Plusa) ale jest za to w całym pomieszczeniu wi-fi co uzależnionych (vide piszący) cieszy. Dołączają Adam z Anką. Jeszcze przed kolacją schodzimy „na dół” wznieść pohary. Po słusznej dawce męska część wyprawy wychodzi z powrotem na przygotowaną przez koleżanki kolację. Jak się nietrudno domyśleć przed snem sprawdzamy czy zamówienie „stalowej beczki zostało potwierdzone”. Przy porannym śniadaniu ustalamy dzisiejszą trasę. Za oknem przewalając się deszczowe chmury z których co chwilę coś siąpi. Agnieszka proponuje dotarcie do „Groty Komonieckiego”. To wymaga podjechania do przynajmniej mjsc. Targoszów. Finalnie jednak dojechaliśmy do przysiołka Ćwiękałówka – gdzie za zgodą właściciela jednej z posesji zostawiliśmy pojazdy. Plan jest taki by „zielonym” dotrzeć do głównego „czerwonego” i nim na wysokości skrzyżowania pod Łamaną Skałą (zwaną też Anulą) starym nieistniejącym już „żółtym” szlakiem zejść do groty i znajdującego się w tym samym miejscu wodospadu Dusica. Trochę pada. Ruszamy parę minut po godz. 11ej „zielonym” do góry. Mozolnie, nieśpiesznie – prawie cały czas lasem – w ok. 30 minut osiągamy „Czarną Górę” (808m npm). Zaraz za oznaczeniem szczytu kapliczka. Taka ciekawa konstrukcja. Kapliczka bowiem postawiona jest na usypanym z kamieni stożku. Dalej jest łatwiej. Teraz poruszamy się w zasadzie grzbietem. Różnice poziomów są niewielkie. W międzyczasie przestaje padać deszcz. Od „Polany Suwory” rozpoczynamy podejście na znajdujący się już na Małym Szlaku Beskidzkim (czerwonym) w głównym paśmie „Łamanej Skały” szczyt „Smrekowica” (885m npm). Stamtąd mamy już tylko 15 minut do „Anuli”. I rzeczywiście o 1230.Taaa… i stąd miał schodzić „żółty” do groty. Problem w tym, że na tabliczkach nie funkcjonuje taki szlak. Funkcjonuje natomiast na mapie w której posiadaniu jest Agnieszka. Generalnie jednak nie jesteśmy w d(…)e. Jesteśmy na jedynie słusznym kierunku i nie zamierzamy z niego rezygnować. Swoje kroki kierujemy w jedyne możliwe przejście na tzw. „skuśkę” między drzewa i po kilkudziesięciu metrach kiedy wcześniej z „Anuli” niewidoczna ścieżka raptownie opada w dół dostrzegamy „żółte” znaki na drzewie. Znaczy się kiedyś był. Niestety zaczyna padać i to dość mocno. Nie jest to coś co nam na tym stromym błotnisto liściastym podłoży pomaga. Ale w końcu po zejściu do doliny i sforsowaniu potoku – już drogą leśną - dochodzimy do tabliczki z napisem „Grota Komonieckiego”. Jeszcze kilkanaście metrów obniżenia i naszym oczom ukazuje się coś czego w takim terenie na pewno się nie spodziewaliśmy (przynajmniej jeśli chodzi o naszą znajomość tamtejszych jam). Jest to taka płyta skalna z obszernym wejście (myślę że 10 metrowym) po której spływa woda jednego z cieków wodnych stanowiący źródliskowy obszar potoku Dusica. Krótki brejk pod powałą. Deszcz powoli zanika. Kiedy z powrotem wychodzimy na drogę „jednojajowi” rozpoczęli dysputę na temat drogi powrotu. „Mecenas” optuje za ewakuacją częściowo tą samą drogą i potem „do góry” potokiem na grzbiet do „stokówki” którą opuściliśmy schodząc do groty. Adaś ma natomiast zgoła odmienne zdanie sugerując i używając przy tej okazji trudnego słowa – o ile pamiętam – „orografia” – dowodzi bezsensowności wywodu brata twierdząc iż jak pójdziemy bezpośrednio do góry „na wprost” to zaoszczędzimy kupę czasu i nie uwalimy się tak w błocie jak forsując ciek wodny. Staje na „adasiowym”. Po kilkunastu minutach wychodzimy na małej polance przy zakręcie szlaku „zielonego” schodzącego na polanę Suwory. Dalej już w dół do samochodu przez Czarną Górę. Ćwiękałówka. Pakujemy się do samochodów i w pół godziny jesteśmy w dolnej części „Zajazdu pod Laskowcem”. Przeciwdziałamy odwodnieniu i powoli rozpoznajemy te same twarze miejscowych – z którymi już zaczyna zawiązywać się sztama. Ale póki co czas wzywa na obiad – przygotowany tym razem przez szanowne koleżanki i „Dziubka”. Po obiedzie schodzimy „na dół” i taki to nawyk się urodził i będzie trwał aż do wyjazdu. 29 grudnia 2015 roku wita nas rześkim powietrzem choć śniegu jak na lekarstwo. Nieśpiesznie przygotujemy śniadanko i trasę do zrobienia. Dzisiaj w planach pętelka na „Gancarza” (798m npm). Tuż po godz. 10ej wyruszamy. Początkowo drogą asfaltową przechodzącą przy ostatnich zabudowaniach w drogę gruntową. Po przejściu 20-30 metrów skręcamy w prawo w dochodzącą ścieżkę. Podchodzimy w kierunku grzbietu którym następnie kierując się lewą stronę zamierzamy wejść na „Gancarza”. Im wyżej tym bardziej wchodzimy w chmury. Trawersując lekko w prawo małą polanę wchodzimy na grzbiet. Na grzebiecie droga dość szeroka. Zatem po małym brejku ruszamy przed siebie. Początkowo łagodnie z czasem kiedy droga przechodzi w ścieżkę i podejście staje bardziej strome. Ale to na naprawdę krótkim odcinku. Dochodzimy do poprzecznej w stosunku do naszej ścieżki drogi leśnej, która w tym miejscu zaczyna lekko w lewo opadać. Konfrontujemy mapy. No to wiemy gdzie jesteśmy. Jeżeli pójdziemy w lewo to za jakieś 300-400 metrów dojdziemy do „zielonego” którym w prawo i wejdziemy na szczyt. Ale Adam proponuje aby nie podejmować nerwowych ruchów i zobaczyć co słychać z prawej strony po załamaniu grzbietu. Bo może a nuż uda się kontynuować „graniówkę”. I rzeczywiście zaraz zauważamy wyraźną ścieżkę do góry a na niej połamane gałęzie świerków (znaczy się świeże choineczki są domach „lokalsów”). Po niespełna 10 minutach prostu z chmur wchodzimy na szczyt. Brejk. Jakaś nalewka. Jakaś wniesiona puszka. Jakieś foczenie „sweet foci” dedykowane innemu Gancarzowi który niby miał tu być a go nie ma. Na widoki nie ma co liczyć w tych warunkach pogodowych toteż mając za sobą trasę „pozaszlakową” rozpoczynamy odwrót do MTZ (Miejsce Tymczasowego Zakwaterowania) szlakiem „zielonym” w kierunku „Przełęczy pod Gancarzem” (733m npm) gdzie dochodzi szlak „niebieski” przechodzący obok zajazdu. Zejście z samego szczytu jeszcze „Oki” ale po połączeniu się z drogą leśną dochodzącą z lewej strony wpadamy w błotne grzęzawisko jakie pozostawiły po sobie leśne traktory. Przemieszczamy się poboczem choć nie wszędzie jest to możliwe. Raz po raz mijamy pnie świeżo ściętych drzew. Nie wszystkie drzewa zostały już zwiezione z grzbietu. Widać, że „rzeźnia” odbyła się niedawno. I Tak docieramy do przełęczy. Fotki i schodzimy do mjsc. Ponikiew. Po drodze focimy jeszcze ciekawe umieszczone na drzewach kapliczki. Popołudniowy wieczorny standard czyli zaczynamy „na dole”, wychodzimy „do góry” i schodzimy „na dół” po czym znowu. Ważne, że się chce i smakuje. 30 grudnia wita nas mroźną pogodą. Śniegu wprawdzie nie ma ale wreszcie chwyciło. Jest rześko. Dzisiaj poświąteczną przygodę kończą Anka i Adam. Muszą wracać na sylwka do miasta tej co to Niemca nie chciała. Musimy zatem z bliźniakami zaliczyć „Bliźniaki”. Taki dwuwierzchołkowy szczyt w północnej części Beskidu Małego. Wyruszamy o 9ej. Początkowo „niebieskim” razem ze znakami poprowadzonej równolegle drogi krzyżowej powoli zmierzamy w kierunku usytuowanej na wysokości 510m npm „Przełęczy Panczakiewicza”. Jest słonecznie ale chłodnawo. Na drodze wiatr pozawiewał spore pokłady liści. Największą Radochnę z tego ma „Stefka” która z braku śniegu wykorzystuje suche liście do ślizgania się na grzbiecie. Z przełęczy mijając u podnóża podejścia pomnik Jana Pawła II wchodzimy na Łysą Górę (549m npm), po czy wracamy i dalej już za znakami szlaku koloru żółtego, grzbietem wąską ścieżką pośród drzew zmierzamy na pierwszego z bliźniaków – tego wyższego mającego wysokość wg geoportalu wysokość 577m npm. Ale zanim rozpoczęliśmy decydujący „atak szczytowy” na uroczej polance w słoneczku obsługujemy wniesione dobra. Kilka minut po brejk-u jesteśmy na szczycie, który nosi także nazwę Giermotka. Bliźniacze fotki, także przy wykorzystaniu „chińskiego kijka”. Idąc w kierunku w kierunku drugiego z bliźniaków obniżamy się niewiele ale zejście jest strome. Na niższy z Bliźniaków wchodzimy łagodną ścieżką, na samym szczycie pokonując przeszkodę w postaci ściętego dużego świerka. Powtórka z „chińskiego kijka”. Poza szlakiem schodzimy do przysiółka Huta mjsc. Ponikiew a stamtąd w kilkanaście minut jesteśmy pod zajazdem. Anka z Adamem wyjeżdżają, także Aga z Jackiem mają w Wadowicach odebrać znajomych którzy zmierzają do nas na pozostałą część pobytu. Po drodze mają zakupić i przywieźć schabowe z Restauracji „Czartak” usytuowanej przy skręcie do Ponikwi z drogi krajowej Nr 28. My w tym czasie oddajemy się „leniuchowaniu”. Po jakimś czasie wracają dostarczyciele rozkoszy kulinarnych. Dość wkurzeni. Nie, nie ścierwo jest w wystarczającej ilości ale nie ma znajomych. Nawet qrna, nie raczyli zawiadomić, że nie przyjadą. Po „wuj” była zatem ta jazda do Wadowic. Po obiedzie czas na. 31 grudnia. Sylwester. Za oknem jakiś szron na drzewach. W planach „kółko” na Laskowiec i Groń Jana Pawła II. Początkowo poza szlakiem idziemy w górę potoku Brejna wybierając drogę biegnącą z lewej strony. Niestety po minięciu ostatnich domów letniskowych droga zanika. Dalej poruszamy się między drzewami, trawersując masyw Kaprala. Powoli dno doliny coraz bardziej się od nas oddala. Dochodzimy do miejsca w którym – jak się nam wydaje – uchodzi do potoku Brejna ciek wodny mający swój początek gdzieś na zboczach Kamienia (678m npm). Generalnie gdzieś w okolicy wspomnianego szczytu zamierzamy dojść do szlaku koloru żółtego. Oj dostajemy po pośladkach wydzierając na niebieski, tyle tylko że jak pojawiliśmy się na grzbiecie skałek ni hu..hu. Okazuje się że wyszliśmy pomiędzy nienazwanym szczytem o wysokości 665m npm a rzeczonym Kamieniem. Szybko nadrabiamy „zaległości” i jesteśmy pod tym głazem. Nie zabawiamy tam zbyt długo, ot tyle co by się wspiąć, zrobić jedną czy dwie fotki. Podchodząc pod Przełęcz pod Magurką Ponikiewską – gdzie jest krzyżówka ze szlakiem zielonym – z oddali słyszymy ludzki gwar i odgłosy szczekania. Przyjmujemy, że głos wydaje z siebie czworonożny przyjaciel człowieka, nie zaś jakaś wzburzona mężatka/partnerka (przyszła, przeszła etc.). Robimy zatem małego brejka, którego chwilę potem kultywujemy na samej przełęczy. Tzw. Jaśkową Drogą dochodzimy do krzyżówki ze szlakiem „niebieskim”. Jeszcze jest pusto, ale z minuty na minutę docierają do nas z oddali odgłosy zapuszczanych silników quadów a także narastający gwar ludzkich rozmów. Oto jesteśmy pod Schroniskiem na Laskowcu. Tłumy, tłumy, tłumy. Do schroniska nie można wprowadzać psów. No to qrna „ten wam w to”. Nic nie zamawiamy. Spadamy – po zrobieniu sweet fotek – na Groń Jana Pawła II. Na groniu oszroniona trawa. No to się wreszcie psisko doczekało. Szaleje zjeżdżając na grzbiecie. Ale wszystko dobre co się szybko kończy. Dalej od Przełęczy pod Gancarzem „niebieskim” do zajazdu. Standardowo na po, przed obiadem. Jeszcze schodzimy wieczorem do lokalsów. Noworoczne życzenia, szampan – jak zwykle przed północą (bo po jasną cholerę marnować sen którego i tak w nadmiarze nie mamy) po czym nastał poranek a za nim Nowy Rok 2016. 1 stycznia 2016 roku o godz. 11ej ruszamy tyłki. W okolicy nie ma czego szukać wiec wymyśliliśmy, że zrobimy coś koło Świnnej Poręby. Nasz wyobraźnia pracuje w okolicy szczytu o nazwie Jaroszowicka Góra (545m npm). Podjeżdżamy samochodem do mjsc. Gołębiówka i parkujemy przy czarnym szlaku. Idziemy jednak w zgoła odmiennym kierunku – poza szlakiem trawersując do „żółtego” drogą leśną. Jest mroźno ale słoneczko przyświeca. Na mapie zaznaczone są jakieś jaskinie. Chcemy je namierzyć. Są wprawdzie jakieś wychodnie skalne ale tylko tyle. Wracamy na leśną drogę. Dochodzimy do „żółtego” i za jego znakami meldujemy się na Jaroszowickiej Górze. Czarnym schodzimy do samochodu. Już blisko pojazdu, przy jednej z polan „Tarnina”. Zbieramy na nalewkę – wszak okazji przepuszczać nie można. Powrót. Pobyt w barze. Rano 2 stycznia 2016 roku pakowanie do pojazdu i powrót „go home”.

 

bottom corner